search
REKLAMA
Recenzje

Cudowna podróż z PIERŚCIENIAMI WŁADZY. Podsumowanie sezonu

Tolkien jest przekleństwem dla tego serialu.

Odys Korczyński

21 października 2022

Pierscienie wladzy 7
REKLAMA

Tolkien jest przekleństwem dla tego serialu. A może tak naprawdę jest nim dla fanów „białego” Tolkiena? Toksycznych fanów, którzy wyobrazili sobie pewien świat, w którym poczuli się bezpiecznie, przypisali go autorowi i teraz rezygnacja z niego oznacza dla nich koniec ich fanowskiej obsesji. Wciąż jestem zdziwiony przede wszystkim tym, że tak naprawdę odkąd pojawiły się teasery produkcji, wszelka krytyka serialu opiera się o to: czy elfy są czarne, czy białe, czy tytuł jest mniej lub bardziej podobny do trylogii Petera Jacksona, czy wiernie odzwierciedla dzieła Tolkiena. Odpowiedź brzmi – elfy nie muszą być białe ani czarne, bo nikt z rodziny Tolkiena, kto posiada prawa do jego dzieł, ani on sam za życia, tego nie zastrzegł ani nie stworzył archetypu elfa o danym, jednolitym kolorze skóry, który byłby „opatentowany”. Sam LOTR nie jest żadnym wzorcem, a jeśli ktoś go za taki uważa, nie ma najmniejszego pojęcia o wolności wypowiedzi artystycznej. I na koniec Pierścienie władzy nie są ekranizacją, tylko luźną adaptacją materiału zawartego m.in. w Silmarillionie, ale nie tylko. Wszelkim agresywnym, toksycznym fanom polecam doczytanie, czym jest materiał źródłowy dla ekranizacji, a czym dla adaptacji. Mam nadzieję więc, że klarownie wyjaśniłem, jak bezsensowny i wręcz idiotyczny jest hejt na Pierścienie władzy. Dlatego też nie będę w tej recenzji zajmował się kolorem skóry elfów. Mogą być białe, czarne, a nawet niebieskie. Zajmę się natomiast tym, co najważniejsze, czyli formą świata przedstawionego w ramach zasad obowiązujących w świecie fantasy. To, co kiedyś napisał Tolkien, jest marginalne. Pierścienie władzy z powodzeniem mogą być traktowane jako niezależnie funkcjonujący świat magii i miecza. I piszę to jako czytelnik, który zgłębia Tolkiena od kilkudziesięciu lat. Dlatego założę się, że większość hejtu, który spadł na Pierścienie władzy, pochodzi niestety od toksycznych miłośników LOTR-a, którzy może i jeszcze pokusili się o przeczytanie głównej trylogii, ale zabrakło im cierpliwości i zacięcia do tolkienowskich mitów, interpretacji, zapisków, listów, czyli całej bazy do stworzenia historii o Silmarilach, słudze Morgotha, czyli Sauronie oraz jego pierścieniach władzy. Nie wspominając już o biografii pisarza i ideologicznym symbolizmie, który pchnął go do stworzenia Śródziemia. Jego odkrycie może nieco by otrzeźwiło bezkrytycznie zakochanych w LOTR-rze fanów.

Cielesny Sauron

Zadziwiające w świecie fantasy jest to, że się cywilizacyjnie nie rozwija. To jeden z zarzutów, często kierowanych do epopei obejmujących tysiące lat, a historia „pierścieni władzy” taka właśnie jest. Dzieje się na przestrzeni cały er, lecz społeczności, które znamy z Władcy Pierścieni, różnią się od tych pradawnych detalami, głównie stylistycznymi, ale nie technologicznymi. Dlatego twórcy filmów fantasy, zwłaszcza tych, które przychodzą po jakiejś legendarnej, blockbusterowej produkcji w ramach gatunku, muszą być uważni i budować nowy świat o wiele plastyczniej niż ci, co byli przed nimi. Peter Jackson wszedł na tę drogę i poczynił milowe kroki. Zrobił to jednak 20 lat temu i również nie w sposób kanoniczny. Psychofani LOTR-a już zapewne zapomnieli, jakie gromy sypały się na nowozelandzkiego reżysera za luźnie potraktowanie trylogii Tolkiena. Teraz to samo dzieje się w stosunku do Pierścieni władzy, z tym że świat pokazany w serialu, mimo że stoi w miejscu przez tysiąclecia – nie licząc krasnoludzkiego odkrycia rudy mithrilu – jak każda rzeczywistość fantasy, tętni wielością wątków, dobrze zrównoważoną akcją oraz niesamowitym wręcz rozłożeniem suspensu. Historia pierścieni, a może tak naprawdę dojrzewania władzy Saurona nad Śródziemiem, przedstawiona jest tak klarownie, że nie wymaga od widza żadnej głębszej wiedzy na temat mitologii Tolkienowskiej. Dobrze oczywiście ją mieć. Czuje się wtedy dodatkową radość z zobaczenia na własne oczy tych wszystkich postaci, które znało się tylko z legend, niekończącego się wspominania ich wielkich czynów w LOTR-ze i Hobbicie, lecz nie jest to konieczne, żeby zrozumieć opowieść i zapamiętać wiele naprawdę mądrych słów, co w kinie tego typu aż na tak filozoficznym poziomie wcale często się nie zdarza. Za tę specyficzną intertekstualność paradoksalnie możliwą do odkrycia bez znajomości literackich pierwowzorów, należą się brawa twórcom serialu. Jedynym minusem bywa patos. Zwłaszcza w sekwencjach dziejących się w Númenorze, jest go o wiele za dużo. Rodzącą się w bólach decyzję polityczno-militarną regentki Míriel można było pokazać spokojniej, bez głoszenia „odezw” do narodu (Númenorczyków), bez bębnów na ścieżce dźwiękowej, bez okropnego dramatyzmu na twarzach bohaterów, czyli bez tego wszystkiego, co jest przekleństwem amerykańskiego rozumienia gatunków fantasy i science fiction.

Na szczęście po piątym odcinku Galadriela nareszcie opuszcza Armenelos, więc atmosfera zaczyna się stabilizować gdzieś między kinem przygodowym, elementami horroru oraz mrocznym fantasy. Im bliżej jest Sauron, tym serial staje się bardziej przewrotny, co w ekranizacjach Tolkiena zdarza się tak naprawdę po raz pierwszy. Do tej pory pojęcia dobra i zła przedstawiane były prosto, kanonicznie rzec można, jak to jest przyjęte w kulturze Zachodu. Za sprawą Saurona, sytuacja się zmieniła, bo ten sługa Morgotha, który skutecznie wybił się do niepodległości, jest charakterem wielowymiarowym i niepodlegającym jednoznacznej ocenie. No właśnie, Sauron. Napisałem nieco wcześniej, że Pierścienie władzy nareszcie dały mi możliwość weryfikacji moich wyobrażeń na temat postaci ciągle wspominanych w trylogii, lecz ze względu na czas, który upłynął, już nieżyjących. Durin, Elendil, Isildur, nareszcie dostali twarze, a tym samym osobowości. Przestali być tylko słowami, czy też mitami. W przypadku Saurona oczywiście było inaczej, bo jego mogliśmy w człekopodobnej postaci zobaczyć kilka razy, lecz bardzo szkicowo, bez konkretnej tożsamości. Bardziej zapamiętaliśmy go jednak jako gorejące oko, ducha, postać radykalnie oddzieloną od fizycznego świata, a przez to osobowo nieautentyczną. Pozostał ogromny niedosyt, gdyż Sauron przez ten sposób prezentacji nie posiadał własnej historii (origin story) równej głównym postaciom, a bez wątpienia na to zasługiwał. W Pierścieniach władzy nareszcie ją otrzymał, rozwijając się jako antagonista tuż pod nosem widza od samego początku. I to jest najlepsza część serialu. Twist fabularny, który zmusza wręcz do obejrzenia serialu jeszcze raz, tym razem analizując wszystko, co powiedział Sauron, jako nie Sauron, co mogło świadczyć o tym, że Sauronem rzeczywiście jest. Dopiero wtedy staje się jasny sens jego słów o ciemności, które z taką pewnością kieruje do Galadrieli. Nie będę ich tu przytaczał. Wspomnę tylko, że padają w piątym odcinku.

Reinterpretacja Tolkiena

Morondior, czy też Uruk, jakim jest Adar z jedej strony, a na przeciwnym biegunie Galadriela ze swoimi groźbami, że zgładzi więźniów, obiecująca, że nawet zgładzi całą rasę orków, bo jest ona pomyłką, błędem. Jakież to dobro nazistowskie! Dowód zmiany w podejściu do antagonistów, i generalnie dobra i zła w Tolkienowskim świecie, znajduje się właśnie w 6. odcinku. Każdy ork ma imię, serce, jest tak samo godny życia i własnego domu, którego nie ma. Walczy ramię w ramię z Adarem, elfem skrzywionym przez moce Morgotha o miejsce do życia. Ale naprzeciwko nich staje Galadriela z jej nienawiścią o wiele większą niż pragnienie wolności dla swoich dzieci odczuwane przez Adara. Warto zapamiętać jego rozmowę z Galadrielą, która jest dowodem na aksjologiczną plastyczność świata przedstawionego w Pierścieniach władzy, co się właściwie nie zdarzało we wcześniejszych adaptacjach prozy Tolkiena. Adar mówi do Galadrieli: Wygląda na to, że nie jestem jedynym elfem odmienionym przez ciemność. Być może powinnaś zakończyć swoje poszukiwania Saurona przed lustrem?

Podsumowując, nie jestem rozdarty jak mój redakcyjny kolega Rafał Oświeciński. Oczekiwałem serialu, który doceni Tolkienowskie mity, a jednocześnie nie będzie się bał poddać ich modyfikacji zgodnie z panującymi czasami. Stąd zapewne hejt i wszystko, co się z nim wiąże, czyli cała irracjonalna krytyka ras elfów i harfootów. Jak prawie zawsze we współczesnych produkcjach, mam zastrzeżenia do muzyki, która powinna być wisienką na torcie Pierścieni władzy. Pod tym względem serial wypadł słabo, nazbyt podniośle, przewidywalnie, nieco zbyt rzewnie, dramatycznie i bez tematu, którym mógł się poszczycić Howard Shore. Jakąś rekompensatą z pewnością jest strona wizualna, zwłaszcza odpowiednio wyzyskane CGI, które nie dominuje nad efektami analogowymi w postaci np. charakteryzacji. Zagłębiając się więc w świat po upadku Morgotha, a jeszcze przed nastaniem Saurona, nie czuje się żadnego dysonansu technicznego między tym, co realne, a tym, co możliwe do zobaczenia tylko w wyobraźni, więc w serialu – poprzez efekty specjalne. Do aktorów można się przyzwyczaić – tak sądziłem na początku, bo doskonale zdaję sobie sprawę, że trudno się uwolnić od archetypowych już w kinie postaci z trylogii Petera Jacksona, jak również z Hobbita. Twórcy Pierścieni władzy zdecydowali, że z tymi wzorcami nie będą walczyć, lecz spróbują wykreować nowe. Ta sztuka jednak udała się co najwyżej poprawnie. Nie chodzi tylko o grę aktorską, która trzyma się na dobrym poziomie, chociaż niczym nie zachwyca, lecz o format aktorów, którzy zostali wybrani do serialu. Żeby osiągnąć pożądany efekt i zamknąć usta wszystkim krytykom produkcji zakochanym np. w Viggo Mortensenie jako Aragornie lub Cate Blanchett jako Galadrieli, należało zatrudnić aktorów owszem młodych, lecz bardziej znanych. Mieliby o wiele łatwiej u publiczności ze względu na rozpoznawalność. Można więc uznać taką decyzję producentów za błąd, chociaż zapewne czynniki ekonomiczne były nie do pokonania. Wracając do tego, co sądziłem na początku, czyli że do aktorów można się przyzwyczaić, teraz, po obejrzeniu całego sezonu, już tak nie myślę. Nie mam problemu, żeby zobaczyć Galadrielę w starszej wersji graną przez Cate Blanchett i w młodszej przez Morfydd Clark, podobnie z Elrondem, być może również z Gandalfem, chociaż tego pewien jeszcze nie jestem, jeśli wiecie, co mam na myśli. Z jednego się natomiast niesamowicie cieszę. Harfootowie nareszcie są postaciami fizycznie harmonijnymi. U Hobbitów ktoś nie przemyślał stosunku wielkości ich owłosionych stóp do reszty ciała. Teraz dysproporcja ta została skutecznie naprawiona.

To wszystko powyższe schodzi jednak na dalszy plan, jeśli doceni się pewną kluczową zmianę w podejściu do Tolkienowskich mitów, do ich interpretacji aksjologicznej. Do tej pory w ekranizacjach prozy Tolkiena mieliśmy szablon tego, co dobre, i szablon tego, co złe. Teraz w Pierścieniach władzy twórcy przyglądają się nawet Sauronowi pod względem etycznym i prowokują widza do zbadania motywacji najbardziej znanego czarnoksiężnika Śródziemia. Tolkien tego w swoich tekstach nigdy nie potrafił zrobić – dopuścić możliwość, że dobro absolutne może stać się radykalnym złem za sprawą jednego czynu, jednej myśli, jednej wątpliwości czy metaforycznej kropli wziętej ze zdarzeń rzeczywistości. Świat przedstawiony Pierścieni władzy, może i nazbyt patetyczny, ustrzegł się szablonowości moralnej, co uwalnia go od monolitycznej, chrześcijańskiej hermeneutyki i kulturowych stereotypów, które zawsze więziły geniusz Tolkiena.

Dobro i zło więc nie różnią się od siebie, lecz partykularnie odbierane są jako przeciwieństwa. Nasiona nowego życia alfirin, na przekór śmierci, sadzili przecież zarówno Adar, jak i Arondir.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA