Connect with us

Recenzje

KRWAWY SPORT. Jean Claude i Bolo Yeung zalani karbonitem kultu, czyli wirujący seks kina kopanego

„KRWAWY SPORT to kultowy film, który wciąga wirującym seksem i emocjami, łącząc miłość do sztuk walki z nostalgią lat młodzieńczych.”

Published

on

KRWAWY SPORT. Jean Claude i Bolo Yeung zalani karbonitem kultu, czyli wirujący seks kina kopanego

Są filmy, które kochamy za głębię, i takie, które kochamy za to, że… są. A właściwie były – dawno temu, ale na tyle mocno, że nadal w nas trwają. Są filmy, które praktycznie się nie starzeją, i takie, które czas nieco nadgryza, ale to nie odbiera im uroku. Ba, być może nawet go dodaje. Pod ten wzór podstawcie sobie Łowcę androidów i Krwawy sport – w kolejności zgodnej z głosem oka, serca i podszeptów podświadomości. Kultowość to termin nieostry – coś, co trudno zamknąć w ramach zgrabnej książkowej definicji, a jednak jest to zjawisko, nad którym którym piętrzy się od emocji fanów tego czy owego dzieła, zjawiska lub postaci.

Advertisement

Pisząc o Krwawym sporcie, wchodzę w grząskie rejony bezwarunkowej miłości, upojenia wspomnieniami czy idealizowanego dzieciństwa. Znam ludzi, którzy oglądali ten film wielokrotnie na zajechanej kasecie VHS z niemieckimi napisami, za każdym razem przeżywając lawinę emocji. Być może przeżywają ją i teraz na samo wspomnienie hitu. To dzięki temu tytułowi (a także Kickboxerowi, Najlepszym z najlepszych i paru innym) tak wielu nastolatków fascynowało się sztukami walki, co jednych uczyniło oddanymi odbiorcami kina kopanego, a innych zaprowadziło do szkół karate.

Jak by nie patrzeć – mamy tu nie kolejny film do oklepania czy odklepania, lecz kawał historii. Za recenzję zbyt krytyczną czy prześmiewczą ktoś może mi zrobić krwawy sport na ulicy. Niemniej pozostanę uczciwy względem tego reliktu epoki piratowania. Wychodzę na ring czysty od uprzedzeń i wymyty z sentymentalizmu. Patrzę skupionym wzrokiem na Krwawy sport. I piszę…

Advertisement

Frank Dux, młody chłopak, włamuje się do pewnego domu. Zostaje przyłapany przez jego właściciela, budzącego respekt Japończyka. Pan Tanaka postanawia zapoznać Franka ze sztukami walki. Chłopak okazuje się pojętnym uczniem, a wyczerpujący trening przekształca się w życiową drogę. Frank – już dorosły – nadal kształci się pod okiem mistrza, ćwicząc zarówno ciało, jak i umysł. Dla Tanaki staje się niemalże drugim synem. Aby złożyć mu hołd, postanawia wziąć udział w turnieju Kumite. Ten odbywa się w Hong Kongu. Jest nielegalny i niebezpieczny. Przybywają na niego zawodnicy z różnych stron świata, a na ringu przelewa się krew; zdarza się, że dochodzi do śmierci uczestników.

Frank dezerteruje z wojska, dociera na miejsce i pomyślnie przechodzi „ceglany” test, co stanowi dla niego przepustkę do oficjalnej części turnieju. Do Hong Kongu rusza też dwóch żandarmów mających za zadanie powstrzymanie żołnierza przed zużywaniem swego morderczego potencjału na starcie w nieamerykańskiej sprawie.

Advertisement

Zacząć należy od tego, że film kończy informacja, że oparto go na autentycznych wydarzeniach. Podobną adnotację umieszczono chociażby w pilotowym odcinku serialu Z archiwum X, co okazało się potem częścią marketingowej akcji. Internet nie daje nam jasnej odpowiedzi, na ile serio traktować taki sygnał w Krwawym sporcie. Trwają rozliczne spory, w których ścierają się dwie frakcje – wierni opcji autentyzmu i ci, którzy dosłownie rozdzierają ją na strzępy. Dowody i kontrdowody zaciemniają obraz całości, za to pewne jest, że niejaki Frank Dux istniał (i nadal żyje), był żołnierzem i znał sztuki walki.

Lata temu młodzież i dzieci (tak, one też oglądały ten film!) z przejęciem i entuzjazmem przyjęły wiadomość, że dramatyczne filmowe wydarzenia napisało życie. Myślę, że fakt ten miał spore znaczenie dla recepcji tego dzieła i statusu, jakim teraz się cieszy. Kolejnym była jego amerykańskość.

Advertisement

Spisany na straty Sylvester Stallone opuszcza pokład Niezniszczalnych 4

Krwawy sport przyszedł do nas w latach dziewięćdziesiątych na fali fascynacji produktami zachodu. Filarem tego zjawiska był wtedy powszechny dostęp do magnetowidów. To za ich pomocą łączyliśmy się z krainami egzotycznej rozrywki, tak innej od rodzimych filmów kinowych ciążących ku rodzajowym scenkom w typie picia fusowatej herbaty na tle meblościanki. I chociaż akcja tego przeboju rozgrywa się w egzotycznym Hong Kongu, to całość ma posmak jak najbardziej amerykański. Jankeska jest zarówno narracja, jak i fabuła. Na początek słowo o tej pierwszej.

Advertisement

Mamy tu niezłomnego bohatera z jasno wytyczonym celem. Mamy turniej, w ramach którego karty szybko zostają rozdane: liczą się tylko Dux i złowieszczy Chong Li, który rok temu zabił przeciwnika na ringu. Tych dwóch MUSI stanąć naprzeciwko siebie w finałowym starciu. Pozostałe pojedynki – choć świetnie sfilmowane i przekonująco „wybite” przez aktorów – mają nas przede wszystkim rozgotować przed końcowym zwarciem, które z impetem wbije się w naszą świadomość. Żeby nie było zbyt monotonnie, bohater musi też unikać dwóch namolnych, acz nieudolnych żandarmów.

Ponadto będzie prężył swój urok przed młodą dziennikarką, która chce zrobić materiał o turnieju. Wejdzie także w przyjacielską relację z Rayem – rubasznym Amerykaninem, również zawodnikiem Kumite. Kiedy Ray trafi do szpitala po okrutnym starciu z Li, Dux jeszcze mocniej zapragnie powstrzymać dzikiego rywala.

Advertisement

Proste? Oczywiście, że tak. Niemalże esencjonalne. Każda z postaci w tym filmie to ledwie zarys osoby, ledwie kilka kresek. Dziennikarka wydaje się pozbawioną zasad łowczynią tematów, która jednak – widząc determinację Duxa, piękno jego przyjaźni z Rayem i tyłek bohatera w porannym słońcu – całym sercem stanie po jego stronie i zobaczy w nim człowieka, nie dziennikarski materiał. Ray to typ abnegata-piwosza, który cały czas gada, a nigdy mądrze. Jak tu go nie kochać? Chong Li stanowi maszynę do łamania ludzi. Chce być najlepszy. Lubi pluć i smarkać na ringu; nie zawaha się też zagrać naprawdę nieczysto.

Oto prawdziwy brutal, głodny krwi i zachwytów. Trzeba mu pokazać, gdzie jego miejsce. Wiadomo, że popisów aktorstwa tu nie uświadczymy. Chodzi raczej o to, żeby te zarysy postaci dały się lubić lub nienawidzić. Powiedzmy, że Dux i wszyscy, którzy stoją po jego stronie, przemawiają do dziecka wewnątrz nas, pragnącego, żeby pod koniec historii wszystkie Troskliwe Misie czy Smerfy były całe, a Gargamel dostał nauczkę.

Advertisement

Van Damme – poza młodzieńczym entuzjazmem i spojrzeniem empatycznego harcerza – ma nam do zaoferowania także swoje niemałe umiejętności fizyczne. W tym filmie robi szpagat połączony z serią ćwiczeń na postumencie umiejscowionym tak wysoko, że widać stamtąd całe miasto. W scenach walki wypada równie przekonująco. Spojrzenie ma mocne i pełne determinacji. Jego umięśnione ciało i kocie ruchy sprawiają, że wierzymy, iż mamy do czynienia z wojownikiem, który przeszedł wieloletni trening. Oto przykład znakomitego wstrzelenia się w czas i potrzeby widza. Belg jest tu czystą energią; nie musi udawać, że walczy o Oscara. Pewnie już czuł, że trafi na ramy gazet takich jak „Bravo” i stanie się idolem nastolatków obojga płci.

Podobny typ aktorstwa reprezentuje Bolo Yeung. Bardziej jest, niż gra, a jednak to wystarczy, żeby zasiać niepokój. Większość jego filmowych kreacji wygląda podobnie – Yeung kocha być bezwzględny i arogancki. Nikt nigdy nie wie, jak miała na imię grana przez niego postać. Dla wielu ludzi pamiętających seanse z pirackich kaset miała ona po prostu na imię Bolo. To imię znaczyło kiedyś w świecie kina karate tyle, co Freddy w świecie horroru. Dość powiedzieć, że i tutaj ten chiński aktor, dawny uczeń samego Bruce’a Lee, jest uosobieniem zła i sadyzmu. Z jego ust pada niewiele słów (to cecha wszystkich jego postaci, mająca źródło w fakcie, że Bolo nie władał dobrze angielskim), co czyni go zdecydowanie demonicznym i egzotycznym przeciwnikiem.

Advertisement

Na plan tego filmu zawitał także Forest „Ghost Dog” Whitaker, co pewnie szybko dostrzegą fani bardziej ambitnego kina. Ale nie ma tu do zagrania wiele więcej niż bieganie za Duxem z paralizatorem w ręce.

Jak film wypadł od strony formalnej? Całość prowadzona jest lekko, nienachalnie, dla współczesnego widza rzecz może być nawet nieco zbyt przezroczysta. Zdjęcia i montaż są solidne w typowy dla lat osiemdziesiątych sposób. Gładko, bez udziwnień, z pojawiającą się tu i ówdzie skłonnością do teledyskowego skrótu. Nie zabraknie oczywiście scen z bohaterem, który do wtóru melancholijnego popu przemierzał będzie ulice obcego mu miasta. Samotnie, wieczorem i z pakietem retrospekcji w głowie. Nieźle (acz nie da się nie dodać: jak na tamte czasy) prezentuje się ścieżka dźwiękowa Paula Hertzoga.

Advertisement

Ten miks mało odkrywczej, ale energetycznej elektroniki ze spokojniejszymi, ambientowymi z ducha fragmentami dał bardzo solidny efekt na ekranie. Hertzog – podobnie jak w rok późniejszym Kickboxerze – zapewnia nam tchnienie egzotyki, napięcie związane z Kumite i nieco ukojenia przy co bardziej lirycznych scenach.

Advertisement

Przejdźmy jednak do sedna i spróbujmy odpowiedzieć na bazowe w tym wypadku pytanie. Czy sceny walk w Krwawym sporcie nadal można postrzegać jako majstersztyk? Z pewnością wciąż prezentują się dobrze. Mamy tu do czynienia z pojedynkami, które starają się jako tako trzymać życia – ziemskiej fizyki i ludzkiej wiedzy o ciele. Zapomnijmy więc o efekciarskiej młócce rodem z Raidu czy Matrixowej estetyzacji prowadzącej do tego, że mordobicie wygląda jak pojedynek czarowników w wymiarze X.

 W Krwawym sporcie zawodnicy biją jak ludzie i tak też reagują na ciosy; choćby z tego względu walki nie ciągną się w nieskończoność, lecz dość szybko zmierzają do finału. Wojownicy to barwna i różnorodna grupa, dzięki czemu zobaczymy kilka ciekawych typów podejścia do Kumite (jak, na przykład, taktyka na niewzruszonego grubasa czy na małpę). Sceny starć są dynamiczne, ale w manierze lat 80. Mamy więc klasycznie prowadzoną kamerę, w tle muzykę Hertzoga czy kawałek z lat osiemdziesiątych Fight to Survive; niekiedy nieco zwolnionego tempa.

Advertisement

To ostatnie dominuje dopiero w finałowej, najbardziej efektownej i dramatycznej walce. Ta stanowi idealne ukoronowanie przygody Duxa. Jest dłuższa od poprzednich, a kamera zdaje się znajdować bliżej przeciwników. Slow-motion podkreśla spektakularność ich zwarcia i zaciętość obu stron. Są to sceny pełne mocy i siły wyrazu, którym dorównuje – pod względem estetycznym i emocjonalnym – chyba tylko finałowa bijatyka w KickboxerzeMożna więc śmiało powiedzieć, że jeśli ktoś nie ma obsesji na punkcie współczesnych chwytów (dziki montaż, efekciarskie zdjęcia itp. ), może poczuć się usatysfakcjonowany dawką i jakością starć w tym kultowcu.

Advertisement

Za to film jako całość sprawia już pewien problem przy ocenie. Nie da się ukryć, że jest to materiał nieco czerstwy, wymagający uzębienia, które już niejedno przegryzło. A może po prostu rzecz należy traktować jako idealną pożywkę dla nostalgii? Przystępując do seansu, trzeba mieć na uwadze, że Krwawy sport ma swoje lata, a przecież już w momencie premiery wyśmiewano się z jego słabych punktów. Jest to dziecko swego czasu: przełomów lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a także brawurowe wejście Van Damme’a do świata gwiazd kina akcji – to ten obraz zaprowadził go na szczyt.

Dla wielu z nas było to jedno z pobudzających i świeżych doświadczeń filmowych. Można tę pozycję spróbować wziąć bez całej tej otoczki związanej z epoką, legendą Duxa, kultem aktora i nostalgią za pierwszym seansem. Zapewne można. Obawiam się jednak, że zostanie wtedy ledwie zaczyn filmu – dziarsko wymachujący odnóżami zawodnik, który jest wychudzony i chwilami wręcz rozpływa się w powietrzu. Nasz kultowiec nabiera masy mięśniowej, jeśli wzmacniałeś go od dawna w swojej pamięci i sercu. Poza tym – czego by jednak nie mówić – pamiętajcie, że chłonie się tu głównie walkę, a seans mija szybko; o elementach mydlano-rozwodnionych zapominamy prędzej niż o tych, które wyszły zacnie.

Advertisement

Bolo i Van Damme spotkali się ponownie na planie Podwójnego uderzenia – udanej rozwałki o walorach wybitnie rozrywkowych. Reżyser Krwawego sportu, Newt Arnold, nie nakręcił już niczego później (za to wcześniej zrobił tylko dwa horrory), ale swym przebojem zawojował świat i nadał rozpędu karierze Van Damme’a. Belg pojawił się potem w Kickboxerze, który pod wieloma względami przypomina hit Arnolda, ale ma w sobie większą dawkę pasji, napięcia, egzotyki i agresji. Krwawy sport doczekał się paru kontynuacji, których nie warto odkurzać ani poszukiwać. To po prostu tytuły wysysające z widza życie. Nie da się tego powiedzieć o pierwowzorze, który – chociaż niedoskonały – więcej jednak daje niż zabiera.

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *