Recenzje

KOTY. Niesprzątana kuweta i koci body horror

Ktokolwiek wpadł na ten pomysł, powinien odłożyć kwas i przeprosić widza za koszmary.

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Czasami w biegu na prowadzenie (gdzieś z czeluści świadomości kinomana) wysuwają się zawodnicy, których trudno w jakiejś kategorii przegonić. Koty Toma Hoopera, oparte na broadwayowskim musicalu, nie są wprawdzie dziełem, które namiesza w topce ulubionych filmów, ale niewątpliwie wygrywają w innej kategorii. Jest to produkcja tak bizarna, gryząca w oczy i niesamowicie wypuszczona z reżyserskich łap, że nie dziwą głosy zza Oceanu mówiące, że to jeden z najgorszych filmów tego roku. Nie będę tak surowy jak koledzy ze Stanów – w odchodzącym roku kino zaatakowało mnie boleśniej niż szczucie kocurami, ale i tak nigdy nie zapomnę tego pokazu prasowego. Jak do tego doszło? Nie wiem. Pozostały tylko zadrapania. 

Kotka Victoria zostaje porzucona i musi zacząć wieść żywot ulicznicy. Wita ją w nowym życiu cała zgraja sierściuchów, w tym zakochany w niej Mefistofeles. Zostaje jej przedstawiona filozofia kociego życia, ich zwyczaje, różnice między rasami, podobieństwa. Jest to na tyle dobrze napisane i zabawne, że każdy posiadacz wąsatego czworonoga zauważy podobieństwa do swoich podopiecznych, ale w tej warstwie filmu broni się rzecz jasna materiał wyjściowy. Wszystko to, oczywiście, w rytm znanych z Broadwayu piosenek, lekkiej dawki pajacerii, dziwnie wyblakłych kolorów i rozedrganej narracji. W tle czai się rywalizacja o swoisty tron, czyli namaszczenie przez matronę (w tej roli Judi Dench) następnego kota wybranego oraz walka ze złowieszczym kocurem, w którego wciela się Idris Elba. Jeśli cokolwiek w tej migracji pomiędzy medium teatralnym a filmowym imponuje, to właśnie obsada, która w większości stara się aktorsko, ale próby i trudy przykryte są brzydkim CGI (które wymaga oddzielnego akapitu).

W tle bowiem brykają sobie z komputerowo doczepianymi ogonami James Corden, Jennifer Hudson, Ian McKellen, Rebel Willson oraz Taylor Swift. Całości przyglądamy się z perspektywy wspomnianej Victorii, w którą wciela się Francesca Hawyard, znana głównie z baletu i  to ona, o dziwo, najmniej szarżuje w swojej roli. Widz podobnie jak ona został wrzucony w sam środek tego kociego gangu i choć intryga jest identyczna jak ta z desek teatralnych, to wydaje się o wiele mniej czytelna, paradoksalnie – z powodu braku ograniczeń. Przeskakujemy więc z miejsca na miejsce, co na poziomie filmowym wypada banalnie, niczym od jednej prezentacji w Power Point do kolejnej. Coś, co w przypadku sceny jest jednym z dowodów na zdolności projektanckie magików teatru, w przypadku dzieła filmowego wydaje się leniwe i pretensjonalne. Odbębniamy więc kolejne kocie powitania, trochę potańczymy, posłuchamy piosenek, a potem hop – do kolejnej sceny, sklejonej z poprzednią jedynie siłą woli. Nie zgodzę się jednak z zarzutami dotyczącymi aranżacji muzycznych. Wprawdzie już w przypadku Nędzników wytykano Hooperowi, że miesza całkowite beztalencia muzyczne z ciekawymi wyborami, ale tutaj jest wyraźnie lepiej, mimo że niekiedy słychać zgrzyty. Jeśli nie ma porównania z innymi wersjami piosenek, można czerpać niemałą przyjemność z występów.

I ta średniość, a wręcz bylejakość niekiedy, byłaby momentami łaskocząca oczy i słuch, gdyby nie wejście kina grozy, nieintencjonalne oraz przedziwne. Otóż Koty momentami jawią się jako body horror, swoista Wyspa Doktora Moreau połączona z nieudanymi szkicami graficznymi Avatara. Hybrydyzacja twarzy aktorów z komputerowymi, kocimi ciałami wywołuje niepokój tak duży, że po kilku minutach od rozpoczęcia seansu szukamy ucieczki z tej piwnicy grozy. Ponoć do kin wejdzie wersja zaktualizowana, a studio obecnie dwoi się i troi, aby poprawić ten film, ale wątpię, żeby go odczarowano.

Ktokolwiek wpadł na ten pomysł, powinien odłożyć kwas i przeprosić widza za koszmary. Pamiętacie okładki magazynów popularnonaukowych typu Focus, w których pokazywano, jak w przyszłości będą wyglądać hybrydy ludzi oraz świń? Mamy tutaj coś podobnego z kotami, ale wdzierający się pierwiastek obcości jest tak wykrzaczony koślawymi efektami komputerowymi, że szukamy obłędnie swoim wzrokiem jakiegokolwiek punktu odniesienia. Na próżno. W tym świecie są same koty i nie jest to dobra wiadomość. 

Ostatnio dodane