Plebiscyt
Najlepsze FILMY AKCJI wszech czasów! Wielki ranking czytelników
50 najlepszych filmów akcji według czytelników Film.org.pl.
Wiecie, jaki był pierwszy film akcji w historii kinematografii? Według nas był nim słynny Wjazd pociągu na stację w La Ciotat braci Lumière. Wszak spowodował wśród publiczności ekscytację, szok, przerażenie i panikę. Czy nie właśnie tego oczekujemy od kina akcji? Filmy wysokooktanowe niejedno mają imię. Łączą się bowiem nierzadko z innymi gatunkami. Akcja w kosmosie, akcja w światach fantastycznych, akcja wynikająca z pragnienia miłości lub zemsty? No właśnie! Wszystko to kino akcji! Kino pełne eksplozji, pościgów, bijatyk, przygód. Dwa tygodnie temu oddaliśmy w Wasze ręce formularz do głosowania na najlepsze filmy akcji wszech czasów. Oto jak prezentuje się Wasz wystrzałowy ranking!
50. „Tożsamość Bourne'a”
Z serią przygód Jasona Bourne’a, oprócz Matta Damona, najbardziej jest kojarzony Paul Greengrass, którego dokonania są niezwykle cenione ze względu na paradokumentalną formę uszlachetniającą tak pogardzany w niektórych kręgach gatunek, jakim jest kino akcji. Wielu przy tym zapomina o Dougu Limanie, który przetarł szlak dla Greengrassa, tworząc szybkie, ekscytujące kino sensacyjne idealnie wpasowujące się w nowoczesność, ale jeszcze bez tego nachalnego efekciarstwa, jakie w kinie dominuje dziś. Autorzy scenariusza – Tony Gilroy i William Blake Herron – osadzili akcję w innej rzeczywistości politycznej niż autor literackiego pierwowzoru Robert Ludlum.
Opierając się na literackich i filmowych wzorcach, stworzyli bohatera, którego życie to ciągłe poszukiwanie prawdy – o sobie, o otaczającym świecie, o mechanizmach, które tworzą zwarty system. Świat podzielony jest na bossów zarządzających z biura i pionków, którzy działają w terenie i w każdej chwili mogą zostać odstrzeleni. Nie jest to pierwsza adaptacja Tożsamości Bourne’a Ludluma, bo już w 1988 powstała telewizyjna wersja w reżyserii Rogera Younga z Richardem Chamberlainem i Jaclyn Smith. Produkcja bez wątpienia udana, szczególnie jeśli spojrzy się na nią jak na ekranizację, aczkolwiek u Limana mamy więcej emocji oraz bardziej umiejętne stopniowanie napięcia. I pościg samochodowy ulicami Paryża – jedna z najlepszych scen współczesnego kina akcji, bez nadmiaru fajerwerków, za to z pomysłem, werwą i warsztatową biegłością. [Mariusz Czernic]
49. „Raid”
Dwudziestoosobowy Oddział SWAT wkracza do 30-piętrowego bloku, w którym obok ludzi z nizin społecznych mieszka sobie doskonale zorganizowany kartel narkotykowy, prowadzący niezarejestrowaną działalność gospodarczą. Uzbrojeni po zęby gliniarze, ku swojemu zdziwieniu i uciesze widzów, w okamgnieniu zostają odcięci od świata zewnętrznego i uwięzieni w budynku. Otoczeni przez hordy wyposażonych w broń krótką, długą i snajperską przeciwników, zdani są wyłącznie na siebie, a z każdym wystrzałem żołnierzy kartelu ich oddział traci na liczebności. Co za klimat, gęsty od krwi, dymu i huku eksplozji! Nacierający na policjantów tłum bezimiennego, pozbawionego sumienia mięsa armatniego z piekła rodem przywołuje jak najlepsze skojarzenia z klasycznym Atakiem na posterunek 13.
Nawet muzyka w niektórych momentach jest podobna, a wysadzenie w powietrze butli z gazem w celu masowej eksterminacji napierającego wroga to niemal kopia finału klasyka Carpentera. Osaczenie i beznadziejne położenie to szarpiące nerwy widza cechy wspólne obydwu filmów. [Rafał Donica, fragment recenzji]
48. „Ronin”
Historia pewnego zlecenia, tak precyzyjnie skonstruowana i wykonana, że nigdy nie przestaje trzymać w napięciu. Robert De Niro i Jean Reno błyszczą, intryga trzyma się kupy, a realizacja sięga najwyższych standardów. Nie było wiele tak dobrych lub lepszych scen pościgów i strzelanin jak te w Roninie, a mało także było filmów akcji o tak gęstym klimacie. [Tomasz Raczkowski]
47. „Kingsman: Tajne służby”
Kingsman: Tajne służby, czyli zwariowany, podkręcony i przefiltrowany przez wrażliwość Matthew Vaughna list miłosny do starych filmów szpiegowskich, w których ważniejsza była dobra zabawa niż oddanie sprawiedliwości prawdziwemu życiu tajnych agentów. Na istne obsadowe strzały w dziesiątkę składają się tu m.in. Taron Egerton Colin Firth, Samuel L. Jackson, Mark Strong, Sofia Boutella i Michael Caine a przemyślane, oryginalne i angażujące sceny akcji zostają w głowie dekadę po seansie. [Filip Pęziński]
46. „48 godzin”
W 1982 powstały dwa filmy, które zdefiniowały współczesne kino akcji. Pierwszy to Rambo: Pierwsza krew, drugi to 48 godzin. Wtedy również rozpoczęła się era magnetowidów kasetowych, które wydawały się wręcz stworzone dla takich filmów – w domowym zaciszu zyskiwały jeszcze bardziej, na co wpływało wiele czynników. Przede wszystkim dynamiczna akcja prowadząca do spektakularnego finału. Po drugie, charyzmatyczny główny bohater – w 48 godzinach jest ich dwóch i są tak zróżnicowani jak biel i czerń, jak powaga i humor. Surowy klimat dramatów sensacyjnych z lat siedemdziesiątych został w filmie Waltera Hilla złagodzony luźną atmosferą, jaka tworzy się między dwójką niedopasowanych, mimowolnych wspólników.
Dialogi, jakie wybrzmiewają między nimi, to efekt współpracy czterech ludzi, czterech różnych charakterów, które jednak potrafiły się zgrać w taki sposób, by stworzyć spójną i logiczną historię. Męską, brutalną historię, w której brak sentymentów kontrastuje z dosadnym dowcipem, mającym na celu nie tylko dostarczenie rozrywki, ale i wykpienie postaw takich jak cynizm i agresja. Takie filmy określane są często mianem buddy movie, co też jest dobrym tropem interpretacyjnym, bo mimo tej całej sensacyjnej otoczki ważnym motywem jest solidarność, dążenie do celu wspólnymi siłami, odrzucając na bok uprzedzenia i konflikty. [Mariusz Czernic]
45. „Top Gun”
W 1986 roku powstał film, który dziś określany jest mianem kultowego. Top Gun łączy w sobie wiele elementów skazujących go na sukces – mocną historię, dobrą obsadę, dopracowane detale. Głównym bohaterem filmu jest Pete Mitchell, ksywa „Maverick”, amerykański pilot, który wraz ze swoim kolegą, radiooperatorem Goose’em, zostaje wysłany na kilkutygodniowe szkolenie do elitarnej szkoły dla lotników Top Gun.
Celem jest nie tylko ukończenie szkolenia, ale i zajęcie przez dwuosobowy zespół pierwszego miejsca i zdobycie Trofeum Top Gun oraz trafienie na swoistą Hall of Fame. […] Top Gun to dziś już klasyka, film dla wielu kultowy. Niezależnie od tego, jakie były jego założenia, niezależnie od tego, jak można go interpretować, jest to bardzo dobrze nakręcony film akcji. Bez zadęcia, bez dłużyzn, bez niepotrzebnego filozofowania umiejętnie wykorzystuje nieskomplikowaną historię, żeby wzbudzić równie nieskomplikowane emocje, i dziś, po trzydziestu latach, udaje mu się to równie dobrze, jak w dniu premiery. [Agnieszka Stasiowska, fragment recenzji]
44. „Ścigany”
Chociaż nie wprowadzono tu żadnych innowacyjnych rozwiązań fabularnych, powstał film, który trzyma w nieustannym napięciu, ale też prowokuje do refleksji nad skutecznością wymiaru sprawiedliwości. Bo to właśnie niesprawne ramię sprawiedliwości jest głównym złoczyńcą, natomiast dwaj bohaterowie stojący po przeciwnych stronach barykady – doktor Richard Kimble (Harrison Ford) i szeryf federalny Samuel Gerard (Tommy Lee Jones) – są postaciami pozytywnymi.
Główny zarys fabuły wraz z kluczowymi postaciami – niesłusznie skazanym lekarzem i ścigającym go stróżem prawa – zostały zaczerpnięte z serialu o takim samym tytule realizowanym w latach 1963–1967. Niektóre źródła podają, że historia ma swoje korzenie w biografii doktora Sama Shepparda, osteopaty skazanego w 1954 (i uniewinnionego w 1966) za morderstwo ciężarnej żony. Co najważniejsze, film bez zbędnego efekciarstwa i bez mnożenia trupów przedstawia pełen napięcia wyścig z czasem i nierówną walkę z systemem, gdyż to właśnie system rzuca protagoniście kłody pod nogi. Andrew Davis, realizujący wcześniej kino klasy B z udziałem Chucka Norrisa i Stevena Seagala, za sprawą Ściganego zdobył wiele pozytywnych opinii, a jego film oprócz kasowego triumfu miał swoje pięć minut podczas ceremonii oscarowej. Spośród siedmiu nominacji zgarnął statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową – trafiła ona do Tommy’ego Lee Jonesa za rolę zawziętego dowódcy oddziału pościgowego. [Mariusz Czernic]
43. „Prawdziwe kłamstwa”
W roku 1994 Arnold Schwarzenegger wiedział już, że komedie z jego udziałem sprzedają się równie dobrze, co klasyczne akcyjniaki. Myślę zatem, że nie zastanawiał się ani sekundy nad udziałem w Prawdziwych kłamstwach, w których James Cameron, u szczytu formy, połączył mistrzowsko oba gatunki. Dziś ten film jest kultowy i wcale mnie to nie dziwi. Przezabawna scena striptizu w hotelu, która ukazała widowni tak talent komediowy, jak i doskonałą figurę Jamie Lee Curtis, wjazd na koniu do windy, i takie urocze smaczki jak wieczorny spacer z psiakiem wielkości chomika i czytelne nawiązanie do sztandarowej roli Sylvestra Stallone’a czynią Prawdziwe kłamstwa perełką, którą z ogromną przyjemnością ogląda się także po latach. [Agnieszka Stasiowska]
42. „Na krawędzi”
Pamiętam, w jakim byłem szoku po dramatycznej sekwencji otwierającej Na krawędzi. Mówiąc krótko: zostałem kupiony tak wysoko zawieszoną stawką, w której „Sly” mierzy się z terrorystami w górskich plenerach – raz motywowany prywatą, dwa przyciśnięty sytuacją. Bo oto nagle nie jest nominalnym twardzielem, który 20 lat przepracował w Marines, by w końcu móc zająć się upragnioną botaniką. Jego Gabe mierzy się z diabolicznym Qualenem, stawiając na determinację, spryt i znajomość alpinistycznego fachu. Na krawędzi to modelowe kino survivalowe, choć przedstawienie Stallone’a bez gnata i pięści jako atrybutów musiało wiązać się z ryzykiem. Niemniej jednak wyszło cudnie – i nie piszę tego nakręcany nostalgią. [Tomasz Ludward]
41. „Top Gun: Maverick”
Na sequelu Top Guna byłem w kinie trzykrotnie. Raz zabrałem nastoletniego siostrzeńca, który nie wiedział nawet, kim jest Tom Cruise, innym mamę, która jest w wieku aktora. Oboje pochłonęli film jak małe dzieci, bo rzeczywiście jest czystą i totalną rozrywką. To audiowizualna uczta i emocjonalny rollercoaster ociekające z charyzmy, dobrego humoru i poczucia spełnienia. Absolutnie jeden z najlepszych filmów rozrywkowych w historii bez jednej fałszywej nuty. [Filip Pęziński]
40. „Pamięć absolutna”
Pod względem pomysłowości i kreatywności w sposobach uśmiercania, pełnokrwistości strzelanin, stopnia brutalności i realizmu scen, w których ktoś odwala kitę, Pamięć absolutna pozostaje do dziś absolutnym wzorem do naśladowania i numerem jeden w kategorii BADASS! To kultowe science fiction Paula Verhoevena, które przy okazji stoi nadzwyczaj wciągającą i błyskotliwą fabułą (Philip. K. Dick się kłania), gdzie nie wiadomo, czy sen to wszystko, czy jawa, jest w ukazywaniu przemocy bezkompromisowy, niepoprawny politycznie (ach ten powiew świeżości z lat 90. XX wieku) i twardy jak stal! Tu główny bohater, pracując cały dzień młotem pneumatycznym, nie używa nawet ochrony słuchu, za nic mając zasady BHP! Film przełamuje do tego kilka ekranowych tabu jak: rzucanie zwłokami w przeciwnika, uderzenie kobiety pięścią w twarz czy strzał w plecy innej bezbronnej kobiety.
A w centrum tej całej brutalności charakteryzującej mocne kino akcji końca ubiegłego stulecia stoi mój ulubiony aktor-ikona: Arnold Schwarzenegger (tu poczytacie o Filmowej ewolucji jego klaty) przeżywający wówczas swój absolutny prime time. [Rafał Donica, fragment artykułu]
39. „Piąty element”
Luc Besson to człowiek, dzięki któremu wszyscy nurzaliśmy się niegdyś w wielkim błękicie. To on uczył śliczne dziewczęta strzelać, żeby zabić, i pokazał światu, że kochać można także kwiatek doniczkowy. To on wreszcie, mon Dieu, dał nam Leeloo. W Piątym elemencie Bruce Willis, osaczony w szklanej pułapce bardziej niż kiedykolwiek w oryginalnej serii, podejmuje skazaną na niepowodzenie próbę pomocy zagubionemu dziewczątku o pomarańczowych włosach. Nie wie biedak, że naraża się tym samym Gary’emu Oldmanowi, a zamiast Jeana Reno ma pod ręką Chrisa Tuckera. Co tu mogło pójść nie tak? Piąty element jest absurdalnie przerysowany, zgoda, jest nawet, jak mu się bliżej przyjrzeć, nieco głupawy, ale… to naprawdę nie przeszkadza w tym, że to nadal świetny film akcji. Bo komu do szczęścia trzeba więcej niż śpiewającej divy? [Agnieszka Stasiowska]
38. „Con Air – lot skazańców”
Nicolas Cage poszedł za ciosem i po kultowej już Twierdzy konsekwentnie trzymał pedał gazu wciśnięty do podłogi przez kolejne kilka lat. Jednym z przystanków na tej trasie był Con Air – lot skazańców, film akcji dla prawdziwych twardzieli; takich z długimi włosami i koszulką na ramiączkach. Lata 90. to przede wszystkim wybuchy, pościgi i strzelaniny – Con Air idealnie wpisuje się w ten bombastyczny krajobraz. Co więcej, trzyma tak nieprawdopodobne tempo, że równie dobrze mógłby powstać dzisiaj, skutecznie przykuwając widza do ekranu i zniechęcając do wszelkich drobnych zadań pobocznych w trakcie seansu. Co też ciekawe, to jeden z nielicznych filmów akcji nominowanych do Oscara aż w dwóch kategoriach. [Tomasz Ludward]
37. „Bez twarzy”
Bez twarzy Johna Woo, oparte na grubymi nićmi szytym pomyśle, mogło przejść bez echa. Jako film akcji nie wyróżnia się w końcu niczym szczególnym, zarówno intryga, jak i same sceny czy mniejszych zaczepek, czy grubszych wybuchów nie wychodzą ponad standardy gatunku. To, co okazało się strzałem w dziesiątkę, to obsada. Woo postanowił bowiem zagrać widzom na nosie i obsadziwszy Johna Travoltę i Nicholasa Cage’a w typowych dla nich emploi, wywrócić wszystko do góry nogami. Nicolas Cage jest aktorem na tyle wszechstronnym, że rola Seana Archera, ojca rodziny i agenta, który musi przybrać twarz swojego wroga, nie była dla widzów zaskoczeniem.
Jednak Travolta, twarz serii familijnej I kto to mówi, prostoduszny Danny z Grease i niezbyt lotny Vincent z Pulp Fiction w roli psychopatycznego Castora Troya to coś, obok czego tak wtedy, jak i dziś trudno przejść obojętnie. Dzięki temu zabiegowi podczas seansu Bez twarzy widzowi nieustannie towarzyszy uczucie dyskomfortu, które przykuwa go do ekranu od pierwszych do ostatnich chwil. [Agnieszka Stasiowska]
36. „Człowiek demolka”
Konia z rzędem temu, kto z pamięci potrafi podać nazwisko reżysera Człowieka demolki. Marco Brambilla, bo o nim mowa, zaliczył tym filmem jednorazowy, spektakularny sukces. Nakręcił wiekopomne dzieło, które po brzegi wyładowane jest akcją, wybuchami, strzelaninami, próbuje podrzucić jakiś kontekst społeczny i ma na pokładzie ładną dziewczynę. I co? Do historii przeszła tajemnica trzech muszelek… W Człowieku demolce wszystko jest proste, zabawne i boleśnie trafne. Kary za przekleństwa, oburzenie na widok mięsa ze zwierzęcia, jakie by nie było, kultura sprowadzona do reklamowych jingli – niewyobrażalny w swoim absurdzie świat, który dziś powoli przechodzi w rzeczywistość.
Brambilla chyba nie spodziewał się, że jego film będzie aż tak proroczy. Trzydzieści lat temu Człowiek demolka dostał zasłużoną nominację do Złotego Popcornu dla Wesleya Snipesa i do Złotej Maliny dla Sandry Bullock, która niesłusznie została tej statuetki pozbawiona. Dziś efekty specjalne, za które był również doceniany, nie robią wrażenia, a dowcipy raczej budzą dreszcz niepokoju. Dla ciekawych – rozwiązanie zagadki trzech muszelek krąży po internecie, wystarczy dobrze poszukać. [Agnieszka Stasiowska]
35. „Cobra”
Niedoceniony w chwili premiery, wyróżniony sześcioma nominacjami do Złotych Malin, klasyczny przykład akcyjniaka z lat 80. idealnie skrojony pod jedną z największych w tamtym czasie gwiazd: Sylvestra Stallone’a. Oficjalnie mamy tu do czynienia z adaptacją powieści Pauli Gosling pt. A Running Duck (1974), wydanej także jako Fair Game w 1978. Nieoficjalnie jednak można ten obraz odbierać jako remake japońskiego filmu karate Kobra (1974, reż. Umeji Inoue), cieszącego się powodzeniem w polskich kinach w sezonie 1978/79, choć dziś już kompletnie zapomnianego. „Jesteś chorobą, a ja lekarstwem” czy np. „Tu kończy się prawo, a ja zaczynam, frajerze” to nieśmiertelne cytaty, które uczyniły z granego przez Stallone’a bohatera postać kultową i chętnie oglądaną w domowym zaciszu. Film ma również odpowiednio mroczny nastrój, solidną dawkę przemocy oraz to, co jest esencją kina akcji – prostą, lecz angażującą fabułę, charyzmatycznego bohatera na pierwszym planie i złego do szpiku kości antagonistę, którego bezwzględność jest usprawiedliwieniem dla brutalności stróżów prawa. [Mariusz Czernic]
34. „Mad Max 2 – Wojownik szos”
Gdyby koncentrować się na fabule filmu Mad Max 2 to, kolokwialnie mówiąc, jest ona prosta jak budowa cepa. Ale w tym kultowym klasyku nie jest to wcale żadna wada, wręcz przeciwnie. Produkcja oferuje bowiem seans pełen czystej, niczym nieskrępowanej akcji, obudowanej wokół najprostszego z możliwych pomysłów na historię filmową. Istotna w tym wszystkim jest bowiem wizja brutalnego świata przyszłości, tytułowy bohater jawi się zaś widzowi jak bohaterski kowboj z Dzikiego Zachodu, jakże typowy i charakterystyczny dla gatunku, jakim jest klasyczny western. Twórcy nie precyzują, w którym momencie przyszłości rozgrywa się fabuła; wiemy tyle, iż cywilizacja całkowicie upadła, a świat pogrążył się w totalnej anarchii, chaosie i przemocy. Otoczenie, które oglądamy, jest przerażające, odrażające, brudne, ale daje jakże potrzebną dla tego rodzaju kina ekscytację. [Gracja Grzegorczyk-Tokarska]
33. „Equilibrium”
Zaskakująco głęboki film, który łączy świetne sceny akcji z intrygującą wizją przyszłości. Christian Bale dostarcza fenomenalnego występu, który pokazuje pełne spektrum ludzkich emocji. Choreografia walk z wykorzystaniem „gun kata” to prawdziwy majstersztyk kinematografii, a film zadaje ważne pytania o naturę człowieczeństwa i cenę emocjonalnej wolności. [Krzysztof Żwirski]
32. „Drive”
Do dziś pamiętam uczucie, jakie towarzyszyło mi podczas pierwszego seansu Drive – thriller Nicolasa Windinga Refna, oprócz oczywistych walorów wartkiego, pościgowego kina akcji zachwycił mnie estetyką inspirowaną stylem lat 80., która w połączeniu z ambientowym soundtrackiem i niejednoznacznym portretem psychologicznym głównego bohatera porywa nie tylko zagorzałych miłośników gatunku. Duet Carey Mulligan i Ryana Goslinga działa absolutnie hipnotyzująco, dlatego zupełnie nie dziwi fakt, iż niektóre z ich wspólnych scen stały się obiektem masowego uwielbienia. Drive to kino akcji w alternatywnym, undergroundowym wydaniu, w jakim szybkie tempo i mafijne porachunki to jedynie pretekst do brutalnej, emocjonalnej opowieści o miłości, stracie i walce o przetrwanie. [Mary Kosiarz]
31. „300”
Wizualnie hipnotyzujący film, gdzie każdy kadr mógłby być osobnym dziełem sztuki. Zack Snyder stworzył niesamowicie intensywne widowisko, które na długo zapada w pamięć. Gerard Butler w roli Leonidasa emanuje taką charyzmą i siłą, że trudno oderwać od niego wzrok. Stylizowana opowieść o spartańskim bohaterstwie łączy się tutaj z nowoczesną wizją kina akcji, tworząc niezapomniane kinowe doświadczenie. [Krzysztof Żwirski]
30. „Twierdza”
Nieobiektywnie stwierdzę, że bardzo lubię to, co Michael Bay robi w kinie. Pomijając mało ambitną treść filmów z serii o Transformersach, na ich transformacje mogłabym patrzeć bez końca. Bo Michael Bay robi właśnie to – tworzy obrazy, niekoniecznie wypełnione treścią, ale zawsze miłe dla oka, plastyczne, żywe, kolorowe. Twierdza jest tutaj wyjątkiem. Przede wszystkim, ze względu na lokalizację, ograniczone miał Bay możliwości zabawy eksplozją. Musiał ograniczyć się do zagrożenia, jednak dzięki wspaniałej kreacji Eda Harrisa, jakże realnego. Lodowato błękitne oczy generała Hummela niosą groźbę równie wielką, jak piękne sznury zielonych kuleczek i tylko nie do końca dzielny Stanley (Nicolas Cage) z pomocą moralnie szemranego, ale jakże przy tym pociągającego Johna Masona (Sean Connery) jest w stanie pokrzyżować mu niecne plany.
I tu wchodzi treść, dość dla Baya nietypowa, bo głębsza – plany Hummela są niecne, ale motywy nie do końca. I trudno, naprawdę trudno osadzić go zdecydowanie na ławce akcyjniakowych złoli. [Agnieszka Stasiowska]
29. „Na skraju jutra”
W kółko to samo, ale jakie to jest kółko! Pętla czasowa jako trzon fabularny filmu, w którym Tom Cruise biega w zbroi jako niedoświadczony żołnierz przyszłości, brzmi sensownie. Pamiętajmy jednak, że Tom rzadko pcha się w komercyjne flopy, więc film Douga Limana po prostu musiał wypalić – pomijając, jak niedorzecznie się zapowiada. Na skraju jutra to jednocześnie Dzień Świstaka na polu bitwy, film o stawaniu się lepszym w swoim fachu i historia wybrańca, który może odwrócić losy świata. Dodajmy do tego udaną prezentację obcych – coś, co nie zawsze jest oczywiste – i mamy produkcję zupełnie oryginalną, zbudowaną konsekwentnie na pozornie nieoryginalnych motywach. [Tomasz Ludward]
28. „Dredd”
Mieliście kiedyś okazję przejechać się superszybką kolejką górską typu hyper coaster? Nie? To załóżcie sobie na uszy słuchawki i włączcie Dredda. Film Pete’a Travisa zapewni podobne emocje i to przez pełne 96 minut. Dredd to szalona, brutalna, ekscytująca, efektowna i efektywna jazda bez trzymanki. Niech was nie zwiedzie dość banalny scenariusz. Wystarczy wczuć się w klimat tej produkcji, dać porwać uzasadnionym fabularnie efektom specjalnym, pulsującej muzyce i podążać po Mega City za charyzmatycznym, turbomęskim Karlem Urbanem w roli nieustępliwego Dredda. Właśnie w taki sposób powinno się adaptować komiks na język filmu. [Przemysław Mudlaff]
27. „Psy”
Bez wahania można nazwać Psy filmem kultowym. Z dzisiejszej perspektywy to określenie niemal nic już nie znaczy, ale na początku lat 90. film Władysława Pasikowskiego prawdziwie wstrząsnął polską rzeczywistością i to na wielu różnych płaszczyznach. W rzeczywistości świeżo po przełomie roku ’89 kino gatunkowe w Polsce praktycznie nie istniało (do tej pory nie jest z nim najlepiej), a z poprzednich czasów wynieśliśmy tradycję zawoalowanej krytyki panującego systemu i ścierania się z moralnymi dylematami, przed którymi nas stawiał.
Ale dramat policyjny osadzony w realiach upadłych służb bezpieczeństwa? Starcie ze światem przestępczym i zdemoralizowanymi przez dziesięciolecia komunizmu elitami? Pasikowski podszedł do tematu bez kompleksów i z iście amerykańską dezynwolturą. Wziął schemat amerykańskiego kina policyjnego z wyraźnymi wpływami czarnego kryminału i wykreował film, który na stałe wszedł nie tylko do kanonu polskiej popkultury, ale stał się punktem odwoławczym dla polskiego kina sensacyjnego (choćby zeszłoroczny Napad), wprowadził na stałe do naszego słownika szereg niepodrabianych powiedzeń i wykreował pierwszego prawdziwego twardziela polskiego kina. [Edward Kelly]
26. „Człowiek w ogniu”
Wrzucenie Człowieka w ogniu Tony’ego Scotta do szufladki z filmami akcji jest może nie tyle błędem, co niedopowiedzeniem. Oczywiście, to jest przede wszystkim film akcji, w wersji klasycznej – oto skłócony z życiem Creasy (Denzel Washington) podejmuje pracę jako ochroniarz Lupity Ramos (Dakota Fanning). Dziewczynka mieszka w Meksyku, gdzie porwania dla okupu są na porządku dziennym. Creasy mimo woli przywiązuje się do swojej podopiecznej i gdy sprawy przybierają zły obrót, wyrusza na wojnę przeciwko temu kawałkowi świata, który za ten obrót odpowiada. Brzmi zwyczajnie, ale Człowiek w ogniu to coś znacznie, znacznie więcej.
Film Scotta gra z emocjami widza, budując z postaciami relację, która daleko wykracza poza właściwą dla tego typu produkcji podstawową sympatię czy antypatię. Jedna z najlepszych ról w dorobku Denzela Washingtona, wspaniała Dakota Fanning, godna uwagi Radha Mitchell w roli jej matki. [Agnieszka Stasiowska]
25. „Bad Boys”
Tak, jak w Świętych z Bostonu mamy do czynienia z rodzonymi braćmi, tak w Bad Boys braterstwo jest symboliczne i oznacza lojalność wobec partnera na służbie. Ten klasyk z 1995 roku mógłby równie dobrze pojawić się w rankingu na najlepsze komedie lat 90., bo Will Smith (wtedy dopiero zaczynający gwiazdorzyć w kinie) i Martin Lawrence stworzyli przekomiczny duet i aż szkoda, że filmowcy nie postanowili wykorzystać go także w innych produkcjach – był tu potencjał na miarę pary Pryor–Wilder. W Bad Boys panowie są „policjantami z Miami” – pracują w wydziale antynarkotykowym i trafia im się wyjątkowo intrygująca i niebezpieczna sprawa.
A że to film Michaela Baya, dzieje się dużo, dynamicznie i wybuchowo. Bad Boys są dziś klasykiem głównie dzięki niesamowitej chemii pomiędzy Smithem i Lawrence’em i to dla nich chce się wracać do tego filmu za każdym z szesnastu razy, bo mniej więcej tak często w ciągu roku można film Baya obejrzeć w telewizji. [Dawid Myśliwiec]
24. „Kill Bill”
Mistrz Tarantino w Kill Billu łączy swoje największe filmowe zauroczenia – fascynację kung-fu, twórczość Sergio Leone i kino exploitation – w eklektyczny, nabuzowany akcją i brawurowymi scenami walki dyptyk o zemście i drodze ku wewnętrznemu odkupieniu. Znakomita Uma Thurman to dla Quentina nieustająca muza, a jako Panna Młoda/Beatrix Kiddo całkowicie definiuje zarówno swoją karierę, jak i jeszcze szerzej – pozycję kobiet we współczesnym kinie akcji. Od niezapomnianego soundtracku po „perfekcyjnie przekombinowane” dialogi Kill Bill to absolutna perełka w repertuarze Tarantino, której fenomen z upływem czasu zdaje się jeszcze bardziej rosnąć w siłę. [Mary Kosiarz]
23. „Człowiek z blizną”
Historia wzlotu i upadku Tony’ego Montany, który z ubogiego kubańskiego imigranta przeistacza się w bezwzględnego barona kokainowego trzęsącego Miami, nie od razu stała się klasykiem. Po premierze krytycy narzekali na nadmiar przemocy, wulgaryzmów i narkotyków, ale z perspektywy czasu ich zarzuty wydają się absurdalne – jak bowiem inaczej przedstawić opowieść o zbrodni, niż pokazując prawdziwe oblicze gangsterów: krwawe, bezkompromisowe i zdradzieckie? Brian De Palma (reżyseria) i Oliver Stone (scenariusz) wpisali dzieje Tony’ego w struktury greckiej tragedii, ale przewaga Człowieka z blizną nad – dajmy na to – Sofoklesem polega między innymi na tym, że Sofokles nie miał do dyspozycji talentu aktorskiego Ala Pacino i muzyki Giorgio Morodera. [Maciej Kaczmarski]
22. „Gliniarz z Beverly Hills”
Gliniarz z Beverly Hills odebrał bardzo pozytywne recenzje, a przy 14 milionach dolarów budżetu zarobił ponad 300 milionów dolarów na całym świecie, co uczyniło go najbardziej dochodowym filmem 1984 roku. Powodzenie połączenia akcji i humoru w dziele Bresta spowodowało prawdziwy wysyp wysokooktanowych komedii w kolejnych latach. Doprowadziło również do powstania kolejnych części Gliniarza… Druga część przygód Axela Foleya z 1987 roku uchodzi ponadto za jeden z najbardziej dochodowych sequeli wszech czasów. [Przemysław Mudlaff]
21. „Terminator”
Film, który pod wieloma względami zrewolucjonizował kino akcji i widowiska SF. Kultowa rola Arnolda Schwarzeneggera to tylko ukoronowanie perfekcyjnie skonstruowanej opowieści o pojedynku przybysza z przyszłości i bezwzględnego elektronicznego mordercy. James Cameron nie polega za bardzo na efektach specjalnych, dzięki czemu Terminator niewiele się zestarzał, a do dziś robi wrażenie. [Tomasz Raczkowski]
20. „RoboCop”
Paul Verhoeven stworzył jedną z najlepszych krytyk kapitalizmu w historii kina, a pomimo ładunku społeczno-politycznego – w którym mieści się nawet mesjańska metafora – Robocop jest filmem niesamowicie wprost kultowym i atrakcyjnym rozrywkowo. Kultowe dialogi, znakomite sceny akcji i brudny, mroczny setting sprawiają, że historia supergliny jest ponadczasowa. [Tomasz Raczkowski]
19. „Mission: Impossible”
Szpiegowski thriller starej szkoły, gdzie najważniejsze są intryga i napięcie, a nie wybuchy. Tom Cruise jako Ethan Hunt musi oczyścić swoje imię po misji, która zakończyła się masakrą jego zespołu. Słynna scena włamania do sejfu CIA pokazuje, że najbardziej trzymające w napięciu momenty nie wymagają strzelanin. To opowieść o zdradzie, paranoi i technologicznych sztuczkach w świecie szpiegów. [Krzysztof Żwirski]
18. „Komando”
Wieść niesie się, że pierwotnie Komando miał być gorzkim dramatem o weteranie wojennym w duchu Pierwszej krwi, ale na szczęście skończył jako absurdalny, przegięty, wypełniony czerstwymi one-linerami akcyjniak z jedną z najfajniejszych ról w karierze Arnolda Schwarzeneggera. Wszystko w Komando jest największe. Mięśnie Arnolda, jego arsenał, stos martwych wrogów. Kocham ten film bardziej, niż wypada się przyznać. [Filip Pęziński]
17. „Desperado”
Ach, Antonio Banderas z gitarą, która nastolatka do niego nie wzdychała te… 30 lat temu… Pamiętam, że w filmie podobało mi się wszystko, relacja głównych bohaterów, muzyka, sceny akcji, ale najlepiej zapamiętałam tę, w której Antonio Banderas i Salma Hayek wychodzą z budynku wybuchającego za ich plecami. Może teraz wygląda to kiczowato, ale wtedy była to jedna z najlepiej zapamiętywalnych scen akcji. [Alicja Szalska-Radomska]
16. „Poszukiwacze zaginionej Arki”
Spielberg stworzył wzorzec filmu przygodowego – tu wszystko jest na swoim miejscu. Indiana Jones nie jest superbohaterem – boi się węży, dostaje w kość, ale zawsze jakoś sobie radzi. Film pachnie starym kinem przygodowym, jednak ma nowoczesne tempo i humor. To jazda przez dżungle, pustynie i starożytne świątynie w poszukiwaniu biblijnego artefaktu, który może zmienić losy wojny. [Krzysztof Żwirski]
15. „Brudny Harry”
Surowy i pozbawiony złudzeń portret San Francisco przełomu lat 60. i 70., wyjątkowo niespokojnych czasów, kiedy to wskutek amerykańskiej interwencji w Wietnamie atmosfera w kraju przepełniona była nieufnością i strachem. Śledczy David Toschi i zabójca zwany Zodiakiem stali się źródłem inspiracji dla pojedynku gliniarza z wydziału zabójstw Harry’ego Callahana (Clint Eastwood) z tajemniczym psychopatą zwanym Skorpionem (w tej roli debiutujący Andy Robinson, dotychczas kojarzony z rolami teatralnymi).
To już dziś produkcja legendarna z ikonicznym bohaterem, niezapomnianymi tekstami, smaczkami dla miłośników broni i motoryzacji. Świetna muzyka Lalo Schifrina, w szczególności wybitnie nastrojowy temat Skorpiona wyróżniający się kobiecą wokalizą, która sugestywnie oddaje stan psychiki głównego złoczyńcy. W swoim sezonie film cieszył się mniejszym powodzeniem niż Francuski łącznik Williama Friedkina, ale upływ czasu oddał sprawiedliwość dziełu Dona Siegela i kreacji Clinta Eastwooda, które dziś już należą do żelaznego kanonu nie tylko w swoim gatunku, ale i kina w ogóle. Brudny Harry z 1971 roku zainicjował serię, na którą składa się pięć filmów kinowych (1971–1988) i 12 powieści (1981–1983). Produkcja inspirowała także wielu twórców spoza USA, np. Włochów tworzących nurt poliziottesco czy Francuzów realizujących serię polarów. [Mariusz Czernic]
14. „Incepcja”
Storytellingowe arcydzieło Christophera Nolana to kolejna w karierze reżysera produkcja-zagadka, której zakończenie do dziś budzi najróżniejsze spekulacje, a fabularną i czasoprzestrzenną układankę każdy widz ułoży wedle własnej, często doprawdy skrajnej interpretacji. Incepcja to jak dotąd najbardziej pokręcone, abstrakcyjne, a zarazem perfekcyjne narracyjnie dzieło Brytyjczyka, którego chirurgiczna precyzja w tworzeniu najbardziej odrealnionych, wizjonerskich światów pozostaje nienaruszona już od dekad. [Mary Kosiarz]
13. „Casino Royale”
Pierwszy Bond z Danielem Craigiem wypełniony jest podnoszącymi adrenalinę sekwencjami akcji (jak choćby doskonały pieszy pościg z początku filmu), ale największe słowa uznania należą się za to, jak ekscytująco udało się na ekranie ukazać… grę w karty. To moment, który poziomem emocji niczym nie ustępuje fragmentom z bijatykami, pościgami czy strzelaninami, nawet jeśli zna się już rezultat gry. A poza tym – kapitalny Daniel Craig, znakomity złoczyńca i wspaniała Eva Green. Niesamowite replay value. [Łukasz Budnik]
12. „Mad Max: Na drodze gniewu”
Oszałamiająca wizualnie uczta, gdzie każda scena akcji to perfekcyjnie skomponowana choreografia. Charlize Theron stworzyła w postaci Furiosy jedną z najbardziej charyzmatycznych bohaterek współczesnego kina. Tom Hardy jako Max doskonale oddaje wewnętrzne rozdarcie i dzikość postaci, wnosząc do roli świeżą energię godną następcy Mela Gibsona. Film pod względem realizacyjnym i technicznym ustanawia nowe standardy dla gatunku, a jego intensywność i tempo nie pozwalają widzowi nawet na moment oddechu. [Krzysztof Żwirski]
11. „Speed: niebezpieczna prędkość”
Speed: Niebezpieczna prędkość okazał się niezwykłym sukcesem Jana de Bonta oraz właściwym początkiem fantastycznej kariery Keanu Reevesa i Sandry Bullock. Film kosztujący 30 milionów dolarów zarobił w kinach na całym świecie dziesięciokrotność tej sumy. Został również bardzo dobrze przyjęty przez krytyków, którzy chętnie wymieniali Speed… pośród 10 najlepszych obrazów roku. To ogromne wyróżnienie, ponieważ w 1994 widzowie otrzymali mnóstwo znakomitych filmów z Pulp Fiction, Forrestem Gumpem i Królem lwem na czele. Z drugiej strony nie widzę powodu, żeby nie zestawiać tych świetnych tytułów z niewątpliwym arcydziełem kina akcji, jakim należy nazywać film Speed: Niebezpieczna prędkość. [Przemysław Mudlaff]
10. „Zabójcza broń”
Richard Donner znalazł idealny balans między pełnym ironicznego humoru buddy movie, dramatem sensacyjnym i wartkim kinem akcji. Nawet gdy zna się już scenariusz filmu na pamięć, a po latach czar Mela Gibsona może tracić powab, Zabójcza broń nie chce się znudzić, i to chyba najlepszy dowód na jakość filmu. [Tomasz Raczkowski]
9. „Rambo: Pierwsza krew”
Do moich bohaterów z dzieciństwa zdecydowanie należeli Rambo, Rocky i Terminator, takie to były czasy, że oglądało się głównie amerykańskie akcyjniaki. W Pierwszej krwi to nie akcja jest jednak najważniejsza, tylko człowiek wysłany na nieswoją wojnę, który po powrocie traktowany jest nie jak bohater, ale jak intruz. Nic dziwnego, że postanowił się bronić, walcząc najlepiej, jak potrafił. [Alicja Szalska-Radomska]
8. „John Wick”
Najprostsza fabularnie część Johna Wicka? Prawdopodobnie tak, ale w niczym jej to nie ujmuje, przeciwnie – chyba właśnie za tę prostotę stawiam ją wyżej niż co najmniej „dwójkę” i „trójkę”. Myślę o niej głównie przez pryzmat sceny w klubie, która jest idealnym mariażem świetnej choreografii, pomysłowych, zachwycających kolorystyką kadrów, świetnego dopasowania muzyki i charyzmy Keanu Reevesa. Bardzo przyjemna rozrywka. [Łukasz Budnik]
7. „Predator”
Testosteronowa jazda bez trzymanki w środku dżungli. Grupa napakowanych komandosów z Arnoldem na czele odkrywa, że tym razem to oni są zwierzyną łowną. Świetnie budowane napięcie – najpierw widzimy, jak ekipa radzi sobie z partyzantami, by później obserwować, jak zostają zdziesiątkowani przez niewidzialnego łowcę. Film kończy się epickim pojedynkiem jeden na jeden, gdzie liczą się już tylko pierwotne instynkty. [Krzysztof Żwirski]
6. „Gorączka”
W arcydziele Michaela Manna nie brakuje akcji – otwierająca film scena skoku na furgonetkę oraz dziesięciominutowa sekwencja napadu na bank to prawdziwe majstersztyki – ale Gorączka to coś znacznie więcej niż kino akcji: to wielopoziomowa, wiarygodna psychologicznie i dramaturgicznie opowieść o konsekwencjach dokonywanych wyborów, wierności zasadom i roli przypadku w życiu wielowymiarowych, pełnokrwistych postaci na czele z nieugiętym złodziejem Neilem McCauleyem i wybuchowym policjantem Vincentem Hanną. Reżyseria, scenariusz, gra aktorska, montaż, zdjęcia – wszystko tu jest doskonałe, a całości dopełnia elektryzująca ścieżka dźwiękowa. To oczywiście bardzo subiektywna opinia, ale Gorączka deklasuje wszystkie inne filmy na niniejszej liście. [Maciej Kaczmarski]
5. „Leon zawodowiec”
Mój najukochańszy film z dzieciństwa. Kiedy oglądałam go pierwsze pięć razy, identyfikowałam się z Matyldą. Nic dziwnego, byłam w podobnym wieku. Mimo że nie jest to film dla dzieci, to w latach 90. najwięcej oglądałam właśnie tego typu kina – cóż, wielkiego wyboru i tak nie było. Ale Leona zawodowca uwielbiam nie tylko ze względu na znakomite sceny strzelanin, sam Leon również znalazł miejsce w moim serduszku.
PS Czy Wy też płaczecie przy zdaniu: „To od Matyldy”? [Alicja Szalska-Radomska]
4. „Matrix”
Filozoficzna bomba, która sprawiła, że miliony widzów zaczęły się zastanawiać, czy aby na pewno żyją w prawdziwym świecie. Film-legenda, który zdefiniował całą dekadę kina akcji i efektów specjalnych. Neo, Trinity i Morfeusz stali się ikonami popkultury, a sceny walki w zwolnionym tempie kopiował później każdy. Pod efektowną powierzchnią kryje się głęboka opowieść o przebudzeniu i buncie przeciwko systemowi. [Krzysztof Żwirski]
3. „Obcy 2 – Decydujące starcie”
Cameron zamienił kameralny thriller w wybuchową mieszankę strzelanin, wybuchów i krzyków marines. W środku tego chaosu Ripley, która już nie jest przerażoną oficer, ale wściekłą lwicą broniącą swojego „szczenięcia” – małej Newt. Znakomicie pokazane wojskowe procedury i sprzęt tworzą realizm, który sprawia, że historia staje się jeszcze bardziej przerażająca. [Krzysztof Żwirski]
2. „Szklana pułapka”
Szklana pułapka to mój ulubiony film świąteczny z czasów młodości. Walka Johna McClane’a z terrorystami zawsze mi się podobała. Dzieło napakowane akcją i humorem to coś, co za każdym razem mnie relaksuje. To właśnie ten film rozpoczął moją fascynację dwoma jakże różnymi aktorami Bruce’em Willisem i Alanem Rickmanem. Tego pierwszego chciałam oglądać jedynie w kolejnych akcyjniakach, w tym dalszych częściach Szklanej pułapki. [Alicja Szalska-Radomska]
1. „Terminator 2: Dzień sądu”
Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy w ogóle sequel w historii kina. W „dwójce” mamy zwrot akcji – złoczyńca znany z części pierwszej jest teraz po „naszej” stronie barykady, ale zyskuje godnego rywala w postaci nowszego modelu. O ile jedynka operowała głównie mieszanką mrocznego klimatu i brutalności, Dzień sądu wchodzi bardziej w buty neowesternu, nie zwalniając tempa, ale wrzucając więcej humoru i miejsca na wzrost postaci. Taka akcja nigdy się nie nudzi. [Tomasz Raczkowski]
