Recenzje
LOLITA
W filmie LOLITA Stanley’a Kubricka obserwujemy burzliwy romans nauczyciela z młodą dziewczynką, pełen kontrowersji i intryg.
Stanley Kubrick – reżyser. I Władimir Nabokow – pisarz. Obaj byli mistrzami w swym fachu. Obaj wzbudzali również wokół swojej osoby tyle samo uwagi i uznania, co kontrowersji i oburzenia. Gdy więc w 1960 roku spotkali się razem na planie ekranizacji powieści Lolita – historii burzliwego, odważnego romansu podstarzałego nauczyciela z dwunastoletnią panienką – skandal był praktycznie gotowy. Ale po kolei…
…o ile w ogóle tak można napisać, bowiem Kubrick wrzuca nas od razu w sam środek intrygi, którą następnie poznajemy na zasadzie jednej wielkiej retrospekcji. Swój film zaczyna przysłowiowym trzęsieniem ziemi – próbą zabójstwa niejakiego Clare’a Quilty’ego (Peter Sellers) przez profesora literatury francuskiej, Humberta Humberta (sic!), w którego wcielił się James Mason. Ten pierwszy jest kompletnie pijanym, mocno ekscentrycznym typem, który – podobnie jak widz – nie do końca ogarnia, co się dzieje. Ten drugi śmiertelnie poważnie podchodzi do swojego niełatwego zadania, do którego pchnęło go, jak się okazuje, złamane serce. Wiemy zatem, jak historia się kończy.
A zaczyna się, rzecz jasna, od tytułowej Lolity (nagrodzona Złotym Globem dla debiutantki, urocza Sue Lyon) – rozwiązłej nastolatki, którą pan profesor poznał cztery lata wcześniej podczas wakacji, a która szybko stała się jego obsesją, wręcz sensem życia. Jak łatwo wykalkulować nie tylko z prologu, ich krótki i burzliwy związek skazany jest/był na porażkę, głównie przez nieodpowiedni wiek dziewczyny. Ale nie jedynie, o czym przekonują kolejne minuty tego dwuipółgodzinnego filmu, w którym Kubrick sporo oczywistych rzeczy zawarł między słowami – czy też raczej: kadrami, stylowo sfotografowanymi przez Oswalda Morrisa (Działa Nawarony). Co ciekawe, oryginalnie czarno-biały obraz zmieniał się w kinach w zależności od sceny, lawirując pomiędzy „telewizyjnym” formatem 1:33 i dwukrotnie szerszym 1:66. Obecnie w takiej formie spotkać go można wyłącznie na amerykańskich laserdiscach wydawnictwa Criterion.
Dwa lata przed premierą, czyli jeszcze zanim książka Nabokowa została spopularyzowana na Zachodzie, reżyser zapłacił ćwierć miliona dolców za prawa do jej sfilmowania. Był to manewr godny największych ryb finansjery, gwarantujący odpowiednio dużo spokoju nad przygotowaniem adaptacji i gotowy szum w prasie tuż przed jej premierą. Bynajmniej nie okazał się to jednak czas usłany różami. Największym problemem było przeniesienie literek z papieru na papier w taki sposób, aby zawszeć wszelkie najważniejsze elementy historii, czyniąc ją zarazem odpowiednio filmową, atrakcyjną i zrozumiałą dla przeciętnego widza.
Za napisanie scenariusza Nabokow zabrał się sam po przeprowadzce do Hollywood i, ku rozpaczy Kubricka, wysmażył… ponad czterystustronicowego potworka, którego nie sposób było podnieść, a co dopiero sfilmować (gdyby się jednak ktoś odważył, to wedle zasady jedna strona = jedna minuta czasu ekranowego, gotowe dzieło trwałoby blisko siedem godzin!). Mimo to pisarz otrzymał potem nominację do Oscara za swoją pracę, choć ta została w większości wyrzucona do kosza (Nabokow wydał później ten materiał w formie swoistej nowelizacji – Lolita: A Screenplay). Resztę przerobił incognito sam producent, James B. Harris, robotę którego, jak i reszty ekipy, Nabokow bardzo sobie ostatecznie chwalił, co czyni go niejakim wyjątkiem wśród tuzów pióra, z reguły obrażonych na filmowców za masakrowanie ich książek.
A trzeba przyznać, że w tym wypadku rozbieżności z oryginałem jest nie tylko sporo, ale też są na tyle drastyczne, że niemal totalnie wypaczają one wagę, znaczenie i sedno powieści (co przywołaną wyżej nominację czyni jeszcze bardziej kuriozalną). Zdecydowana większość zmian podyktowana została odgórnie narzuconą na kino cenzurą. Na początku purytańskich lat 60. w USA nadal obowiązywał jeszcze rygorystyczny Kodeks Haysa, a spory wpływ na to, co można pokazać, miał także katolicki Legion Przyzwoitości (działający niestety także obecnie, choć zdecydowanie nie mający już tej siły przebicia).
Kubrick zwyczajnie nie mógł sobie zatem pozwolić na równie dużo dosłowności i szczegółów, co Nabokow w książce. Parcie cenzorów na filmową Lolitę było na tyle silne, że reżyser planował nawet szczęśliwe zakończenie, a po latach zwyczajnie żałował, iż w ogóle porwał się na ten projekt (przynajmniej w danym okresie, o czym przekonuje ostatnie dzieło reżysera – pełne seksu i nagości Oczy szeroko zamknięte). A ekranowemu związkowi między Humbertem i Dolores „Lolitą” Haze dokumentnie stępiło ono pazury. Kubrick wespół z Harrisem mocno spłycili niestety pod tym względem oryginał. Poczynając od postarzenia nieco głównej bohaterki i zmiany koloru jej włosów (w książce Lolita jest brunetką), a na jakimkolwiek braku uzasadnienia fascynacji Humberta jej osobą kończąc.
On ją kocha, bo tak i już. A ona – ani specjalnie piękna, ani też wielce pociągająca – cóż, z reguły nie oponuje jego amorom, bawiąc się chwilą. Emocje są tu zatem dość letnie, a pomiędzy naszą dwójką próżno doszukać się prawdziwego wrzenia godnego największych romansów. Dość napisać, że najbardziej pikantną sceną filmu jest… malowanie przez mężczyznę paznokci u nóg dziewczyny. Chociaż zarówno aktorzy, jak i twórcy dwoją się i troją, by erotyzm dało się wyczuć chociażby podskórnie, z dzisiejszej perspektywy trzeba go przyjąć na słowo honoru, gdyż Humbert jawi się tu niemalże jak ciut nadopiekuńczy tatuś, jego obiekt westchnień jak zmanierowana córeczka, a cała Lolita idealnie wpisuje się w hasło: wiele hałasu o nic.
A jednak swego czasu straszyła ona z afiszy brytyjskich kin surową kategorią X, czyli adekwatną jedynie dla widzów od szesnastego roku życia wzwyż (co obowiązywało również Lyon, która z uwagi na wiek była nieobecna na oficjalnej premierze). Na tych samych plakatach nasza Lolitka ssie czerwonego lizaka, kusząco przyglądając się widzowi zza okularów w kształcie serca. Żadnego z tych elementów nie znajdziemy w filmie – gdzie dziewczyna zakłada na nos tak zwane kocie oczy, a do ust najczęściej wkłada… słomkę do picia – zatem można tu pisać o fałszywej reklamie, która jest jednocześnie odważniejsza i bardziej pobudzająca zmysły od gotowego produktu.
Mimo to tłumy waliły do kin i ostatecznie ta nakręcona na Rhode Island, w Nowym Jorku oraz w angielskim Hertfordshire produkcja aż siedmiokrotnie zwróciła swój dwumilionowy budżet, stając się w danej chwili najbardziej kasowym przebojem reżysera (wcześniejszy Spartakus zarobił co prawda zdecydowanie więcej, lecz przy znacznie wyższych kosztach). Sporym hitem list przebojów była także użyta w filmie piosenka Lolita Ya Ya – chwytliwa, frywolna, z bezsensownym refrenem, idealnie wpisywała się w trendy ówczesnego rock’n’rolla i oddawała beztroską naturę tytułowej bohaterki.
Oraz niejako także zbyt lekką atmosferę całej fabuły, zgrabnie ubarwionej napisaną w podobnym stylu, sielankową muzyką Nelsona Riddle’a (późniejszego autora ilustracji do Batman zbawia świat z Adamem Westem) oraz przyjemnym tematem miłosnym autorstwa Boba Harrisa – brata producenta i twórcy nieśmiertelnego tematu do telewizyjnych przygód Spider-Mana.
Jednak to wszystko stanowi jeszcze całkiem niezłą, spójną całość z typowymi dla twórczości reżysera motywami ludzkiego obłędu, desperacji i prowokującymi do myślenia pozorami, którym bynajmniej nie wadzą okazjonalne gagi, smaczki oraz mniej lub bardziej subtelne mrugnięcia okiem (na przykład imię i nazwisko jednej z postaci to anagram personaliów Vladimir Nabokov, a w pierwszych minutach filmu pada dialog o Spartakusie, czyli wcześniejszym projekcie reżysera, który tutaj złapany zostaje raz przez kamerę i widać, jak ucieka z kadru).
Przysłowiowym gwoździem do trumny okazuje się dopiero… Peter Sellers, dla którego Kubrick specjalnie znacząco rozszerzył udział w całej historii Quilty’ego. I był to ogromny błąd, bowiem komik potraktował Lolitę jako swój własny poligon doświadczalny. Napisać, że szarżuje on tu na potęgę, to jak nie napisać nic. Quilty w jego interpretacji jest groteskowy aż do przesady i wygląda jak postać wyjęta z innej bajki. I to dosłownie, bowiem jego kolejne dziwaczne wcielenia przypominają równie niezgrabne przebieranki sławetnego inspektora Clouseau z serii o Różowej Panterze, która miała premierę już rok później; a użyty przez niego w jednej ze scen twardy, niemiecki akcent to wypisz wymaluj przymiarki do.
.. kolejnego filmu Kubricka, czyli Doktora Strangelove. Niekiedy Sellers w ordynarny wręcz sposób kradnie dla siebie całe show, nieraz po prostu radośnie improwizując. Jego udział jawi się jak zbiór skeczy z programu Saturday Night Live i niemal kompletnie niszczy jakikolwiek nastrój.
Jest to co prawda świetny występ jako taki – zabawny, charyzmatyczny i bezbłędny formalnie. Ale pasujący do reszty jak pięść do nosa i na dłuższą metę zbędny fabule, niepotrzebnie ją tylko rozciągający. Zamiast opowieści o tragicznej, destrukcyjnej miłości Humberta do Lolity w pamięci zostają więc przede wszystkim wybryki Sellersa, dla którego reszta to stylowy, ale bezbarwny przerywnik. Trochę szkoda, bo mimo znacznego odejścia od oryginału oraz restrykcyjnych regułek danej ery film Kubricka jest generalnie całkiem solidnym kawałkiem kina, które może się podobać, potrafi wciągnąć.
Duża w tym zasługa przede wszystkim doskonałej obsady, wśród której w epizodach dostrzeżemy Lois Maxwell, czyli już wkrótce jedyną słuszną pannę Moneypenny, i przyszłą żonę Donalda Sutherlanda, matkę Kiefera – Shirley Douglas.
James Mason jako Humbert potrafi być naprawdę przejmujący w swej bezradności wobec własnych żądz w związku z Lolitą. Co prawda brakuje mu odpowiedniego bagażu w postaci obecnych w książce podobnych romansów z przeszłości, ale nawet i bez nich aktor potrafi odpowiednio oddać fatalizm bohatera, jego tragizm. Jest w tym wszystkim tak ujmująco flegmatyczny i powściągliwy, iż zupełnie nie dziwi, że był jednym z pierwszych typów do tej roli. A trzeba pamiętać, że Humbertem o mało nie zostali między innymi Errol Flynn (zmarł, zanim rozpoczęto prace), Cary Grant, Charles Boyer, Laurence Olivier, David Niven, a nawet Peter Ustinov. Wszyscy oni odmówili jednak, bojąc się o swój wizerunek. Zresztą w pewnym momencie także Mason zmuszony był odmówić względem innych zobowiązań, odważnie sugerując przy okazji do roli tytułowej… swoją córkę, Portland.

Reżyser ze swoją gwiazdą
Nie był pierwszy. Jeszcze za życia Flynna Lolitą zostać miała jego ówczesna narzeczona, Beverly Aadland, która po śmierci aktora żadnej kariery już nie zrobiła. Potem Kubrick chciał obsadzić Joey Heatherton, ale jej ojciec kategorycznie zaprotestował. Ostatecznie, po przesłuchaniu prawie ośmiuset kandydatek, wybrano Sue Lyon. Lecz nie z uwagi na jej aktorskie i/lub uwodzicielskie zdolności, ale dlatego, że.
.. miała największe piersi – ot, kolejny chwyt mający na celu oszukać nieco cenzorów. I chociaż w opinii samego Nabokowa idealną kandydatką była Catherine Demongeot (Zazie w metrze), to trudno na dłuższą metę zarzucić coś Lyon. Niby zwykła, niepozorna dziewczyna, ale miewa momenty, w których potrafi zabłyszczeć – również od strony dramatycznej, jak ma to miejsce w samej końcówce.
Małą perełką, dla której również w dużej mierze warto obejrzeć dzieło twórcy Zabójstwa, jest także niezawodna Shelley Winters w roli matki Lolity, Charlotte Haze. Samotna, otwarcie walcząca o uwagę i akceptację mężczyzn, które – w przeciwieństwie do córki – zawsze przegrywa, niekiedy w bardzo niezręczny sposób, jest postacią być może nawet bardziej fatalną od Humberta. A przy tym chyba jedyną naprawdę szczerą w swych działaniach – nieświadomą gierek pozostałych, pragnącą po prostu miłości, dla której nieraz robi z siebie słodką idiotkę. Jej występ to właściwie samograj, nieograniczony na dobrą sprawę scenariuszowymi kompromisami względem literackiego pierwowzoru.

Kadr z wersji z 1997 roku – Jeremy Irons i Dominique Swain
Ten przeniesiono na duży ekran jeszcze raz. W 1997 roku uczynił to Adrian Lyne (a w dwie dekady po nim także… Hindusi, dając światu Nishabd). Z budżetem wielkości sześćdziesięciu dwóch milionów dolarów, kategorią R i z doborową obsadą u boku (Jeremy Irons, Melanie Griffith, Frank Langella oraz zdecydowanie odważniejsza w interpretacji Lolity Dominique Swain) postanowił być wierniejszy książce. Nie powtórzył jednak w żaden sposób sukcesu Kubricka – choć, pomimo upływu czasu, stykał się z podobnymi co on problemami na planie i również towarzyszyła mu aura skandalu. W przeciwieństwie jednak do wersji z 1962 roku, ani krytycy – po premierze niezbyt przychylni obu filmom – ani widzowie wraz z upływem czasu bynajmniej nie polubili adaptacji Lyne’a.
Ma ona w sobie co prawda większą dosadność, seksualność i pożądany płomień namiętności między bohaterami (bryluje zwłaszcza Swain, która wydaje się być perfekcyjnym wyborem, oraz Langella jako Quilty, niepotrzebujący błazenady do przyciągnięcia uwagi swą ekstrawagancją). Lecz zabrakło twórczego pazura i, paradoksalnie, odrobiny subtelności; kryjącego się w tym wszystkim nieposkromionego szaleństwa oraz… finansowego zmysłu Kubricka. Wpierw pokazany za pośrednictwem stacji Showtime, a dopiero potem wypuszczony do kin w niezbyt imponującej liczbie kopii, remake uzbierał zaledwie. .. milion dolarów wpływów. I bynajmniej nie zapisał się w historii kina – czego nie można wszak odmówić wersji Kubricka.
Po Lolicie Nabokow na stałe osiadł w Szwajcarii, wracając do świata książek. Nie romansował już więcej z dziesiątą muzą, choć jeszcze gdy żył, zekranizowano cztery inne jego dzieła. Żadne z nich, podobnie jak kolejne czternaście adaptacji, których narosło przez lata, nie miało jednak tej rangi i nie okazało się równie popularne, jak właśnie Lolita (o kontrowersyjności nie wspominając). Jak na ironię to, co dla niego było szczytem sławy, dla Kubricka okazało się jednym ze słabszych i zarazem najmniej lubianych przez publikę (oraz przez samego twórcę) dzieł.
Uważany za jednego z najważniejszych reżyserów w historii, nakręcił potem jeszcze tylko jeden czarno-biały film – pamiętnego Doktora Strangelove – a następnie zapuścił brodę i wraz z 2001: Odyseją kosmiczną na dobre zmienił oblicze ruchomego obrazu…
korekta: Kornelia Farynowska
