Ranking

Brudny Harry wyczyszczony. 5 NAJLEPSZYCH RÓL CLINTA EASTWOODA

Autor: Odys Korczyński
opublikowano

Piętno Harry’ego Callahana okazało się zbyt silne. Nawet bezimienny rewolwerowiec z westernów Sergio Leone nie zdołał pokonać wielkiej giwery Clinta Eastwooda. Siła magnum pozostanie niepokonana i wręcz ikoniczna dla ogromnej grupy fanów aktora. Nie zaprzeczam, że jest ważna, a nawet kluczowa dla historii filmu sensacyjnego. Wcale to jednak nie oznacza, że Brudny Harry jest rolą nawet w połowie tak dobrą jak kreacja Franka Horrigana z Na linii ognia, która to z kolei nie umywa się do postaci Walta Kowalskiego z Gran Torino. Jak to bywa w zestawieniach z tylko pięcioma filmami, nie wszyscy będą zadowoleni, ale taka jest konieczna cena do poniesienia, gdy chce się całkiem niezłego aktora i świetnego reżysera uratować od widzowskiej szufladki.

1. Robert Kincaid, Co się wydarzyło w Madison County (1995), reż. Clint Eastwood

Sytuacja, w której małomiasteczkowe w swych poglądach na moralność rodzeństwo odkrywa, co faktycznie przeżyła ich matka, Francesca, przypomina mi bardzo, czego zatwardziały fan twardego wizerunku Clinta może doświadczyć po seansie The Bridges of Madison County. Taki jest oryginalny tytuł filmu. Znacznie lepiej oddaje treść niż jego płytkie spolszczenie. Wracając do roli Clinta, jego prawdziwa aktorska konwersja dokonała się dopiero w tej produkcji – tak sądzę. To właśnie się wydarzyło w Madison County. Brudny Harry nareszcie zdjął przepocone ubranie i wszedł do wanny. Po długiej kąpieli wyszedł zupełnie nowy człowiek, a nie czarno-biały etycznie mężczyzna z pukawką w ręce, którą skrupulatnie pieści co wieczór zamiast ciepłej i żywej kobiety, i to z własnej, nieprzymuszonej woli. Paradoksalnie, wcielając się w fotografa, Roberta Kincaida, Eastwood wcale nie zamienił się w miękkiego faceta. Myślcie sobie, co chcecie o tym porównaniu, ale jego męskość wręcz urosła zarówno w sensie metaforycznym, jak i erotycznym do rozmiarów Jezusa w Świebodzinie. W relacji z Meryl Streep, a więc świetną aktorką do tworzenia filmowych duetów, poczuł się swobodnie. Bez teatralności ukazał skomplikowane emocje, które społeczna, chrześcijańska moralność tak zapalczywie odrzuca i które w praktyce zdają się marzeniem ściętej głowy np. dla Nicka Pulovskiego z Żółtodzioba. Z pewnym rozmarzeniem i wzruszeniem będę więc powracał do tego filmu, bo „kiedy białe ćmy rozkładają skrzydła”, uśmiech Clinta nareszcie i w pełni przypomina mi żywego człowieka.

2. William „Bill” Munny, Bez przebaczenia (1992), reż. Clint Eastwood

Siłą tego filmu wcale nie jest westernowość, bo nie jest to klasyczny western. Clint Eastwood wyreżyserował i zagrał główną rolę w tzw. antywesternie, a sam wcielił się w bohatera, który najlepiej pasowałby do czyszczenia koltów na emeryturze w jakimś muzeum w Denver, a nie polowania na bandytów. I to jest właśnie ta sprzeczność, jaką wyłuszczył nam Eastwood w Bez przebaczenia. W świecie, gdzie nie ma szczęśliwych istot (prócz kojotów), a wszyscy zasługują na śmierć, jak sam mawia William Munny, o ironio, trzeba podjąć się krwawej profesji, żeby udowodnić sobie, że nie jest się do końca złym. W tej roli Clint Eastwood nie jest ani czarny, ani biały. Mnóstwo w nim przeciwstawnych kolorów, niemal jak na kole barw. Gdyby tak czasami nie to spojrzenie zza szczerbinki karabinu, uwierzyłbym, że tą rolą Eastwood zdarł z siebie piętno jednoznacznych, twardych bohaterów w stylu Callahana. Co jednak ważne, aktor nie uległ legendzie postaci z dzieł Sergio Leone. Przygotował mu tylko nowatorski, reżyserski hołd. Za to pod względem wartości artystycznej samej roli wreszcie udowodnił sobie, że w antywesternie nie zaszkodzi okazywać niepoukładania, słabości oraz niecelnego oka. Najwidoczniej w wydaniu Eastwoodowskim rewolwerowcy nie muszą umieć strzelać, żeby stać się legendami. I dzięki temu podejściu Clint wzniósł się ponad swoje role u Sergio Leone.

Ostatnio dodane