Connect with us

Felietony - Cykle

MISSION: PILCHOWICE. Wolę stuletni most niż TOMA CRUISE’A w Polsce

W MISION: PILCHOWICE most w Pilchowicach staje się nieoczekiwaną gwiazdą w akcji z Tomem Cruise’em. Zaskakujące połączenie Hollywood z Polską!

Published

on

TOM CRUISE i reżyser MISSION: IMPOSSIBLE 7 staną przed polskim sądem? Wraca sprawa mostu w Pilchowicach

Hollywood kochamy za rozmach, zacięcie do tworzenia widowisk i tupet, pozwalający wykreować na użytek filmu nawet najbardziej nieprawdopodobne zdarzenia. Kochamy wielkie filmowe spektakle i uwielbiamy oglądać w filmowej rzeczywistości rzeczy, których często nie chcielibyśmy oglądać „na żywo”. Gdy mowa o efektownych sztuczkach – na przykład eksplozjach, którymi stoi nie od dziś kino akcji – cenimy również, jeśli oglądamy owoce pracy praktycznej specjalistów od efektów specjalnych, a nie jedynie wykreowane komputerowo obrazki. Chcę przez to powiedzieć, że godne pochwały jest dążenie producentów filmowych do pójścia nieco bardziej wyboistą drogą niż CGI i zrealizowanie co bardziej spektakularnych scen w formie opierającej się na fizycznym działaniu.

Advertisement

Tyle że za takim nobliwym działaniem czasem stoi mniej nobliwa pragmatyka. Tak właśnie zdaje się być w przypadku nieoczekiwanego „polskiego śladu” w powstającej, kolejnej części Mission: Impossible.

Mowa oczywiście o sprawie poniemieckiego mostu w Pilchowicach, który był „kandydatem” do roli szwajcarskiego mostu, wysadzonego w powietrze w trakcie zdjęć do nowego widowiska z Tomem Cruise’em. O tym, że studio Paramount prowadzi rekonesans oraz rozmowy w sprawie wykorzystania dolnośląskiej lokacji do nakręcenia realistycznie wybuchowej sekwencji, plotki zaczęły krążyć w drugiej połowie lipca, początkowo otoczone nimbem mało wiarygodnej pogłoski lub wręcz fake newsa.

Advertisement

Szybko okazało się jednak, że faktycznie sprawa jest rozważana, a w rozmowy zaangażowane jest m.in. polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Sprawa oburzyła całkiem sporą grupę osób (przede wszystkim Dolnoślązaków i osoby związane z turystyką i zabytkami regionu), które nadały sprawie rozgłos de facto światowy – głosy sprzeciwiające się ewentualnemu zniszczeniu mostów na potrzeby filmu dotarły również do USA i do władz Paramount. Wywołało to liczne protesty regionalnej społeczności i entuzjastów historii, sprzeciwiających się tak lekkiemu i brutalnemu potraktowaniu zabytkowej konstrukcji.

W chwili, gdy piszę ten tekst, sprawa wydaje się relatywnie zamknięta – dolnośląska konserwator zabytków zadeklarowała, że pilchowicki most zburzony zostać nie może i już od września chroniony ma być wpisem do rejestru zabytków chronionych, sprawę skwitował też reżyser Mission: Impossible 7, Christopher McQuarrie, stwierdzający że owszem, sprawa była dyskutowana, jednak ostatecznie na skutek nieporozumień i negatywnej kampanii medialnej z tej lokacji zrezygnowano.

Advertisement

Strona amerykańska zaznacza, że wysadzona miała zostać jedynie dobudowana po II wojnie światowej kładka, a nie zabytkowe filary wiaduktu kolejowego, będące faktycznie zabytkiem. Ponadto, podobnie jak przedstawiciele polskiego ministerstwa, producenci podają jako czynnik przemawiający za niezrealizowanym projektem możliwość przebudowy mostu i zamienienie lokacji użytej w filmie w atrakcję turystyczną, poprawiającą ekonomiczny potencjał rejonu. Kolejnym argumentem uzasadniającym potencjalne wykorzystanie pilchowickiego mostu do praktycznie zaaranżowanej sceny akcji był fakt, że konstrukcja od lat stoi nieużywana i niszczeje, nie stanowi więc istotnego elementu infrastruktury regionalnej.

Strona polska zwracała też uwagę na temat „zielonej technologii” realizacyjnej stosowanej w Hollywood, która zakłada całkowite zabezpieczenie lokacji przed skutkami negatywnymi dla środowiska, posprzątanie po działaniach i pozostawienie w zasadzie w stanie lepszym niż zastany. Brzmi sensownie, prawda?

Advertisement

Problem jednak w tym, że to narracja niejako wsteczna, podczas gdy wcześniej cała sprawa wydawała się dużo bardziej mętna – młodsza, w części powojenna „kładka” to większość struktury mostu, bez której starsze filary tracą znaczą część kulturowej wartości, trudno więc uznać ją za „bezwartościową”, jak sugerował amerykański reżyser. Potencjalne wykorzystanie (czytaj: wysadzenie) mostu i zastąpienie jego zniszczonych fragmentów nową konstrukcją, przemienioną we wspomnianą wyżej atrakcję turystyczną, jest sprawą bardzo wątpliwą. Część wypowiedzi na temat burzenia tylko niezabytkowej części konstrukcji oraz „zielonej realizacji” brzmią trochę jak zasłona dymna, legitymizująca nadużycie i dosyć lekkie potraktowanie obiektu stanowiącego mimo wszystko element materialnej kultury regionu.

Co więcej, oświadczenie Andrew Eksnera, polsko-amerykańskiego filmowca działającego na rzecz ochrony mostu na poziomie Paramount, wskazuje na dosyć pobieżne rozpoznanie tematu przez producentów lub ignorowanie części opinii eksperckich na temat wartości obiektu. Rzeczywiście największą wartość z punktu widzenia dziedzictwa materialnego zdają się stanowić budowane sto lat temu fundamenty, jednakże cennym artefaktem postindustrialnym jest już cały most (choćby dlatego, że jest przykładem rekonstrukcji). Faktycznie jest on w nie najlepszym stanie i niszczeje – ale od tego jest właśnie konserwacja zabytków, by zadbać o jego zachowanie i odnowienie, co trudno zrobić w sytuacji, gdyby most przestał istnieć.

Advertisement

Podejście do zniszczonych zabytków na zasadzie „lepiej zburzyć i wybudować nowe” sprawdza się w wąskim zakresie i co do zasady jest niewłaściwe, bo prowadzi do sytuacji, w której jedynym kryterium zachowania jest stan, a nie znaczenie czy wartość historyczna. Stąd przede wszystkim głosy sprzeciwu lokalnych środowisk i konserwator zabytków.

Odnośnie nieproblematycznej realizacji – trochę wątpię w prawdziwość wszystkich zapewnień o zabezpieczaniu i czyszczeniu lokacji, podobnie jak mam poważne wątpliwości, czy ewentualnie wysadzanie „tylko niezabytkowej kładki” nie skończyłoby się jednak uszkodzeniem reszty konstrukcji – bo zabezpieczenia kosztują (a nie oszukujmy się, Pilchowice znalazły się na radarze Hollywood na 99% jako lokacja umożliwiająca cięcie kosztów, więc księgowość nad całym projektem czuwać będzie mocno), wypadki się zdarzają i ogólnie przecież wiadomo, że most jest zniszczony, więc właściwie szkoda niewielka.

Advertisement

A o zapewnieniach o inwestycji renowacyjnej myślę jeszcze bardziej sceptycznie – bo zazwyczaj kończy się na obietnicach, wstępnych umowach lub ewentualnie „przekazaniu środków” i wyrażeniu wsparcia dla podnoszenia wartości regionu. Nie sądzę, żeby Hollywood wysyłało specjalnie wynajęte ekipy do renowacji tak marginalnej dla nich lokalizacji, a transfer czystej gotówki w Polsce to dosyć wątpliwa gwarancja realizacji założeń.

W całej sprawie pojawia się kilka mocno problematycznych kwestii, dotyczących zarówno strony producentów, jak i ich polskich (niedoszłych) partnerów. Ze strony Paramount obserwować możemy raczej zestandaryzowaną praktykę wyszukiwania relatywnie tanich i bezproblemowych (czytaj: takich, gdzie obowiązują niewielkie restrykcje lub gdzie można te restrykcje łatwo obejść) lokacji do poszczególnych, nieco bardziej wymagających logistycznie czy niosących ryzyko „bałaganu” scen – przypomnijmy, że sekwencja, o której mowa, ma według scenariusza dziać się w Szwajcarii. Tu objawia się działanie „po kosztach”, które budzi moje wątpliwości co do perfekcyjnego zabezpieczenia przedsięwzięcia i rewitalizacji lokacji post factum.

Advertisement

Mówiąc inaczej, Paramount chciał prawdopodobnie zrealizować wspomnianą scenę w Pilchowicach dlatego, że tutaj jest najprościej wykonać tego typu operację, zachowując relatywnie duży margines błędu. Jest to na swój sposób uczciwe – potraktowano Polskę, średnio rozwinięty kraj w Europie Środkowej, jako tani poligon optymalizujący koszty, na podstawie trzeźwej kalkulacji i rozeznania sytuacji. Nie wymagam nawet od hollywoodzkich kierowników wykonawczych przesadnego szacunku do zabytków XX-wiecznej architektury, choć część przesłanek wskazuje, że niektórzy członkowie zespołu wykazywali się w podejściu do mostu albo ignorancją, albo niechęcią do przyswojenia nieco komplikującej zero-jedynkową perspektywę informacji.

Gorzej jednak, że takie podejście spotkało się z niemal entuzjastycznym przyjęciem naszych władz – stąd deklaracje przedstawicieli ministerstwa, rozdmuchujące potencjalne korzyści z realizacji hollywoodzkiego widowiska w Polsce, bagatelizujące znaczenie zagrożonego mostu i fetyszyzujące stąpanie amerykańskich gwiazd po polskiej ziemi jako niebotyczne rozsławienie naszego kraju w świecie.

Advertisement

Czy rzeczywiście jest tak, że każda wizyta gwiazdy globalnego kina w Polsce to powód do dumy, odpalania patriotycznych rac i szczycenia się, że „oto nasza kraina jest ceniona na świecie”? Nie, a w tym wypadku sam fakt, że scena wybuchu powstała w Polsce, byłby zupełnie marginalny dla przeciętnego widza (powiem więcej – wszystkich oglądających film poza Polską). Mrzonki o przekuciu faktu wysadzenia zabytkowego mostu (lub jego elementów) w ramach produkcji blockbustera w rozwijającą region atrakcję turystyczną świadczą albo o arogancji wygłaszających je osób decyzyjnych i opiniotwórczych w naszym kraju, albo o naiwności równej tej, jaką żywili (żywią nadal?) swego czasu włodarze resortu kultury na temat powstania w Polsce światowej skali wytwórni komercyjnych hitów.

Rzeczywistość jest taka, że skończyłoby się najwyżej ciekawostką podobną do krakowskiego kebaba, gdzie „w czerwcu 2012 roku Mario Balotelli zjadł donera” (świadomie sparafrazowane), która nijak się ma do kulturowo-historycznej wartości zabytków. A na całej sprawie skorzystałoby zapewne kilka wybranych osób, jak sugeruje w swoim liście otwartym Eksner. W całej sprawie widać więc dosyć przykry kompleks części społeczeństwa wobec „wielkiego kina” i „światowych sław” i partykularne traktowanie lokalnego dziedzictwa. Bo nawet jeśli most jest zabytkiem „nierównomiernym” (o bardziej i mniej cennych elementach z punktu widzenia wieku i technologii, co jest już pewnym naciąganiem), to pozostaje materialną spuścizną historii, nad destrukcją której należałoby się sto razy zastanowić – i nie robić tego na pewno w imię wątpliwego „rozsławiania kraju”, a realnie realizując założoną z góry przez Hollywood rolę peryferyjnego państwa skłonnego do daleko idących ustępstw wobec globalnej korporacji.

Advertisement

W całej historii jest też jeszcze jedna struna, poruszająca zarazem mój pesymizm i poczucie lokalnego patriotyzmu zarazem. Rzecz nie dotyczy obiektu znajdującego się na Mazowszu czy w Małopolsce, ale – słowami ministra – „poniemieckiego reliktu industrialnego” na Ziemiach Zachodnich. Jeśli to nieco niejasna insynuacja, to dopowiem – odnośnie do regionów przyłączonych do Polski po 1945 roku istnieje długa i niezbyt chlubna tradycja traktowania jako terenów „gorszych” czy „mniej polskich” oraz realnego wyzysku gospodarczego. Nie twierdzę, że strona Polska nie zaoferowałaby do zabawy Paramountowi równie ochoczo elementu infrastruktury np.

w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Wydaje mi się jednak cokolwiek znamienne, że rozmawiamy o szafowaniu spuścizną wielokulturowego historycznie regionu i obiektem, o zgrozo, budowanym za czasów niemieckich na Dolnym Śląsku. Albo z drugiej strony zapominanie, że zabytki to nie tylko zamki, efektowne renesansowe kamienice i świątynie, ale też obiekty użytkowe, zaświadczające o technologicznym i praktycznym wymiarze przeszłości. W obydwu przypadkach podejście do mostu nad Bobrem jest właściwie oburzające. Co więcej, zbagatelizowanie znaczenia mostu i oddanie go „do zabawy” Cruise’owi i McQuarriemu może być też niebezpiecznym precedensem w kwestii luźnego stosunku do innych, „nieefektownych” czy zniszczonych artefaktów. Bo przypomnijmy, że przed zainteresowaniem z USA mowy na poważnie o rozbieraniu czy wysadzaniu mostu nie było.

Advertisement

W tym kontekście za pozytywny akcent historii można uznać fakt, że negatywna reakcja Dolnoślązaków i ekspertów poskutkowała, przynajmniej częściowo, wycofaniem z kontrowersyjnego projektu – choć raczej nie przez uznanie argumentu, a unikanie zamieszania. Ujawnił się tu jednak głębszy problem, polegający na dziwnie zaciekłym, niezważającym na inne czynniki sposobie przyciągania do Polski inwestycji, a także partykularnego podejścia wielkich firm do lokalnych, małych spraw.

Wracając do sugerowanego na początku tekstu pytania – gdzie leży granica między godnym pochwały dążeniem do praktycznego realizmu i organiczności kina a nadużywaniem tej pozaekranowej rzeczywistości krajów peryferyjnych? Czy interes studia filmowego i wielkiej produkcji kinowej jest wystarczającym argumentem za relatywizacją dziedzictwa i zasobów małego, mniej znaczącego kraju? Wydaje mi się, że nie i całe zamieszanie wobec mostu w Pilchowicach pokazuje dosyć wyraźnie, że pokutuje wciąż w Polsce i nie tylko rodzaj neokolonialnego zapatrzenia w USA i globalne instytucje, których uwaga bywa widziana u nas jako błogosławieństwo.

Advertisement

Tymczasem M:I:7 poradzi sobie bez niszczenia mostu w Pilchowicach (mam nadzieję, że nie zniszczą żadnego innego zabytku, polskiego czy nie), a efekt wizerunkowy dla regionu czy kraju jest w tym czy innym wypadku bardzo podobny. Nie ma co fetyszyzować Hollywood i gimnastykować się dla jego uwagi, poklasku czy też protekcjonalnej przyjaźni. Tę konkluzję przeniósłbym na grunt samego podejścia do kina amerykańskiego – nie wszystko super, co w Hollywood powstaje, i warto, przynajmniej dla ćwiczenia umysłowego, przestać traktować blockbusterowy mainstream jako podstawowy wyznacznik prestiżu oraz jakości rozrywki. Może się wtedy okazać, że nie trzeba niektórych rzeczy wysadzać, a wystarczy postawić na ciekawą historię. Może być i na moście w Pilchowicach.

Advertisement

Antropolog, krytyk, praktyk kultury filmowej. Entuzjasta kina społecznego, czarnego humoru i horrorów. W wolnych chwilach namawia znajomych do oglądania siedmiogodzinnych filmów o węgierskiej wsi.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *