Connect with us

Felietony - Cykle

STRACH MA KOLOR RÓŻOWY. Podsumowanie V edycji Splat!FilmFest

STRACH MA KOLOR RÓŻOWY to podsumowanie V edycji Splat!FilmFest, który zachwycił grozą, fantastyką i nową sekcją FANTASTYCZNIE.

Published

on

STRACH MA KOLOR RÓŻOWY. Podsumowanie V edycji Splat!FilmFest

Piąta edycja Splat!FilmFest dobiegła końca. A przynajmniej jej warszawska odsłona; lubelska część potrwa jeszcze do końca tego tygodnia, zatem zainteresowanych solidną dawką grozy, fantastyki i dziwności zachęcam do przyjrzenia się programowi festiwalu. Splat w tym roku bardziej otworzył się na science fiction, czego dowodem jest powstanie nowej sekcji pod wymowną nazwą FANTASTYCZNIE. Został również członkiem The Méliès International Festivals Federation (dawniej European Fantastic Film Festivals Federation), inicjatywy zrzeszającej najlepsze festiwale kina gatunkowego na świecie, która ma w swym logo słynny Mélièsowski księżyc. A jakby tego było mało, kosmiczna perspektywa niejako zainaugurowała całą imprezę.

Advertisement

W pierwszej scenie Bacurau, filmu otwierającego festiwal, oglądamy Ziemię widzianą z przestrzeni kosmicznej. Jest to cokolwiek nietypowy wstęp dla obrazu, który w dalszej części skupi się na życiu małej brazylijskiej osady, biednej, cierpiącej na brak wody, leków i innych rzeczy, które nie powinny być problemem w naszych czasach (akcja filmu rozgrywa się „za kilka lat od teraz”). Ale dla Bacurau są. Wkrótce tytułowa mieścina staje przed groźbą całkowitej anihilacji.

Najpierw znika z internetowych map, następnie pada sieć komórkowa, uniemożliwiając jakąkolwiek komunikację z kimś spoza miasteczka, a w końcu zaczynają ginąć mieszkańcy, mordowani przez tajemniczych napastników. W skali globalnej Bacurau jest nic nieznaczącym punktem w przestrzeni, ale dla jego mieszkańców jest ojczyzną, którą trzeba bronić przed atakiem Udo Kiera i jego ludzi.

Advertisement

Bacurau

Film w reżyserii Juliana Dornellesa i Klebera Mendonçy Filho jest realistycznym i jednocześnie lirycznym dramatem, portretem zamkniętej, niezwykle zżytej ze sobą społeczności doświadczonej pełną przemocy historią swego miasta, który w pewnym momencie zmienia się w thriller o napaści. Ale nawet wtedy Bacurau nie traci swej tożsamości, potrafiąc przeciwstawić schematyzm rozwiązań fabularnych wyjątkowością miejsca i ludzi.

Z jednej strony jest to pochwała kultury oraz stylu życia kompletnie oderwanego od współczesności (co wynika zarówno z biedy miasteczka, jak i preferencji mieszkańców), z drugiej komentarz na temat brutalności Zachodu, chętnego zmieść z powierzchni ziemi obcą cywilizację. Całość ogląda się znakomicie, ale mnie osobiście zaskoczyła „obecność” Johna Carpentera w tym filmie, począwszy od szkoły mającej w nazwie „prof. João Carpinteiro”, wykorzystania elektronicznej muzyki autora Halloween, a nawet cytowania jego Ataku na posterunek 13. Co ciekawe, Bacurau otrzymało Nagrodę Jury festiwalu w Cannes podczas tej samej edycji, podczas której wręczono tam Carpenterowi Carrosse d’Or, laur za wybitne osiągnięcia w dziedzinie reżyserii.

Zdecydowanie inną kosmiczną perspektywę mieliśmy w Color Out of Space Richarda Stanleya, ekranizacji opowiadania H.P. Lovecrafta. Nieziemska siła zmienia na swoje szalone podobieństwo wszystko, co ma w zasięgu ręki, zaczynając od roślinności, na Nicolasie Cage’u kończąc.

Advertisement

Ten horror science fiction okazał się być prawdziwym hitem festiwalowej publiczności, dwukrotnie zapełniając sale niemal do ostatniego widza. W recenzji nazwałem go „anatomicznie niepoprawną zabawą w stylu Re-Animatora”, a samego Cage’a „jednym z lepszych efektów specjalnych filmu”. Nawet będąc tym, czym jest, czyli B-klasowym, niemal kampowym dziwadłem, nie jest to kino bez wad, ale pewna ręka reżysera oraz szarżujący zdobywca Oscara sprawiają, że trudno oderwać wzrok od ekranu. Nawet gdy robi się coraz obrzydliwiej.

Również o fantastycznym Synchronic, prawdopodobnie moim ulubionym filmie tej edycji Splat!FilmFest, pisałem w poświęconym mu tekście. Tu jedynie powtórzę, że czwarty film Justina Bensona i Aarona Moorheada, historia dwóch ratowników na tropie tajemniczego dopalacza, jest fascynującym dramatem science fiction, nie tak enigmatycznym jak ich poprzednie dzieła, ale umiejącym znaleźć ujście dla swoich egzystencjalnych pytań w narracji zachwycającej na poziomie czysto emocjonalnym.

Advertisement

Inną pozycją z motywem narkotyku o nieziemskich właściwościach jest Fala, w której Justin Long nierozważnie idzie do baru na dzień przed ważnym spotkaniem z szefostwem, od którego zależy jego dalsza prawnicza kariera. Po kilku piwach z kumplem i nowo poznanymi kobietami bohater ląduje na imprezie, gdzie częstuje się specyfikiem nieznanego pochodzenia. Nie dość, że następnego dnia budzi się bez portfela, to jeszcze okazuje się, że narkotyk działa zdecydowanie dłużej niż powinien, a Long przeżywa najgorszy trip w swoim życiu. Czas i przestrzeń przestają być dla niego tym, czym były dawniej.

Fala

Choć film w reżyserii Gille’a Klabina uderza czasem w moralizujące tony (główny bohater jest karierowiczem, który dostaje szansę nawrócenia się), rzadko kiedy traci swą energię i humor. Gorzej, że fantastyka w Fali jest często niezrozumiała – przez długi czas zastanawiałem się, czy w ogóle jest to film science fiction, później nie wiedziałem, na jakich zasadach działają „podróże” Longa, a w kluczowym momencie pojawiła się sugestia istnienia/nieistnienia pewnych osób. Te niejasności trochę przeszkadzały mi w seansie, który mimo to zaliczam do udanych, głównie dzięki dynamicznej narracji i dobrej obsadzie.

Jeszcze bardziej wciągnął mnie Niesamowicie krótki weekend, hiszpański dramat, w którym kilkoro trzydziestolatków przyjeżdża do domku w lesie, aby poświęcić się zabawie, piciu i pieszym wycieczkom. Nim minie koniec wypadu, główna bohaterka filmu, Alba, dowie się, że jej chłopak chce się z nią rozstać, a znajomi dojrzeli szybciej niż ona. Tyle że zamiast powrotu do domu kobieta… cofa się o dwa dni i rozpoczyna weekend od nowa. A potem znowu. I znowu.

Advertisement

Motyw pętli czasowej, najlepiej kojarzony z Dnia Świstaka, a nie tak dawno wykorzystany w obu częściach Śmierć nadejdzie jutro, służy tu oczywiście lekcji pokory i opamiętania się. Alba najchętniej przebalowałaby kolejne trzydzieści lat, ale pod wpływem niezwykłej sytuacji zaczyna przewartościowywać swoje życie. Nie jest to zbyt odkrywcze, ale reżyseria Jona Mikela Caballera oraz proces mentalnej i emocjonalnej zmiany bohaterki sprawiły, że uwierzyłem w tę opowieść bardziej, niż początkowo myślałem. Film ma zresztą ciekawą oprawę – im czas Alby się kurczy (szybko odkrywa ona, że ma ograniczoną liczbę pętli), tym również ekran powoli ulega zwężaniu. Sukces Niesamowicie krótkiego weekendu mierzę tym, że ów efekt zauważyłem dopiero… na kilka minut przed końcem seansu.

W konkursie pokazane zostały również niespełna godzinne Kosmiczne maszyny, prawdziwa orgia dla oczu i uszu miłośników komiksowego, a wręcz operowego science fiction. Jest to pełna krwi (oryginalny tytuł to właśnie Blood Machines), nagości, syntezatorów i imponujących efektów specjalnych historia próby przechwycenia robota o ciele kobiety przez załogantów statku kosmicznego polującego na wraki. Fabuła stanowi pretekst dla popisu teledyskowej formy, co nie powinno być niespodzianką, skoro film jest kontynuacją klipu do piosenki Turbo Killer w wykonaniu synthwave’owego wykonawcy, ukrywającego się pod pseudonimem Carpenter Brut.

Advertisement

Realizacja Kosmicznych maszyn zachwyca, niektóre fabularne rozwiązania wprawiają w osłupienie, a elektroniczna muzyka wspaniale dopełnia raczej szczątkową fabułę, bogatą jednak we własną mitologię.

Kosmiczne maszyny

Mitologia stała się również częścią rozważań na temat Obcego: Ósmego pasażera Nostromo w dokumencie poświęconym realizacji arcydzieła Ridleya Scotta. Wspomnienia: geneza „Obcego” jest wspaniałą podróżą przez proces tworzenia jednego z najsłynniejszych horrorów i filmów science fiction w historii kina, ukazującą również jego mnogość tematyczną oraz interpretacyjną.

Reżyser Alexandre O. Philippe w przekonujący sposób kreśli nam postać tytułowego potwora jako efekt kulturowego sprzężenia, sięgając do starożytności i ówczesnych mitów, a kończąc na XX-wiecznych obrazach Francisa Bacona, twórczości Lovecrafta, tanich komiksach i B-klasowych filmach. W centrum tych rozważań umieszcza zaś nie Scotta, a nawet nie H.R. Gigera, który przecież Obcego zaprojektował, a Dana O’Bannona, scenarzystę. Tym samym oddaje mu sprawiedliwość jako temu, którego pomysły popchnęły naprzód nie tylko oba filmowe gatunki, ale i stały się odniesieniem do zmian w naszym społecznym i kulturowym życiu.

Advertisement

Phillippe’a interesuje również strach, dzięki czemu spora część dokumentu poświęcona jest realizacji i znaczeniu sceny narodzin Obcego. Przyjrzenie się temu, w jaki sposób powstała, jest równie fascynujące, co oglądanie jej po raz pierwszy lub sto pierwszy w filmie Scotta.

Muszę przyznać, że o ile tegoroczny Splat!FilmFest mógł się pochwalić solidnym fantastycznym repertuarem, o tyle największym rozczarowaniem był także film science fiction. Wiwarium jest opowieścią o parze, która zostaje uwięziona na przedmieściu niekończących się rzędów identycznie wyglądających domków jednorodzinnych, zmuszona „bawić się” w dom. Niestety fabularnie dzieło Lorcana Finnegana nie wychodzi poza obręb tego opisu. Jest anegdotą, doskonale nadającą się na odcinek Strefy mroku, ale w swym 100-minutowym metrażu nie proponuje żadnych ciekawych rozwiązań, które popchnęłyby akcję do przodu lub nadały tej historii jakiegoś sensu.

Advertisement

Oczywiście można upierać się, że jest to krytyka klasycznego modelu życia w rodzinie, której członkowie duszą się w swoich rolach, przypowieść o jałowości naszych codziennych wysiłków (grany przez Jessego Eisenberga bohater kopie dół, którego przeznaczenie łatwo przewidzieć), a nawet alegoryczny obrazek sugerujący, że prawa natury dotyczą również człowieka. Nieprzypadkowo już w pierwszych sekundach filmu obserwujemy gniazdo z pisklakami, w którym dochodzi – z naszej perspektywy – do niepokojących rzeczy. Ale aby realizacja tych tematów się powiodła, potrzeba czegoś więcej niż tylko sytuacji wyjściowej.

Ta jest intrygująca przez pierwsze pół godziny, zwłaszcza za sprawą granego przez Jonathana Arisa groteskowego agenta nieruchomości oraz paranoicznej atmosfery, kiedy Tom (Eisenberg) i Gemma (Imogen Poots) próbują uciec z tajemniczego osiedla. W momencie, kiedy poddają się dziwnym zasadom rządzącym tym miejscem, film traci jednak impet oraz cel, stając się symulacją życia bez życia.

Advertisement

Innym filmem z niezwykłym punktem wyjścia, ale dużo lepiej poprowadzonym, był Deerskin Quentina Dupieux. Twórca Morderczej opony i pokazywanego rok temu na Splat!FilmFest Mam cię na oku tym razem raczy nas opowieścią o mężczyźnie w sile wieku, który kupuje sobie kurtkę ze skóry daniela i wariuje na jej punkcie. Wynajmuje pokój w hotelu w jakimś sennym mieście, gdzie zaczyna rozmyślać nad tym, jak sprawić, aby być posiadaczem jedynej kurtki na świecie. To marzenie podziela również jego nowa skóra.

Deerskin

Dupieux, jak na surrealistę przystało, za nic ma realizm czy pozór prawdopodobieństwa, każąc głównemu bohaterowi, Georges’owi, brnąć w nieznane ze swoją nowo odkrytą filozofią życiową. Powaga, z jaką realizuje największe absurdy, decyduje o śmieszności, i nawet gdy dochodzi do makabrycznych, potwornych wręcz rzeczy, nie przestają one nas bawić i zadziwiać.

Związek przyczynowo-skutkowy trzyma się na tak wątłych nogach, że w rękach niemal każdego innego reżysera Deerskin stałby się męczącym dziwadłem. Tymczasem film urzeka swą bezpretensjonalnością i dziwnym afektem dla bohatera, którego relacje z kurtką (a wkrótce resztą odzieży z daniela) są nacechowane zaskakującym uczuciem i szczerością. Pomogło obsadzenie w roli głównej Jeana Dujardina, który doskonale wiedział, co zrobić, aby jego Georges nigdy nie stracił sympatii widzów, pomimo swej manii, notorycznych kłamstw, narcyzmu oraz paru innych grzechów.

Advertisement

Przejdźmy do horrorów oraz sekcji STRACH I TERROR. W tym roku jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tytułów była Złota Rękawiczka, autentyczna historia seryjnego mordercy, Fritza Honki, który w latach 70. zeszłego wieku brutalnie zamordował kilka prostytutek w Hamburgu. Nie jest to kino łatwe, ani przyjemne – smród mieszkania Honki, gdzie rozkładają się ciała, bije z ekranu, podobnie atmosfera biedy i ogólnej beznadziejności bywalców tytułowej speluny.

Główny bohater jest szpetny, wulgarny, obleśny, ale i bezbronny wobec własnych słabości, na czele z alkoholizmem. Reżyser, Fatih Akin, wcale nie tłumaczy go z mordów, ale przybliża nam jego żałosną egzystencję, czasem próbując wejść w jego psychikę. Ten element filmu jest najsłabszy – wizje Honki, który po spotkaniu z anielsko wyglądającą gimnazjalistką, widzi ją jako obiekt pożądania, zwyczajnie nie przekonują. Cały ten wątek jest wciśnięty jakby na siłę, dodatkowo spuentowany w sposób wyjątkowo rozczarowujący.

Advertisement

Złota Rękawiczka jest jednak wyjątkowa, kiedy z ohydy czyni powód do śmiechu. Są tu sceny niepokojąco zabawne, jak ta kiedy Honka spisuje kontrakt ze starszą kobietą, która ma sprowadzić do jego domu swoją córkę; jest slapstickowo wyglądające potrącenie głównego bohatera przez samochód; jest w końcu on sam, a raczej jego twarz – bezzębna, zniekształcona, groteskowa. Akina bawią też bywalcy „Złotej Rękawiczki”, starzy, przegrani, ale pogodzeni ze swoim losem, którzy stali się niemal atrakcją turystyczną dla Niemców bardziej uprzywilejowanych lub za młodych, aby pamiętać wojnę. Reżyser jednak nigdy nie śmieje się z przemocy i okrucieństwa. Bestialstwo jest tu pokazane w sposób naturalistyczny oraz nieustępliwy, bez zgody na jakikolwiek dystans.

Inną niemiecką propozycją było Gdzie nie pada cień w reżyserii Esther Bialas, historia Hanny, młodej dziewczyny, która wraca do domu po kilku latach nieobecności. Rodzinne miasto nie wita jej przyjaźnie, gdyż mieszkańcy wciąż pamiętają okoliczności śmierci jej matki. Podobno była czarownicą, która zwabiła trzech okolicznych mężczyzn na bagna, gdzie ich zamordowała. Dziewczyna wie, że za tą historią kryje się więcej, ale równocześnie wolałaby żyć bez takiego bagażu. Wkrótce poznaje swoją rówieśnicę, Evę, która wydaje się znać Hannę lepiej niż ona sama. Tymczasem w okolicy zaczynają znikać ludzie mający wcześniej kontakt z główną bohaterką.

Advertisement

Gdzie nie pada cień

Fabularne niespodzianki bardzo łatwo przewidzieć, twist odgadnie każdy, zanim jeszcze pojawią się jego pierwsze sygnały, a straszyć może co najwyżej telewizyjna realizacja. Nie pomaga to opowieści, która czerpie garściami z kina grozy, ale nie proponuje nic nowego. To, co jednak udało się twórcom, to relacja między Hanną i Evą, oparta na wzajemnej fascynacji, lekko zabarwiona erotyzmem, ale aż do końca nieokreślona. Aż szkoda, że scenariusz Leny Krumkamp idzie w stronę banalnego, rzekomo zaskakującego rozwiązania, zamiast spróbować uczynić z ich związku coś mniej oczywistego.

Perspektywa dziecka oraz jego relacja ze śmiercią są niezwykle popularnymi tematami w hiszpańskojęzycznym kinie grozy, by wymienić tylko klasycznego Ducha roju czy też twórczość Guillermo del Toro. Brazylijski Cień ojca w reżyserii Gabrieli Amaral nie proponuje nic nowego w tym temacie, wykorzystując filmowe dokonania poprzedników, jak również literaturę – w finale twórcy inspirują się legendarnym opowiadaniem W.W. Jacobsa, Małpią łapką. Zanim jednak fantastyka dojdzie do głosu, oglądamy realistyczną historię kilkuletniej Dalvy przekonanej o swoich magicznych możliwościach.

Dziewczynka mieszka w biednym mieszkaniu, bez matki, której rolę stara się zastąpić siostra ojca, podczas gdy ten zaczyna widzieć w pracy na budowie tajemniczą postać. Tęsknota za matką sprawia, że dziecko szuka sposobu na przywrócenie jej do życia.

Advertisement

O ile poszczególne elementy są tu udane, na czele z upiornym wątkiem psychicznie wycieńczonego ojca, który powoli przypomina żywego trupa (podobnego do tych, które mała Dalva ogląda namiętnie w telewizji), całość jest niespecjalnie interesująca. Być może dlatego, że więcej tu niedopowiedzeń niż konkretów, a elementy fantastyczne są niejako pochodną tragedii i żałoby, z której najwyraźniej zarówno ojciec, jak i córka wciąż nie wyszli. Tym samym Cień ojca sprawdza się lepiej jako dramat psychologiczny; fani horroru wyjdą z seansu raczej niepocieszeni.

Nocna zmiana

Również z Brazylii pochodzi Nocna zmiana, horror o pracowniku kostnicy, który potrafi rozmawiać z niedawno zmarłymi. W większości są to uliczny gangsterzy, rzecz jasna nieprzygotowani na spotkanie ze śmiercią. Dlatego też Stênio spełnia ich ostatnie życzenia i wysłuchuje finalnych słów, pełniąc rolę współczesnego Charona, który pomaga im w drodze na tamtą stronę.

Szkoda, że ten fascynujący pomysł jest podstawą raczej ogranej historii o zdradzie, zazdrości i zemście. Żona mężczyzny bowiem przyprawia mu rogi, a ten, aby pozbyć się konkurenta, wykorzystuje zdobytą w kostnicy wiedzę o świecie przestępczym. Wkrótce Stênio straszony jest z zaświatów.

Advertisement

Film Dennisona Ramalho nie bawi się w półśrodki, stosując wachlarz wypróbowanych sposobów, na czele z jump scare’ami i głośnymi efektami dźwiękowymi, aby opowiedzieć typową historię o duchach. Główny bohater staje się ofiarą własnej intrygi, słusznie cierpiącą katusze, ale równocześnie sprowadzającą zagrożenie na własne dzieci. Nocna zmiana nie wychodzi poza schemat, realizacyjnie będąc kinem przyzwoicie zrobionym, choć nieco za długim. Jego największa wada dotyczy jednak tego, czym ten film mógł być, gdyby twórcy skupili się bardziej na swoim pomyśle wyjściowym. Ten jest porzucony po 30 minutach i zastąpiony klasycznym straszakiem.

To samo można powiedzieć o Kwantum krwi Jeffa Barnaby’ego – tu również pierwszy akt proponuje zupełnie inną historię niż to, co dostajemy później. Akcja rozgrywa się na początku lat 80. w rezerwacie dla Indian. Pewnego dnia mieszkańcy zaczynają dostrzegać niepokojące rzeczy – wypatroszone ryby ożywają, ludzie wpadają w szał i gryzą innych, matka zjada własne nowo narodzone dziecko. Atmosfera rodzącej się paniki w obliczu epidemii żywych trupów jest tu pokazana w sposób bezlitosny dla małej społeczności, gdy wtem akcja przenosi się o kilka miesięcy do przodu, a normalny świat zostaje zastąpiony rzeczywistością rodem z The Walking Dead.

Advertisement

Kwantum krwi

Szczerze mówiąc jestem już znudzony faktem, że każdy dziś film o żywych trupach musi dziać się podczas apokalipsy zombie. Na szczęście Barnaby ma pomysły, aby ukazać ją z innej perspektywy – okazuje się, że Indianie są odporni na trupi wirus, co czyni ich schronienie miejscem bezpieczniejszym niż każde inne. Mogliby zapewnić azyl dla tych, którzy tego potrzebują, ale kiedy nagle stają się uprzywilejowaną nacją, niektórzy z nich myślą wyłącznie w kategoriach dziejowej sprawiedliwości.

To, rzecz jasna, musi prowadzić do katastrofy. Społeczna tematyka jest tu obecna do samego końca, ale Kwantum krwi znajdzie swoich fanów przede wszystkim wśród miłośników bardzo krwawego kina o żywych trupach. W swojej kategorii rzecz solidna, nawet jeśli ograna.

Akcja W skórach demona rozgrywa się pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy w Stanach Zjednoczonych wybuchła panika związana z działalnością kultów satanistycznych i przypisywanym im zbrodniom. Trzy młode dziewczyny jadą na koncert muzyki metalowej, aby na miejscu zaznajomić się z trzema chłopakami podróżującymi w obskurnym vanie. Po imprezie cała szóstka postanawia kontynuować picie i rozmowy (z nadzieją na coś więcej). Równocześnie z informacji medialnych dowiadujemy się o działalności seryjnego mordercy, który zawsze zabija po trzy osoby.

Advertisement

Film w reżyserii Marca Meyersa początkowo może kojarzyć się ze Złym towarzystwem Victora Salvy, gdzie aż do samego końca nie wiedzieliśmy, czy psychopatycznym mordercą jest Eric Roberts, czy Lance Henriksen (a obaj pasowali). Tutaj też bardzo szybko uświadamiamy sobie, że za serię zabójstw odpowiadają słodkie dziewuszki lub chłopaczki z furgonu, ale twórców wcale nie interesuje zabawa w ciuciubabkę. Po 25 minutach akcja filmu zamyka się w wielkim domu, a my otrzymujemy raczej standardowy thriller z paroma śmiesznymi momentami, gdzie jedna grupa chowa się przed drugą, a przypadkowi goście kończą w nieprzyjemny sposób.

Najciekawsza jest tu motywacja stojąca za morderstwami oraz próba przewrotnej krytyki religii, w tym przypadku katolickiej, czemu trudno się dziwić, skoro twarzą kościoła jest Johnny Knoxville. Całość mogłaby być bardziej oryginalna, zabawniejsza oraz sprawniej opowiedziana, ale ostatecznie seans W skórach demona nikomu krzywdy nie zrobi. Może poza satanistom.

Advertisement

Sekcja STRASZNIE ŚMIESZNIE oferowała kilka weselszych doznań. I jak lubię horrory nowelowe, tak Pudełko ze strachami jest mocno poślednim przedstawicielem tej formy, próbującym igrać ze schematami gatunkowymi, ale w sposób wyjątkowo toporny. Jest to zgrywa miejscami nieudolna (epizod z wilkołakami), rzadko faktycznie zabawna (The Night He Came Back Again! Part IV: The Final Kill cudownie kpi ze slasherowo-sequelowych rozwiązań), aż za bardzo zapatrzona w postmodernizm Domu w głębi lasu.

Bo o ile tamten film w inteligentny sposób bawił się konwencjami kina grozy, twórcom Pudełka ze strachami zwyczajnie brakuje talentu do tego, aby ich film zamienił się w coś więcej niż tanią parodię. Ostatecznie, podobnie jak większość horrorów nowelowych, jest to pozycja nierówna, oferująca kilka pomysłowych i zabawnych momentów, ale na dłuższą metę po prostu męcząca.

Advertisement

Come to Daddy

Tymczasem w prowokacyjnie zatytułowanym Come to Daddy Elijah Wood spotyka się z nigdy niewidzianym ojcem (Stephen McHattie, Pontypool). Początkowo film sprawia wrażenie tragikomedii o niezręcznej próbie nawiązania relacji między dwoma mężczyznami połączonych ze sobą wyłącznie więzami krwi.

Ojciec to pustelnik o często nieobecnym spojrzeniu, niechętny wspominaniu przeszłości, syn zaś w pierwszej scenie wygląda, jakby urwał się z planu Dzieci kukurydzy, ze swoim wielkim kapeluszem i niewinną aparycją. Pozory jednak mylą – papa szybko sprawdza każdy blef synka, który chwali się złotą komórką, piękną karierą w przemyśle muzycznym i przyjaźnią z Eltonem Johnem. Wkrótce wychodzą na jaw również sekrety starszego z mężczyzn. Wtedy też film Anta Timpsona zamienia się w czarną komedię, wprowadzając kolejne oryginalne postaci (z twarzami Martina Donovana i Michaela Smileya) i potwierdzając wysłużoną tezę, że jaki ojciec, taki syn. Zabawa jest nie najgorsza, choć podejrzewam, że tylko na raz – liczne fabularne niespodzianki zaskakują i bawią, ale służą niezbyt zapadającej w pamięć rozrywce.

Niezmordowany Takashi Miike wraca do kina gangsterskiego, kręcąc Pierwszą miłość, szaloną opowieść o spotkaniu młodego boksera, który właśnie dowiedział się, że ma guza mózgu, z otumanioną narkotykami dziewczyną, wykorzystywaną jako prostytutka. Obojgu przestaje zależeć na swoim życiu, oczywiście do momentu, kiedy wpadają na siebie. I nagle, kompletnie nieświadomi, lądują w środku wojny między japońską a chińską mafią, wywołaną przez nieprzemyślaną intrygę ambitnego gangstera i skorumpowanego policjanta.

Advertisement

Mamy tu zatem parę niewinnych bohaterów oraz przewrotność losu, która umieszcza ich w bardzo złych okolicznościach, ale równocześnie wydaje się im sprzyjać. Jest ironia, masa czarnego humoru i nie mniej krwi. Dzieje się w nowym filmie Miikego, oj dzieje, ale równocześnie, śledząc rozwój wypadków, można dojść do konstatacji, że takie kino Japończyk kręcił już w latach 90. I wtedy było ono żywsze, brutalniejsze, ale przede wszystkim świeże.

Pierwsza miłość

Prawdopodobnie najbardziej kolorowym, ale i pokręconym filmem tegorocznej edycji Splat!FilmFest była wyświetlana w sekcji WTF komedia Tam, gdzie trawa jest bardziej zielona – absurdalny obraz amerykańskich przedmieść. Trudno tu mówić o jakiejkolwiek fabule, gdyż jest to właściwie zlepek epizodów z życia dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą sąsiadek i ich rodzin. A wszystko zaczyna się tego, że jedna z kobiet oddaje swoje dziecko drugiej, tak jakby było ono niepotrzebną rzeczą.

Problem, jaki mam z filmem Jocelyn DeBoer i Dawn Luebbe, które go napisały, wyreżyserowały i zagrały w nim główne role, dotyczy w dużej mierze jego luźnej konstrukcji, niepodporządkowanej jakiejś wiodącej myśli. Łatwo wyśmiewać przedmieścia z dążeniem ich mieszkańców do doskonałości, harmonii i radości w każdej możliwej sytuacji. Gorzej, że za tym surrealistycznym obrazem kryje się pusty śmiech. Niektóre sceny są perełkami absurdalnego humoru, wykonanie jest w swej cukierkowości niepokojące, bliskie wrażliwości Johna Watersa, a DeBoer i Luebbe cudownie odgrywają pozorną perfekcję swych bohaterek. Ale po seansie trudno było mi stwierdzić, o czym właściwie była ta trawa i czemu była aż tak zielona.

Advertisement

Złota Rękawiczka

Warszawski Splat!FilmFest ma to do siebie, że wyświetlane na paru salach seanse nakładają się na siebie i niektóre tytuły trzeba poświęcić dla innych (w Lublinie nie ma tego problemu). Najbardziej szkoda mi bloków z krótkimi metrażami, gdyż te zawsze oferują oryginalność treści, a przede wszystkim formy, której w dłuższych metrażach często nie widzimy.

Przyznam, że zabrakło mi w tym roku takiej rewelacji, jaką w poprzedniej edycji był niemiecki Luz – nowatorska oprawa zasługiwała na podziw. Najbliższe tego były Kosmiczne maszyny, które zachwyciły mnie audiowizualnie, ale teledyskowy rodowód decydował o narracyjnym ubóstwie.

Nowy Splat dał nam dawkę mocnych wrażeń za sprawą zajrzenia do brudnego i śmierdzącego mieszkania Fritza Honki oraz kolejnej, całkowicie oryginalnej wizji duetu Benson–Moorhead. Jak na ironię, największe emocje wzbudziły we mnie w tym roku filmy pozbawione horrorowej oprawy – Bacurau oraz Niesamowicie krótki weekend – a jednym z najlepszych obrazów festiwalu była absurdalna komedia Deerskin. I nawet spotkanie z Lovecraftem zasadzało się przede wszystkim na pokazie obrzydliwości i przepięknie wyglądającego szaleństwa. Jeśli ktoś mnie zapyta, czego najbardziej bałem się na piątej odsłonie Splat!FilmFest, odpowiem, że koloru różowego.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *