Felietony - Cykle
PIERWSZE KUSZENIE CHRYSTUSA. Dlaczego Jezus nie może być GEJEM?
PIERWSZE KUSZENIE CHRYSTUSA to kontrowersyjny film, który zderza religię z humorem, wywołując gorące dyskusje o wierzeniach i sztuce.
Zastanawiam się, ilu z tych, którzy podpisali petycję o usunięcie filmu z Netflixa, faktycznie go widziało? A jeśli widziało, to czy w ogóle zrozumiało, o co w nim chodzi? Doświadczenie podpowiada mi, że ten procent może być niewielki, bo takie listy sprzeciwu funkcjonują na zasadzie religijnej histerii, a nie racjonalnej oceny. Jak wiemy z historii kina, ofiarami tego typu bezrozumnych protestów wiele razy padały wartościowe tytuły np. Ostatnie kuszenie Chrystusa. Także w innych dziedzinach sztuki religia często pozostawiała po sobie ściernisko, o ile owa sztuka nie działała zgodnie z natchnionymi wytycznymi (zamysłem kapłanów, sic!). O co więc tak naprawdę chodziło brazylijskim komikom z grupy Porta dos Fundos? O sianie zwykłego fermentu czy o pokazanie mechanizmów rządzących o wiele głębszym i niebezpieczniejszym zjawiskiem, jakie trapi ludzkość od tysięcy lat?
Od dawna narzekam na eksplorację w filmie wciąż tych samych wątków. Przemoc, miłość, gwałty, bitwy kosmiczne, czarodzieje, wampiry i inne potwory. Tematy przez swą mnogość wzajemnie zaczynają się przenikać, a bohaterowie, pochodzący często z zupełnie odmiennych czasów, wtłaczani są w kompletnie obce dla nich wydarzenia. Miesza się ich charaktery, wymyśla zupełnie inne dzieje, a nawet podmienia kochanki. Jest jednak wyjątek. Cała ta postmodernistyczna zawierucha w jakiś cudowny sposób omija Jezusa. Już nawet dawno temu wciągnęła w swój wir Boga, ale Jezus, Maria i Józef są omijani przez filmowców jak śmierdząca skarpetka albo majtki w tajemnicy przed rodzicami zachomikowane pod łóżkiem.
Jeśli już angażuje się Jezusa do filmowych historii, robi się to najdelikatniej, jak tylko można – najczęściej, chociaż są wyjątki. Dlatego tym bardziej się cieszę, że zobaczyłem na platformie Netflix taką perełkę, i to z Brazylii, odkrywającą zupełnie nieznane sfery życia Zbawiciela. Fakt, że potraktowane iście fantastycznie, jednak nie bez dużej głębi teoriopoznawczej. W literaturze już dawno Jezus został wciągnięty w przeróżne seksualne teorie i przygody. W filmie wciąż się go oszczędza. Tak naprawdę dopiero oglądając ten film, a właściwie skecz grupy Portas dos Fundos, uświadomiłem sobie, jak bardzo postać Jezusa mogłaby być interesująca i wręcz superbohaterska, gdyby tylko wyzwolić ją z tych wszystkich, spasionych na ekspansywnej polityce kościoła, dogmatycznych mitów.
Zacznijmy od tego, że Pierwsze kuszenie Chrystusa jest kunsztownie sfilmowanym i zmontowanym tzw. średnim metrażem, czyli nie przekracza 70 minut. Jest to świetny zabieg, żeby skupić uwagę widza tylko na tym, co istotne. Krótki metraż nie pozwoliłby odpowiednio wybrzmieć historii, a na długi metraż po prostu nie było treści – 46 minut to optimum. W chwili, kiedy piszę ten tekst, pod stworzoną w Brazylii petycją o wycofanie produkcji z Netflixa podpisało się prawie 1,5 miliona ludzi. Jak na ponad 200 milionową populację tego kraju, to całkiem skromnie. Mimo wszystko według niektórych polskich mediów narodowo-katolickich to tak, jakby cała Brazylia wrzała.
Gdzieś tam w amazońskiej puszczy pewnie jakiś dziurawy czajnik u tubylca radośnie sobie gwiżdże nad ogniskiem, ale nie jest to 150-litrowy kocioł warzelny. Według np. portalu Fronda Netflix stał się prawicą szatana. Podobno również Kto żyw, bojkotuje „Netflixa”. Po jego najnowszej publikacji żaden Polak nie powinien już nigdy dać ani złotówki na tę platformę siejącą skrajną antykatolicką propagandę i demoralizację. A co tak dziennikarzy Frondy rozsierdziło, że po raz kolejny odlecieli na pozaziemską orbitę? Seks, seks, seks.
Wyobraźcie sobie ten suspens. W wieku 30 lat Jezus wraca z 40-dniowego postu na pustyni, a tu w domu jego rodziców zastaje zorganizowaną dla niego imprezę urodzinową. Pojawiają się nawet Trzej Królowie i sam Bóg Ojciec (jako wuj Vittorio), który przyniósł faworki. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby Jezus przyszedł sam. Niestety, sądził, że w domu będą wszyscy spali, i wrócił z Orlandem, tajemniczym mężczyzną z wąsami rodem z gejowskich klubów w latach 80. i zachowującym się jak „stereotypowa ciota”. Orlando ewidentnie traktuje Jezusa jak swojego oblubieńca, podczas gdy Jezus aż taki wylewny nie jest – ten nieoczekiwany coming out wprawia go w zakłopotanie i poczucie winy.
I tu zaczyna się cała ta dwuznaczna i kontrowersyjna gra z widzem – zwłaszcza z tym wierzącym. Brazylijczycy z grupy Portas dos Fundos mają charakterystyczny styl gry, polegający na gęstych dialogach i intensywnej gestykulacji, co przy szybkiej akcji tworzy niekiedy wrażenie przytłoczenia informacjami. Trzeba być uważnym, czytając podpisy. Niekiedy nieprzeczytanie jednego zdania może zupełnie zmienić kontekst sceny, uczynić ją niezrozumiałą, a przez to pozostawić wrażenie, że twórcom filmu chodziło jedynie o antychrześcijański ferment. Nic bardziej mylnego.
Na pewno chcieli pokazać homofobię katolików odziedziczoną jeszcze po starożytnych Izraelitach, co znajduje swoje potwierdzenie zarówno w Księdze Kapłańskiej, jak i Pawłowych listach: do Rzymian, do Koryntian i do Tymoteusza. Najważniejszym celem komików było jednak obnażenie mechanizmu tworzenia nowych bogów w raczkującym jeszcze chrześcijaństwie, w tym tego najważniejszego – Jezusa Chrystusa, który z Mesjasza, czyli samozwańczego Króla Izraela, awansował najpierw na męczennika, a później na Syna Bożego. Dogmatyka kościelna od pierwszego soboru w Nicei w 325 roku uformowała w naszej kulturze pewien określony wizerunek i archetyp Jezusa. W radykalnej sprzeczności z Biblią Jezus stał się zrodzonym z Boga (unia hipostatyczna) bytem o dualnej, współistotnej mu naturze. Twórcy tegoż makabrycznego ontycznie wielbłąda tym samym zepchnęli człowieczeństwo Jezusa na dalszy plan, podobnie jak zrobili to w przypadku jego matki, apostołów, całej masy późniejszych świętych – fizjologiczna rzeczywistość ciała ustępowała platońskim i neoplatońskim pojęciom, niemającym nic wspólnego z tradycją ewangeliczną. Zresztą teksty Ojców Kościoła dobitnie pokazują, jak nikła była ich wiedza (w przeciwieństwie do chęci wypowiadania się) o działaniu ludzkiego organizmu. Nawet ówczesny znachor czy wiejska czarownica wiedzieli znacznie więcej.
Stąd celny pomysł uczłowieczenia wizerunku Jezusa poprzez wzbogacenie jego sfery seksualnej o (w sumie) jakąkolwiek treść, tyle że nie byle jakimi odniesieniami do związku z Marią Magdaleną, bo tych sugestii mamy nawet w antyteistycznych środowiskach nazbyt wiele. Wprowadzenie wątku homoseksualnego do życia Jezusa posłużyło twórcom do pokazania, jak działał mechanizm inkorporacji pogańskich (m.in. helleńskich, egipskich, babilońskich) rytów oraz wizji bóstw do nowej religii opartej na nauczaniu Jezusa, a właściwie to Pawła z Tarsu. Jezus bowiem dla wczesnokościelnych hierarchów był zaledwie figurantem, niewiążącym symbolem, a nie mistrzem i nauczycielem.
Pogańskie bóstwa najpierw odzierano z seksualności, a potem adaptowano, lepiąc z nich na kolejnych soborach wizje Boga, Jezusa, Marii i świętych, jakich znamy dzisiaj. A wszystko po to, żeby chrystianizacja poszła łatwiej, skoro niepiśmiennym ludziom wmawiało się, że ich pierwotni bogowie są źli, ale ci nowi, o wiele lepsi, to w sumie nie są aż tacy odmienni od tych starych. Tak właśnie sami chrześcijanie, a zwłaszcza katolicy, zafundowali sobie niezły chichot religijnego losu – bo nie ma większych pogan i politeistów niż monoteistyczni chrześcijanie. Tym widzom Netflixa, którzy chcą lepiej poznać zależność chrześcijaństwa od neohelleńskiej wizji Pawła oraz jej sprzeczność z oczekiwaniami judeochrześcijan, których Paweł sam był do pewnego momentu członkiem, polecam publikacje np.
Hugh Schonfielda, Leo Zena czy portal synopsa.pl oraz samodzielną, krytyczną lekturę Nowego Testamentu, zwłaszcza w formie tzw. Kodeksu Synajskiego, tylko, co najważniejsze, w języku greckim.
Uczłowieczony Jezus pokazany jako homoseksualista staje się nam bliższy, ponieważ nie wolno mu być sobą. Każdy czegoś od niego chce, a już najwięcej będą chciały w przyszłości całe rzesze wyznawców. A gdzie jego własna wola, przyjemność, szczęście? Na dodatek przyszły Chrystus dowiaduje się, że obecny na imprezie tajemniczy wuj Vittorio to jego prawdziwy ojciec. Przy okazji słów Vittoria o sposobie zapłodnienia Marii, że „wszedł w nią” i tak powstał Jezus, zostaje wyśmiana teoria o niepokalanym poczęciu. Brazylijscy komicy bez pardonu krytykują ten XIX-wieczny dogmat (oraz sam sposób domniemanej prokreacji Jezusa przez Marię, Józefa i Boga), chociaż źródeł tej krytyki można szukać wieleset lat wcześniej, m.
in. w naukach pelagian oraz przeciwnych im twierdzeniach św. Augustyna z Hippony o wyłączeniu matki Jezusa z grzechu pierworodnego.
Wyjątkowo tylko nie jest nim w seksualnym podniecaniu Marii „na tyłach” imprezy. Maria to kobieta z krwi i kości, lubiąca sobie czasem dogodzić jointem, podobnie zmysłowa jak jej historyczny pierwowzór, bogini Izis. W tej wersji Bóg to bardziej chyba Kupidyn niż Jahwe. Dopiero Jezus swoją mocą przeciwstawia się złu, właśnie jako poszukujący własnej drogi homoseksualista, wzór samotnego pod nieboskłonem człowieka, a nie mizoginicznego, posoborowego Boga.
Bo jak stwierdzają komicy z Porta dos Fundos, Bóg jest w każdym z nas, a najgorszą, najbardziej kłamliwą i nieludzką do niego drogą jest w tej samej mierze chrześcijaństwo, co judaizm, islam, szintoizm, hinduizm, buddyzm czy każda inna organizacja religijna, która poprzez swoich kapłanów każe swoim wyznawcom płacić jakąś cenę za szczęście zbawienia. Niech więc katolicy aż tak się nie wzburzają, bo posłużyli jedynie za przykład holistycznie ujętego zwyrodnienia religijnego istniejącego per se.
Homoseksualizm zaś jak najbardziej nadaje się na znienawidzoną cechę Jezusa. Zgodnie z polityką kościoła wczesnochrześcijańskiego, bazującej na atrofii myślenia abstrakcyjnego u wyznawców, Jezus przecież nie mógł skazić siebie tym, co miało podlegać kontroli i reglamentacji. Szczególnie, gdy nie prowadziło to w sposób naturalny do prokreacji, czyli tworzenia w co dopiero zaadaptowanych pogańskich społecznościach tym razem nowych wyznawców, już od zarania wychowanych w nowej religijności. Ta solidna polityka kadrowa, która dała chrześcijaństwu tak przemożny sukces w świecie zachodnim i o mały włos nie zabiła kultur dalekowschodnich, ma niewiele wspólnego z realną nienawiścią do homoseksualistów.
Ich istnienie jest po prostu doktrynalnie nieopłacalne, bardzo z kolei na rękę wydaje się żywa nienawiść do nich u szeregowych członków religijnych organizacji. Ot, cała tajemnica wiary skonstruowana na zasadzie divide et impera.
