Connect with us

Publicystyka filmowa

6 powodów, dla których PRAWDZIWE KŁAMSTWA to NAJLEPSZA komedia SENSACYJNA wszech czasów

„Prawdziwe kłamstwa”, szósty pełnometrażowy film autorstwa Jamesa Camerona, miał to nieszczęście, że powstał między dwoma megahitami twórcy „Avatara”, czyli zaraz po fantastycznym „Terminatorze 2: Dniu sądu”.

Published

on

jamie lee curtis arnold schwarzenegger true lies james cameron

Prawdziwe kłamstwa, szósty pełnometrażowy film autorstwa Jamesa Camerona, miał to nieszczęście, że powstał między dwoma megahitami twórcy Avatara, czyli zaraz po fantastycznym Terminatorze 2: Dniu sądu i tuż przed obsypanym deszczem nagród i pieniędzy Titanikiem, czyli tytułami, o których mówiło się przez kolejne lata bardzo dużo, zagłuszając istnienie nieustępujących im w niczym, będących kapitalną wariacją na temat przygód Jamesa Bonda, perypetii małżeńsko-terrorystycznych Harry’ego Taskera. True Lies, które przy budżecie 115 milionów dolarów (do premiery Wodnego świata rok później była to najdroższa produkcja) zebrały całkiem niezłe 380 milionów dochodu z biletów, nie wybrzmiały tak mocno ani nie zdobyły uznania tak wielkiego, jakie zdobyć powinny.

Nawet w kontekście najlepszych dokonań Camerona jest to tytuł stosunkowo rzadko przywoływany. Dziś jest to wręcz film nieco zapomniany, i to inne świetne produkcje z roku 1994, jak m.in. Forrest Gump, Skazani na Shawshank, Pulp Fiction, Speed, Maska czy Głupi i głupszy osadziły się w świadomości widzów znacznie mocniej.

Advertisement

Wiem, że komedia akcji z Arnoldem Schwarzeneggerem i Jamie Lee Curtis w IMDb ma solidne 7,3/10, na Rotten Tomatoes zaś poprawne 70% u krytyków i 76% u widzów, ale… To epickie kino akcji pomimo blisko 30 (!) lat na karku wizualnie trzymające ultra wysoki poziom po dziś dzień zasługuje na zdecydowanie więcej. Moim skromnym zdaniem to wręcz skandal, że ta szpiegowska komedia nie siedzi w TOP 250 najlepszych filmów wszech czasów na IMDb i że u krytyków na Rotten Tomatoes nie dostała certyfikatu świeżości. Pełen rozgoryczenia zapraszam do zapoznania się z moimi sześcioma argumentami, dlaczego True Lies to najlepsza komedia akcji wszech czasów, z czym oczywiście nie musicie się zgadzać.

A nuż ktoś z młodszego pokolenia, nieznający przygód Harry’ego Taskera sięgnie po tę filmową ramotkę sprzed 3 dekad, by zdziwić się, że tak nadgryziony zębem czasu film może śmiało, podobnie zresztą jak inne dzieła Camerona (no, może poza Terminatorem), stawać pod względem wizualnej maestrii w konkury z dzisiejszymi blockbusterami trzaskanymi na kompie. Jednocześnie zapraszam do moich starszych artykułów w bardzo podobnym stylu, gdzie to coś niby udowadniam: 5 POWODÓW, dla których PREDATOR to najbardziej MĘSKI film wszech czasów, 7 powodów, dla których KRWAWY SPORT to NAJLEPSZY film kopany WSZECH CZASÓW oraz 9 powodów, dla których WSZYSCY kochają SZKLANĄ PUŁAPKĘ.

Advertisement

Powód 1: Najlepszy występ aktorski Arnolda

James Cameron mawia „to, w czym jestem dobry, to praca z aktorami… a następnie montowanie ich występów tak, by uzyskać absolutnie najlepszą wersję sceny i dzielić się nią z publicznością. To niesamowity proces. Czasami myślisz, że to nie zadziała, kiedy zaczynasz, a potem postacie ożywają”. James Cameron lubi i trzyma się swoich aktorów, często współpracując z nimi przy kilku odrębnych projektach. Tak było choćby w przypadku Sigourney Weaver, Michaela Biehna, Billa Paxtona, Lance’a Henriksena, Kate Winslet czy nawet mniej znaną Jenette Goldstein – trzy razy przed kamerą Camerona. I tak samo było z Arnoldem Schwarzeneggerem, który przez kilka ładnych lat zdawał się wręcz aktorem jednego z najlepszych reżyserów ever.

To właśnie twórcy Avatara Austriacki Dąb zawdzięcza swoją najsłynniejszą kreację – Terminatora T800 – i powiązanego z nim do grobowej deski nieśmiertelnego onelinera „I’ll be back”. Osobiście uważam, że Schwarzenegger zagrał pod okiem mistrza Camerona swoje trzy najlepsze role w karierze, widać reżyser ma dobrą rękę do prowadzenia swoich aktorów i nawet z dębu umiał wykrzesać aktorstwo całkiem wysokiej próby. Podobnież role życia zagrali przecież u twórcy Titanica choćby Michael Biehn w Aliens i Terminatorze, Linda Hamilton w Terminatorach, czy Sigourney Weaver w Aliens. Arnold Schwarzenegger w Prawdziwych kłamstwach jest, co tu dużo mówić, fantastyczny zarówno pod względem fizyczności i sprawności (oczywiście często podpierającej się kaskaderami) scen akcji, bo do tego typu kina się Arnold po prostu urodził, jak i scen o podłożu komediowym, dając występ naturalny i swobodny w sposobie gry, znacznie lepszy niż w komediach sensu stricto, jak Bliźniacy, Gliniarz w przedszkolu czy Junior.

Advertisement

true lies schwarzenegger cameron prawdziwe klamstwa

Czy Arnold skręca komuś kark, podpala kurwidołek terrorystów, robi z nich mielone działkiem pokładowym Harriera, czy w końcu zmysłowo gładzi Jamie Lee Curtis różą, tańczy z gracją tango lub wyznaje żonie, że jest szpiegiem, a nie nudnym sprzedawcą komputerów, aktor i były kulturysta w jednym pozostaje w roli wiarygodny i po prostu, co tu dużo gadać, pysznie się go w Prawdziwych kłamstwach ogląda. Co ciekawe, dla Arnolda największym wyzwaniem podczas prac nad True Lies nie były sceny akcji, lecz… wspomniane tango, które miał zatańczyć w prologu z Tią Carrere. Podobno ambitny aktor przygotowywał się do tego numeru przez kilka miesięcy, chcąc wypaść na ekranie nie gorzej niż Al Pacino tańczący ten sam taniec w Zapachu kobiety.

Kiedyś mówiło się w kontekście świetnych występów Arnolda w Terminatorach, że rola małomównego cyborga bez mimiki została stworzona idealnie dla jego talentu, tymczasem były Conan w True Lies pokazał cały wachlarz emocji, dając moim zdaniem swój najlepszy występ aktorski w karierze. Bez nadzoru Camerona nie udało mu się w kolejnych latach choćby otrzeć o ten poziom. Sam Arnold powiedział o swojej roli w Prawdziwych kłamstwach, że była mu po prostu przeznaczona.

Advertisement

Powód 2: Kapitalnie napisana i zagrana postać kobieca

James Cameron umie w scenariusze, co udowodnił, pisząc skrypty do wszystkich (Ty nie, Piranio II) swoich filmów, a dodatkowo jeszcze do Rambo 2 i dla swojej eksmałżonki Kathryn Bigelow do Dziwnych dni. Co więcej, twórca Aliens umie pisać pełnokrwiste, wiarygodne postacie silnych i twardych kobiet, będących jednocześnie mile świetlne od stereotypu tzw. damy w opałach, a wręcz często mężczyzn z opałów ratujących. Linda Hamilton w Terminatorach ewoluuje z filigranowej dziewczyny z sąsiedztwa w sprawną niczym maszyna bojowniczkę o uratowanie przyszłości, Sigourney Weaver w Obcym: Decydującym starciu skopuje odwłok szefowej stada, Mary Elizabeth Mastrantonio w Głębi zdecydowanie nie daje sobie w kaszę dmuchać zastępowi twardych facetów, a dzielna wojowniczka Zoë Saldana z Avatara wprowadza mężczyznę w tajniki swojej rasy, ucząc go sposobu na przetrwanie i życie wśród flory i fauny Pandory.

O Kate Winslet z Titanica nie wspominam, bo my tutaj w kinie akcji siedzimy, a nie w My heart will go on. W schemat silnych kobiet w kinie Camerona, choć w mniej oczywisty niż koleżanki sposób, wpisuje się także Helen Tasker grana w Prawdziwych kłamstwach przez Jamie Lee Curtis, znakomicie balansująca między skromnością swojej postaci, humorem, seksapilem i tonami poważniejszymi. Tym razem mamy do czynienia z metamorfozą zahukanej kury domowej najpierw w seks bombę – świetna scena „transformacji” w korytarzu hotelowym, a następnie z odkrywaniem w sobie pokładów siły, charyzmy i woli walki o męża i małżeństwo wśród świszczących kul oraz we wtórze eksplozji termonuklearnej.

Advertisement

Przemianę naszej bohaterki najpierw odczuwa na sobie jej mąż Harry-Arnold, który przyznawszy się do bycia szpiegiem, dostaje od małżonki soczysty cios w nos. Potem lanie dostają terroryści, których szeregi Helen nieco przypadkiem przerzedza zrzuconą ze schodów bronią palną. Jako ostatnia w pysio dostaje Juno Skinner, najpierw z plaskacza odwróconym do wewnątrz dłoni pierścionkiem z diamentem, a finalnie po głowie butelką szampana. Tak się kończą próby podbijania do czyjegoś męża w filmie Camerona. Ostatecznie Jamie Lee Curtis trafia na chwilę do szufladki wspomnianej damy w opałach, kiedy to Arnold ratuje ją przed upadkiem w spadającej z zarwanego mostu limuzyny; w końcu to film ze Schwarzeneggerem, a on uratować kogoś musi, inaczej się udusi.

Wreszcie kobieta, która odkryła w sobie siłę i odzyskała wiarę we własną atrakcyjność, zanurza się w potężnych ramionach odkrytego na nowo męża szpiega-twardziela w podartej koszuli odsłaniającej zajebisty biceps, by dokonać wraz z nim romantycznego pocałunku z eksplozją nuklearną w tle. Cameron chciał pracować z Jamie Lee Curtis, odkąd zobaczył ją na ekranie w filmie swojej eksmałżonki Kathryn Bigelow Błękitna stal; jednak początkowo Arnold nie widział jej w roli swojej ekranowej żony. Zmienił zdanie niemal od pierwszego dnia zdjęciowego, a ekranową chemię i sympatię między Rybką zwaną Wandą a nim doskonale widać na ekranie, szczególnie w drugim akcie filmu. Jamie Lee Curtis wspomina plan filmowy True Lies jako jej najbardziej niesamowite doświadczenie w karierze.

Advertisement

Powód 3: Iście rewelacyjna ścieżka dźwiękowa

Brad Fiedel początkowo tworzył muzykę dla telewizji (m.in. Bunkier z Anthonym Hopkinsem), następnie do skromnych produkcji kinowych (Oskarżeni z Jodie Foster), aż poznał się z Jamesem Cameronem, który zmienił jego zawodowe życie na zawsze. Twórca True Lies obejrzawszy zapewne wspomniany Bunkier z posępną i mroczną elektroniczną ścieżką dźwiękową (brzmiącą zresztą jak wstępny szkic muzyki do Terminatora – obejrzałem film wczoraj i wiem, co słyszałem!), zaprosił Fiedela do współpracy, i tak mało wówczas znany kompozytor napisał kultowy motyw przewodni Terminatora i cały świetny soundtrack do tegoż, a potem skomponował genialną ścieżkę dźwiękową do sequela, zapisując się już tylko tymi dwoma tytułami w annałach muzyki filmowej.

Za tę drugą pracę należała mu się zresztą bez dwóch zdań co najmniej nominacja do Oscara, niestety Fiedel, tworząc do Terminatorów głównie muzykę elektroniczną – niekiedy dość eksperymentalną w brzmieniu – wykorzystywał głównie syntezatory, a to według regulaminu Akademii uniemożliwiało przyznanie nominacji. Brad Fiedel skomponował też oczywiście ścieżkę dźwiękową do omawianych tutaj Prawdziwych kłamstw, wykorzystując już w sporym zakresie możliwości tradycyjnej orkiestry, po czym… niemal z dnia na dzień zakończył karierę kompozytora muzyki filmowej. Jak stwierdził w wywiadzie, którego udzielił polskiemu znawcy muzyki filmowej Łukaszowi Waligórskiemu, zaczęła mu m.

Advertisement

in. ciążyć coraz mniejsza swoboda twórcza ograniczana przez duże studia. Z tego samego wywiadu pochodzi wspomnienie Fiedela o pracach nad ścieżką dźwiękową do True Lies, kiedy to po raz trzeci i ostatni współpracował z Jamesem Cameronem:

„Było dla nas czymś ważnym, aby dać widowni do zrozumienia już od pierwszych taktów, że mimo iż to kolejny film Jima, Arnolda i mój, to jest zupełnie inny od poprzednich. Świetna rozrywka, niezbyt mroczna. Sporo namęczyłem się przy początku filmu, gdzie Arnold tańczył, czy później, gdy zbiegał w śniegu z góry. Oczywiście już użycie wielkiej orkiestry odróżniało tę pracę [od Terminatorów]. Szukanie sposobów na wsparcie akcji i suspensu, a jednocześnie utrzymanie tej komediowej iskry było moim głównym wyzwaniem. Świetnie się bawiłem przy tym projekcie”.  Tak jak uwielbiam cały film Prawdziwe kłamstwa, tak identyczną estymą darzę muzykę z tego filmu, energiczną i/lub wzniosłą, kiedy trzeba dowalić do pieca, nieco nostalgiczną w równie odpowiednich momentach, lekką w tonie podczas towarzyszenia humorystycznym scenom.

Advertisement

Moim absolutnym faworytem, poza kapitalnym motywem przewodnim, pozostaje ilustracja muzyczna do bójki w łazience. Niestety wielu ścieżek skomponowanych do True Lies przez Fiedela nie usłyszymy na oficjalnym soundtracku (ten zawiera kilka piosenek wykorzystanych w filmie plus jedynie kilka ścieżek kompozytora), między innymi właśnie bombastycznej kompozycji towarzyszącej zmaganiom Arnolda w toalecie (hmm dziwnie to brzmi) z terrorystami (teraz już lepiej). Szkoda, że Brad Fiedel tworzący tak oryginalne brzmienia, jak te ilustrujące oba Terminatory i Prawdziwe kłamstwa, zawiesił karierę na kołku i dziś zajmuje się… prowadzeniem przystani dla surferów.

Powód 4: Sceny akcji aż szczęka opada

Król świata w Prawdziwych kłamstwach wzbił się na wyżyny swojego talentu jeśli chodzi o realizację scen akcji, jakich świat nie widział, z licznikiem zabitych liczącym 90 złych ludzi. Dziś w dobie tłuczonego seryjnie kina popcornowego, szczególnie tego spod znaku Marvela czy DCU, które powoli się wszystkim przejada, bardzo tęsknię za takimi kreatywnymi strzelaninami czy wymianami ciosów jak z True Lies. Takimi, które ogląda się raz po raz do zdarcia kiedyś kasety VHS, dziś płyty Blu-Ray, i które PAMIĘTA SIĘ PO LATACH, a nie zapomina wraz z pojawieniem napisów końcowych.

Advertisement

Obecnie chyba tylko seria Mission: Impossible hołduje tradycjom pomysłowości i innowacyjności w dziedzinie scen akcji wartych zapamiętania (zerknijcie na mój artykuł TOP 10 akcji w serii MISSION: IMPOSSIBLE). Przedsmak boskiej smykałki do kręcenia dynamicznie zmontowanych strzelanin dał nam twórca Głębi już w pierwszym Terminatorze podczas wymiany ognia między Terminatorem a Kyle’em Reese’em w klubie Technoir; jest to zresztą moja ulubiona scena akcji spośród wszystkich Terminatorów.

Taka bitka w łazience z Prawdziwych kłamstw, z kapitalną pracą kamery Russella Carpentera (Oscar za zdjęcia do Titanica, aktualnie będziemy mogli podziwiać jego robotę przy Avatarze 2: Istocie wody) ekstrarobotą kaskaderską i ogólną demolką, której kręcenie zajęło aż 5 dni, to jedno z najlepszych strzelaninomordobić w branży. Co ciekawe jeden z terrorystów jest tam ubrany niemal identycznie jak Arnold w pierwszym Terminatorze.

Advertisement

Pamiętne są też takie momenty jak: strzelanina w śniegu z prologu, podbicie kałacha leżącego na desce wprost do swoich rąk czy w końcu totalnie masakrycznie widowiskowa sekwencja z Harrierami rozwalającymi most, późniejszym nieporadnym startem Taskera i dramatycznym ratunkiem córki na wysokości – Harrierom poświęcam cały ostatni akapit niniejszego artykułu, więc zaraz wrócimy do tych wspaniałych maszyn na usługach mistrza kina. Chwilami aż trudno uwierzyć, że spektakularne True Lies, ze scenami akcji, za którymi fikający koziołki John Wick mógłby co najwyżej plecak nosić, ma swoje źródło w kameralnej komedii francuskiej La Totale! z 1991 roku, z którego zresztą poza pomysłem wyjściowym, Cameron zaczerpnie niemal żywcem sporo scen (m.

in. karabin spadający po schodach) i rozwiązań fabularnych. Z filmem zapoznał Arnolda jego szwagier Robert Shriver, a Camerona Arnold, któremu spodobała się postać tajnego agenta ukrywającego swoją tożsamość przed żoną. Cameron zrobił z historii użytek, przerabiając bazowy scenariusz na wielkie kinowe widowisko, dodając od siebie przede wszystkim… Harriery! True Lies to wciąż prime time Arnolda i jego onelinerów, to tutaj Harry Tasker podsumowuje żywot terrorysty Aziza (świetny Art Malik) i jego kolegów, którym za chwilę poleci na spotkanie, zabawnym „You’re fired” wypowiedzianym do złola tuż przed wystrzeleniem go na rakiecie w spektakularnym finale filmu. Akcję na będącym w zawisie  statku powietrznym Cameron powtórzy z drobnymi zmianami w kwestii zastosowania rakiety w nakręconym 15 lat później Avatarze.

Advertisement

Powód 5: Humor, aż banan na twarzy się maluje

Pozytywnym humorem, żartami sytuacyjnymi, słownymi i tzw. komedią omyłek Prawdziwe kłamstwa stoją, a za dużą ich część odpowiada duet aktorski Arnold Schwarzenegger–Tom Arnold (rolę Gibba odrzucił ponoć sam Joe Pesci). Panowie, podobnie jak reszta świetnie dobranej obsady, na planie znakomicie się dogadywali. Widowiskowe, świetnie zrealizowane sceny akcji, które dość często kończą się śmiercią kolejnego i kolejnego, i kolejnego terrorysty, przeplatane są humorem trafionym w dziesiątkę, często o dość czarnym zabarwieniu. Satysfakcjonująco zabawna jest śmierć jednego terrorysty zadana mu przez drugiego terrorystę, który nie pomyślał, że znajduje się ze swoją bazooką zbyt blisko kolegi po terrorystycznym fachu.

Pelikan siadający na masce samochodu złych ludzi też gwarantuje uśmieszek na naszej twarzy, podobnie szybka regulacja ostrości lornetki, gdy nagle wyrasta przed nią Arnold w Harrierze. Albo rozbrajające „Batter Aziz”, gdy spanikowanemu operatorowi kamery (nie oszukujmy się, to też terrorysta) kończy się w niej bateria w kluczowym momencie wzniosłej przemowy podjaranego Aziza. Do tego rzeczony Aziz lądujący z wielkim hukiem swoimi klejnotami na stateczniku pionowym Harriera, to już beka na całego, choć niekoniecznie dla Aziza, który od tej chwili aż do wybuchowego spotkania z pobratymcami, czyli przez dobrą minutę, raczej nie mógł zostać ojcem.

Advertisement

bill paxton

Warto jeszcze wspomnieć m.in. o zabawnym ujęciu, na którym schowany (z braku innej zasłony pod ręką) za słupkiem Gibb ostrzeliwany jest z karabinu przez Aziza, czy starszym panu siedzącym na kibelku, podczas gdy w łazience trwa totalna demolka pomieszczenia przez Arnolda i kasowanych przez niego złoli. No i cały genialny fabularnie i pociesznie komiczny motyw z fałszywym agentem Simonem (nieodżałowany Bill Paxton gra tutaj… lustrzane odbicie Harry’ego Taskera, bo jest sprzedawcą udającym szpiega) podbijającym do Helen. Moment, gdy Harry fantazjuje, jak Simonowi ten głupi ryj rozwala, należy zdecydowanie do tych najzabawniejszych w całym filmie.

Na deser lekko przegięte, ale wciąż pozostające w konwencji sceny, jak ta z idiotyczną próbą Harry’ego, by konno skoczyć z budynku na budynek (na szczęście koń okazuje się mądrzejszy) czy  pistoletem maszynowym Mac-10 spadającym po schodach i rozwalającym przypadkiem cały zastęp terrorystów… Ta i mnóstwo innych komediowych perełek, nawet tych totalnie przegiętych i nierealistycznych, stanowią o talencie Camerona do kreowania wysokiej jakości humoru. Film zapewnia rollercoaster wrażeń akcji na zmianę z tonami komediowymi, co wciąż ogląda się, słucha i przeżywa tak samo dobrze, jak w 1994 roku, kiedy to pełnokrwiste, wysokooktanowe arcydzieło kina akcji spod znaku komedii miało swoją premierę.

Advertisement

Powód 6: Po prostu… HARRIERY!

And last but not least, czyli samoloty pionowego startu i lądowania (dokładnie McDonnell Douglas AV-8B Harrier z Marine Attack Squadron 223 nickname „Bulldog”), których Marynarka Stanów Zjednoczonych wraz z pilotami, za skromne 100 000 $ użyczyła na użytek filmowców. James Cameron bezapelacyjnie ma świra na punkcie technologii oraz maszyn o kształcie i sposobie poruszania się tożsamym ze słynnym Harrierem (btw miałem okazję widzieć to cudo w zawisie na Air Show w Radomiu sto lat temu – niezapomniane wrażenia!). To przecież nikt inny, jak sam mistrz kina akcji i król świata w jednym, samodzielnie wymyślił i narysował koncepcję m.

in. latających pojazdów szturmowych Skynetu, które mogliśmy podziwiać w prologach Terminatorów, czy promu zrzutowego z Aliens; bliźniaczo podobne pojazdy pojawiły się również w najbardziej dochodowym (Ty nie, Avengers: Końcu gry) filmie wszech czasów, czyli Avatarze. Ale to właśnie w Prawdziwych kłamstwach, będących obok Titanica jedynym filmem Camerona niereprezentującym gatunku SF, mogliśmy podziwiać rzeczywiście istniejące pojazdy pionowego startu i lądowania, które zawdzięczają swoje niesamowite właściwości zmiennemu kątowi dysz wylotowych silników, a nie fantazji twórców.

Advertisement

Powiedzieć, że Cameron wykorzystał potencjał wizualno-technologiczny wypożyczonych przez Marynarkę Harrierów, to nie powiedzieć nic. Spektakularny ostrzał rakietowy filarów mostu, późniejsze zmagania Harry’ego za sterami jednego z Harrierów, żeby oderwać się od ziemi, rozjeżdżając radiowóz, oraz cała finałowa batalia Harrier vs. terroryści na wysokości, to crème de la crème True Lies.

harrier

Na planie w fazie mostowej i częściowo podczas startu Taskera korzystano z prawdziwych maszyn, a fun, jaki towarzyszył całej ekipie filmowej przy kręceniu tych bardzo hałaśliwych maszynek, widać nawet po rozpromienionych twarzach aktorów. Na ujęciu, gdy Harriery ukazują się nam po raz pierwszy, widać wyraźnie, z jakim entuzjazmem na ich przelot zareagował Tom Arnold (filmowy agent Gibb), który dodatkowo, widząc, że zajęty graniem zaangażowanego w akcję agenta Arnold, niemal przegapia widowisko, klepie go w ramię, by ten odwrócił wzrok i spojrzał na zapieprzające poniżej śmigłowca (w którym się znajdowali) Harriery.

Advertisement

W scenie siejącego spustoszenie Arnolda usiłującego z jako taką gracją poderwać Harriera do lotu widać, że to on faktycznie siedzi za sterami tej pięknej maszyny, co zawdzięczamy pomysłowości Camerona w żonglowaniu zbliżeniami na Arnolda w kabinie z naprawdę podrywającą się do lotu maszyną. Sekwencja ta nawet, a wręcz szczególnie dziś, w dobie wszędobylskiego załatwiania wszystkiego przez CGI, robi piorunujące wrażenie. Podniebna potyczka Harriera z terrorystami to już praca na wykonanej w skali 1 : 1 atrapie Harriera filmowanej na największym w historii ruchomym green screenie o polu widzenia 180 stopni.

To właśnie za tę zapierającą dech sekwencję lotniczą ekipa Digital Domain (firma założona przez Jamesa Camerona i Stana Winstona), zdobyła nominację do Oscara za Najlepsze efekty wizualne, dzielnie konkurując z Maską Chucka Russella i finalnie przegrywając rywalizację z Forrestem Gumpem.

Advertisement

Film dostępny w serwisie Flixclassic.pl

Advertisement

Od chwili obejrzenia "Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia "Akirę”, "Drive”, "Ucieczkę z Nowego Jorku", "Północ, północny zachód", i niedocenioną "Nienawistną ósemkę”). Wielbiciel Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Autor książki "Frankenstein 100 lat w kinie". Założyciel, i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE. Od 2016 roku zawodowo zajmuje się fotografią reportażową.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *