search
REKLAMA
Recenzje

BLIŹNIAK. Will Smith kontra Will Smith

Radosław Pisula

27 października 2019

REKLAMA

Są takie filmy, które czekają na realizację przez wiele lat. Czasami uda się tkwiący w produkcyjnym piekle skrypt dopasować do nowych czasów (zazwyczaj efekt końcowy nie przypomina już zbytnio pomysłu wyjściowego), ale trafi się i taki celuloidowy bękart, który ma konkretną datę przydatności do spożycia, a po jej przekroczeniu staje się średnio jadalny. Takim przypadkiem natchnionej katastrofy jest Bliźniak, który przeskakiwał z rąk do rąk przez ponad dwadzieścia lat, oczekując na odpowiedni rozwój technologii. Niestety, gdy ta poszła do przodu, sama opowieść utkwiła na stałe w rejonach groszowych VHS-ów.

W 1997 roku Darren Lemke rozpisał pomysł na film, którego osią miał być konflikt pomiędzy diabelnie profesjonalnym zabójcą do wynajęcia a jego jeszcze bardziej zabójczym młodszym klonem, wysłanym przez super ekstra organizację militarną, żeby sprzątnął niewygodnego dla niej człowieka. Fabuła była mocno pretekstowa i przypominała zalew innych tanich akcyjniaków, gdzie przewijali się Jean-Claude Van Damme, Christopher Lambert czy przypadkowi niby-aktorzy w stylu Denisa Rodmana, a sednem całego tego cyrku miało być odmłodzenie komputerowo głównego aktora, żeby dosłownie ścigał siebie. Niestety, technologia do tego odpowiednia była jeszcze w powijakach i przez lata skrypt zmieniał reżyserów oraz aktorów z szybkością karabinu maszynowego – były z nim łączone nazwiska między innymi Tony’ego Scotta, Curtisa Hansona, Mela Gibsona, Clinta Eastwooda, Harrisona Forda, Nicolasa Cage’a, Brada Pitta, Toma Cruise’a, Arnolda Schwarzeneggera, Sylvestra Stallone’a czy nawet Seana Connery’ego. Czyli dosłownie każdego, kto liczył się w wysokooktanowej części Hollywood.

I tak to wszystko się kisiło, przy tekście grzebali kolejni scenarzyści i gdy wydawało się, że ten archaiczny cyrk niezwykłości umrze śmiercią naturalną, w końcu udało się trafić na czasy w jakimś stopniu przekonującego cyfrowego odmładzania aktorów. Do projektu zatrudniono oscarowego Anga Lee, który od lat uwielbia wchodzić z butami w ryzykowne technologicznie projekty (Hulk, Życie Pi, Najdłuższy marsz Billy’ego Lynna) oraz najfajniejszego gościa w Hollywood, którego nie da się nie lubić – Willa Smitha. A jak ten ma latać sam za sobą, to już w ogóle na papierze dostajemy jakąś kumulację w Lotto.

Dlatego to po prostu niepojęte, jakim finalnie bajzlem jest Bliźniak. Fabularnie to absolutna pożoga, za którą odpowiada trójka scenarzystów, każdy z innej parafii (mamy tu Davida Benioffa z Gry o tron, sinusoidalnego wyrobnika Billy’ego Raya i wspomnianego już Lemkego), pracująca jeszcze pewnie na strzępach innych tekstów. I to widać, bo chociaż cała intryga została sprowadzona do podstaw – pozbawionych zupełnego polotu, gdzie zła organizacja knuje sobie z tajnymi służbami, a zaszczuty, ale superogarnięty w walce (i ogólnie we wszystkim) bohater dostaje partnerkę i razem uciekają przed supermordercą, odhaczając kolejne strzelaniny aż do wyłożenia kart na stół oraz kuriozalnego domknięcia wątków w finale – to napisane to zostało tak paskudnie, że dialogów po prostu nie da się słuchać. W połowie to suche teksty, które dwadzieścia lat temu dałoby się przeżuć razem z kotletem, gdyby to leciało w obiadowym paśmie Polsatu, a w połowie obrażająca widza ekspozycja, zaznaczająca oczywistości po kilkanaście razy. „Jestem klonem, tak? Jestem klonem, znaczy człowiekiem zrobionym za pomocą technologii z innego człowieka, jego idealną kopią. Tak? Klon to kopia innej osoby, tak?! JESTEM KLONEM? NA PEWNO JESTEM KLONEM, TYM JEST KLON?” – takie, a przynajmniej bardzo zbliżone teksty są tutaj na porządku dziennym i po prostu męczą.

Jak na prostą strzelankę brakuje tu luzu, jakiegoś pogodzenia się z faktem, że wyżej nie da się podskoczyć. I zamiast kierować uwagę na niezbyt przekonujące technikalia, reżyser pogrąża całość w narracyjnej miałkości – ciężko przejmować się bohaterami, rozumieć ich rozterki, kibicować im w jakikolwiek sposób, gdy wszystko jest tu opowiedziane kompletnie po łebkach, bez dozy uczucia. Nie ma to tego uroku, co produkty swoich czasów, gdzie przymykamy oko na ograniczenia warsztatowe. Jednak przez dwie dekady gatunek poszedł do przodu, podobnie jak sposoby opowiadania historii, i takie średniowiecze, usilnie przeszczepione na dzisiejszą modłę, częściej męczy niż bawi.

Także futurystyczna technologia nie sprawdza się zbyt dobrze – młody Smith, crème de la crème widowiska, wygląda całkiem nieźle w scenach rozgrywających się w nocy albo w katakumbach, gdy techniczne niedoskonałości można w jakiś sposób ukryć w ciemnościach. Niestety mamy tu też momenty zbliżeń i absolutnie paskudne sceny w pełnym słońcu, gdy dolina niesamowitości aż uderza po oczach i ciężko uwierzyć, że ta lipna historia czekała tyle lat na to, żeby dostać w głównej roli plastikowy przerywnik z gry. Tak wielkie skoki w jakości całkowicie wybijają z rytmu. Film mógł poczekać jeszcze kilka lat albo po prostu polecieć do kosza, bo niby coś tam komputery potrafią szybciej obliczać, ale historię zdążył już zjeść odtwarzacz wideo. Warto za to pochwalić kilka scen akcji, bo nadal ten bałagan ogarnia oscarowy reżyser, który ma oko do łapania kamerą tempa i ruchu bohaterów. Lee klei tutaj niestety wszystko na pół gwizdka, ale dostajemy jeden naprawdę ciekawie pokazany pościg motocyklowy (w tym absurdalne boksowanie się motorami, którego powrót do kina cenię, bo to urokliwa głupota) i parę ciekawych rozwiązań w scenach strzelanin, szczególnie z wykorzystaniem niespodziewanych ujęć czy obrotów kamery. Ale to zdecydowanie za mało, bo chociaż wciąga się te bzdury na dwa kęsy, to ich smak wyparowuje minutę po seansie. Widać, że to jednak Lee-wyrobnik, bez misji, odwalający po prostu robotę na zlecenie i czekający na czek. Nie ma tu jakiejś wielkiej tragedii, ale brak też autorskiego śladu.

Ale Lee ma tu szczęście, bo do głównych ról udało się zaangażować Willa Smitha, który nawet grając w słabych filmach, zawsze emanuje tym swoim specyficznym typem charyzmy. To gość, który angażuje uwagę, dobrze wygląda, jest „fajny” – a przy tym po odmłodzeniu zamienia się w wersję, która jest kulturowo dobrze rozpoznawalna, bo to Fresh Prince, tylko z gnatem w łapie. Dzięki temu można momentami przymknąć oko na to, że to nie człowiek, a zbiór nie do końca dobrze poukładanych cyferek. Zresztą Smith jedzie tutaj na automacie, nawet gdy dwoi się i troi, żeby przeskoczyć od akcji do akcji i jakoś połatać ziejące kratery scenariuszowe, a nadal jest najjaśniejszym punktem całej produkcji. I naprawdę szkoda, że wszystkie postacie są tak paskudnie papierowe, przez co aktorzy nie mają po prostu z czym pracować – Mary Elizabeth Winstead (kobieta przypadkowo wmieszana w grubą chryję) traci przez to swój naturalny urok, Benedict Wong (ten zabawny superkumpel z wojska) jedzie na oparach komediowych, a Clive Owen to TEN ZŁY, NAJGORSZY – widać, że aktor ma ma tutaj trochę radochy, ale nie udziela się to odbiorcy, bo prezentuje się bardziej sztucznie niż te wszystkie cyfrowe cuda.

Bliźniak to film spóźniony o dwie dekady, przy powstawaniu którego cały tłum twórców szarpał truchło scenariuszowe, przez co ostateczna wersja przypomina coś, co spokojnie mogłoby być siedemnastym sequelem butlerowskich filmów z cyklu …w ogniu, a nie blockbusterem z oscarowym reżyserem na pokładzie. To niestety ten typ filmu, gdzie uznany autor wchodzi na minę i jest tak zafiksowany na jednym elemencie (w tym wypadku użytej technologii), że zapomina o innych aspektach, robiąc wszystko na odwal się. Widzowie mają przede wszystkim mieć w głowie fakt, że Smith walczy z młodym Smithem, ale niestety i to nie wypada tutaj zbyt atrakcyjnie. Po latach Bliźniak będzie całkiem przaśnym zapychaczem streamingowych baz filmowych – wspominanym jako zaprzepaszczenie twórczego potencjału, ale też lekko wchodzącym przy piwie na jakiejś domówce. Widowisko bzdurne, archaiczne, pokiereszowane ambicjami, pociesznie szrotowe – ale nie da się ukryć, że twarz Willa Smitha na ekranie nadal cieszy, to się przez ostatnie dwie dekady nie zmieniło.

PS Film oglądałem w wersji 2D, bez zwiększonej liczby klatek na sekundę. Nie czuję jednak, żeby ta kosmetyka diametralnie zmieniła odbiór filmu.

Avatar

Radosław Pisula

REKLAMA