Recenzje
CIEKAWY PRZYPADEK BENJAMINA BUTTONA. Niewyraźna kopia Forresta Gumpa
CIEKAWY PRZYPADEK BENJAMINA BUTTONA to intrygująca, nostalgiczna podróż przez czas, zaskakująca jak życie samego bohatera w odmiennym wydaniu.
W epoce wszędobylskich remake’ów, sięgania po sprawdzone rozwiązania i czerpania z wypracowanych wcześniej wzorców, świeży pomysł jest na wagę złota. I choć wymyślenie czegoś nowego wymaga znacznie większych nakładów wysiłku, warto się postarać, albowiem efekt końcowy może trafić w gusta widzów i odnieść spory sukces – zarówno artystyczny, jak i komercyjny. Mało tego, ludziom „niepokornym”, przecierającym własne szlaki, zawdzięczamy postęp – bo choć ogromna większość nie sili się na oryginalność, to jednak ktoś musi pokazywać, iż da się inaczej, lepiej lub gorzej, ale inaczej.
David Fincher z pewnością należy do reżyserów trzymających się z dala od komercyjnych ścieżek, którymi podążają twórcy potencjalnych blockbusterów. Niemalże każdy jego film daje do myślenia i nie pozwala widzowi pozostać obojętnym po seansie. Tym razem Fincher sięgnął po opowiadanie F. Scotta Fitzgeralda, traktujące o dziwnym przypadku człowieka, który przychodzi na świat jako osiemdziesięciolatek i w odróżnieniu od reszty świata – młodnieje. Pomysł bardzo intrygujący, nie uznający kompromisów reżyser – taka mieszanka powinna dać w efekcie arcydzieło, które wyznaczy nowe szlaki w wyświechtanych hollywoodzkich borach pełnych osuszonych do cna tematów, a w najgorszym wypadku przynajmniej solidnie opowiedzianą, oryginalną historię.
Niestety, na ogromnym potencjale się skończyło. Idea wyjściowa nie została praktycznie w ogóle wykorzystana. Jaki bowiem wpływ na fabułę ma fakt, iż Benjamin Button (Brad Pitt) odbywa odwrotną drogę od nas wszystkich? Żadnego. Owszem, bohater często podróżuje i nie mieszka w jednym miejscu przez dłuższy czas (poza domem starców, gdzie nikogo nie dziwi, iż facetowi przybywa włosów i sił), ale poza tym wiedzie zupełnie normalne życie. Jedynym, który uznaje go za „odmieńca”, jest sam Benjamin, reszta ludzi nie zwraca nań w ogóle uwagi.
Niby mamy całą historię przedstawioną z perspektywy Buttona, niby postrzega on rzeczy nieco inaczej, ale to wszystko nie przekonuje i miejscami Ciekawy przypadek… sprawia wrażenie taniego melodramatu, jakich wiele w ramówkach podrzędnych stacji telewizyjnych. Zabrakło magii wylewającej się z ekranu, atmosfery tajemnicy. Zamiast tego otrzymaliśmy przegadany obraz, po brzegi wypełniony słyszanymi już dziesiątki razy hasłami. Widz nie zadaje sobie pytań, nie interesuje go, dlaczego Benjamin urodził się taki; czy to wpływ chodzącego do tyłu zegara, a jeśli tak, to czy są również inni młodniejący ludzie.
Śmiem twierdzić, że gdyby główny bohater przyszedł na świat jako normalne dziecko i się po prostu starzał, historia wyglądałaby właściwie tak samo. Można jeszcze dyskutować, że właśnie o to chodzi – mimo swojej odmienności, Button wcale nie różni się aż tak bardzo od nas wszystkich, dla niego czas też biegnie nieubłaganie. Zgoda, ale wtedy widz ma prawo wymagać interesująco podanej fabuły, a tego Ciekawy przypadek… również nie gwarantuje. Przez pierwszą godzinę film niemiłosiernie nuży, później akcja staje się nieco bardziej wciągająca, ale wciąż nie na tyle, aby z wypiekami na twarzy śledzić losy młodniejącego mężczyzny. Z autentycznym zainteresowaniem oglądałem jedynie scenę obrazującą łańcuch przyczynowo-skutkowy (nie napiszę więcej, aby nie psuć niespodzianki).
Jednak największy cios dla widza stanowi fakt, iż z czystym sumieniem można sobie darować seans Benjamina Buttona, jeśli oglądało się Forresta Gumpa. Najnowszy obraz Finchera to nic więcej, aniżeli kalka, niewyraźna kserokopia produkcji z Tomem Hanksem. Momentami wydawało mi się, że mam przed sobą remake świetnego filmu Zemeckisa. Punkt wyjściowy obu tytułów jest ten sam – inny od reszty człowiek wobec przemijającego czasu i życiowych problemów.
Kolejne zdarzenia (szczególnie w kwestii uczuć, a wątek ten zdaje się tematem przewodnim Ciekawego przypadku…) przebiegają niemalże w bliźniaczy sposób. Zupełnie jakby Eric Roth cierpiał na brak nowych pomysłów i czerpał rozwiązania fabularne z własnego skryptu sprzed 15 lat. A może stwierdził, że skoro raz się sprzedało, to uda się przepchnąć drugi raz to samo w nieco zmienionych realiach.
Nie cierpię pesymistycznego kina i szeroko stosowanej w polskich produkcjach martyrologii. Uważam, że da się mówić o rzeczach ważnych w sposób optymistyczny i ciepły, zamiast na każdym kroku dołować widza. Dlatego cenię takie filmy jak Ale jazda!, Buntownik z wyboru, Sprzedawcy czy wspomniany wyżej Forrest Gump. Oglądając Ciekawy przypadek…, a szczególnie pierwszą część, ciągle miałem wrażenie, jakby Fincher chciał za wszelką cenę wpędzić mnie w żałobę. Reżyser sięgnął po najprostszą metodę nadania przysłowiowej głębi – pokażmy starszych ludzi u kresu życia i włóżmy w usta bohatera jakieś quasi-filozoficzne teksty.
Nie tędy droga.
Inną poważną wadą Ciekawego przypadku… stały się niewykorzystane motywy fabularne, jakby scenarzyście zabrakło pomysłów na dopowiedzenie kilku spraw i tylko je zasugerował, a potem o nich zapomniał. Na przykład w scenach szpitalnych w tle ciągle słychać doniesienia o nadciągającym huraganie. I co? I nic. Nie ma to kompletnie żadnego przełożenia na fabułę. Zresztą reżyser mógłby sobie darować cały wątek szpitalny, ponieważ widz od razu domyśla się, kim jest czytająca pamiętnik kobieta. A w założeniu miało to chyba stanowić niespodziankę.
Druga potencjalnie ciekawa kwestia dotyczy chodzącego do tyłu zegara. Wspomina się o nim na początku filmu i na końcu, da się wysnuć jakąś analogię między przypadkiem Buttona a zasadą działania mechanizmu, ale w gruncie rzeczy, gdyby pozbyć się tego fragmentu, obraz niewiele by stracił.
Wypada napisać parę słów o aktorach. Brad Pitt zagrał swoją rolę poprawnie – nie ma się do czego przyczepić, ale jednocześnie nie ma również specjalnie za co chwalić. Ot, solidnie wykreowany bohater, bez rewelacji. Nieco więcej słów chciałbym poświęcić głównej postaci żeńskiej, w którą wcieliła się Cate Blanchett. Być może dowodzi to umiejętności odtwórczyni tej roli, ale Daisy, dla której najważniejszą rzeczą staje się kariera, niemiłosiernie irytuje i doprowadza niemalże do szału swoim zachowaniem – dziecinnym i zdradzającym kompletny brak dojrzałości oraz wrażliwości.
Naprawdę nie wiem, co Benjamin w niej widział po tym wszystkim. Z pozostałych aktorów warto wspomnieć o sympatycznej postaci kapitana Mike’a (Jared Harris) – wilk morski przez pewien czas będzie dla Buttona kimś w rodzaju mentora.
Strona techniczna filmu prezentuje się świetnie, ale tego właśnie należało się spodziewać po budżecie sięgającym 150 milionów dolarów. Na szczególną uwagę zasługuje charakteryzacja, po mistrzowsku oszukująca widza co do wieku bohaterów. Również kostiumy dobrze oddają epokę (a właściwie kilka epok), w której toczy się akcja. Pod tym względem Ciekawy przypadek… to wyśmienity kawał kina i gdyby tylko fabuła dorównała elementom, nazwijmy je, dopełniającym, otrzymalibyśmy prawdziwe arcydzieło. Nie mogę także pominąć zdjęć, utrzymanych w jasnych kolorach, kojarzących się z pożółkłymi stronicami książki.
Reasumując, Ciekawy przypadek Benjamina Buttona wiele obiecuje i niewiele z tych obietnic udaje mu się spełnić. Niewątpliwie mamy tu do czynienia z niewykorzystanym świetnym pomysłem. Punkt wyjściowy wydaje się oryginalny, ale został ubrany w dość standardowy zestaw scen, które próbowano „pogłębić” na siłę, wciskając w usta bohaterów wyświechtane frazesy. Szkoda, że scenarzysta nie poszedł za ciosem i nie spróbował podejść do całej historii w jakiś interesujący sposób, a jedynie skopiował rozwiązania z Forresta Gumpa. O ile jednak w tamtym przypadku mu się udało, o tyle w opisywanym obrazie zbyt dużo rzeczy szwankuje, aby widz mógł z zainteresowaniem śledzić losy głównego bohatera.
Wydaje mi się, że David Fincher nakręcił film pod Oscary, rezygnując ze swojej zwykłej inwencji twórczej. Wypada jednak zauważyć, iż liczba nominacji świadczy o wyczuciu twórcy – dokładnie wiedział, jak skroić nienajlepszy produkt, aby znalazł uznanie w oczach członków Akademii. Miejmy jednak nadzieję, że w przyszłości Fincher przetrze jakiś nowy szlak, zamiast podążać wytartymi schematami.
Tekst z archiwum film.org.pl (06.02.2009).
