Felietony - Cykle
BLOCKBUSTER DISASTER. Dlaczego współczesne kino rozrywkowe jest MIZERNE?
W filmie BLOCKBUSTER DISASTER odkrywasz przyczyny kryzysu współczesnego kina rozrywkowego, które zatraciło duszę i świeżość.
Trzeba przyznać, że już od paru ładnych lat fabrykę snów trawi pewien marazm. Co prawda na brak ciekawego kina nigdy nie można narzekać, bo alternatyw jest zawsze bez liku. Mam jednak wrażenie, że tak zwane mainstreamowe kino amerykańskie – ze szczególnym uwzględnieniem nastawionych przede wszystkim na zysk blockbusterów aka letnich hitów – od jakiegoś czasu cierpi na regres, by nie rzec wprost: jest mentalnie martwe.
Już ładnych parę wiosen temu pisaliśmy o kryzysie kina akcji – i od tamtego czasu nic się specjalnie w tej kwestii nie zmieniło (wszak jeden John Wick, nawet zmultiplikowany, nie wystarczy do odrodzenia skostniałego obecnie gatunku). Ja mam natomiast problem z szeroko pojętym widowiskowym kinem rozrywkowym, z którym stało się niestety dokładnie to samo, co z koszykówką lub piłką nożną – zostało zepsute przesadną komercjalizacją.
Brzmi idiotycznie, przyznaję. W końcu komercja to siostra bliźniaczka rozrywki – jedno żyje drugim, karmią się wzajemnie piersią i dbają o siebie. Cały sęk w tym, że można uprawiać rozrywkę z tak zwaną duszą. A ta jednak gdzieś w Hollywood jakby uleciała.

John Wick
Chciałbym móc tu napisać wyświechtany slogan o tym, że już nie pamiętam, kiedy widziałem dobry, niezobowiązujący mnie do niczego (czyli niepowiązany z całą serią bądź uniwersum) blockbuster, na którym bawiłbym się jak prosię, zapominając o bożym świecie. Ale aż tak źle nie jest. Wszak zawsze znajdzie się jakiś rodzynek w cieście lub wyjątek od reguły, nierzadko tę regułę potwierdzający. Patrząc wstecz na ostatnie pięć lat, miło zaskoczyłem się chociażby Na skraju jutra i bez problemu pożarłem odświeżoną Godzillę, na którą publika zwykła jednak psioczyć, a która broniła się właśnie tym, że była inna, była JAKAŚ i nie próbowała usilnie zadowolić wszystkich wokół.
Był też wspomniany już Jonathan Wick, który obrał nieco inną drogę – samozadowolenie wywołane powrotem do starej szkoły robienia kina, czyli takiej, która nie ogląda się na trendy oraz konkurencję, tylko robi swoje. Takiego kina brakowało, czego efektem dwa kolejne sequele – jak można się domyślić, każdy następny jeszcze bardziej przesadzony od poprzednika.
Do tej krótkiej listy spokojnie dopisać mogę też Przebudzenie Mocy, choć tu zadziałała jednak tęsknota za oryginalnymi filmami, co okazało się jednorazowym, złotym strzałem. No i Mad Maxa – niby czwartą część dawno temu zakończonej trylogii, lecz z zupełnie innym aktorem i spojrzeniem na apokaliptyczny świat, co poskutkowało oderwaną od jakichkolwiek konotacji jazdą bez trzymanki w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Były co prawda jeszcze ambitne porażki pokroju Króla Artura: Legendy miecza czy Kryptonimu U.N.C.L.E. (co ciekawe, oba od tego samego reżysera), które na swój los zdecydowanie nie zasłużyły, lecz cierpiały na zbyt dużo problemów, aby z ręką na sercu móc dodać je do filmów spełniających pokładane w nich nadzieje; oraz na przykład trzeci Star Trek, czyli jedyny satysfakcjonujący blockbuster lata 2016 i wyskakujący z kapelusza Deadpool. Ale – no właśnie – tu już zaczynamy wchodzić do pokoju znanych marek i odcinania kuponów. Wyłożyli się na tym praktycznie wszyscy pozostali kandydaci, od Bonda przez Transformersy i sagę o szybkich i wściekłych, a na kolejnych odsłonach superbohaterów skończywszy. Ale dobra, co było, to było – nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Pytanie, co jest teraz?
Patrzę bowiem na kinowy repertuar i już właściwie drugi rok z rzędu ze smutkiem przyznaję, że nie ma on nic do zaoferowania pod względem wyczekiwanych z wypiekami na twarzy superprodukcji. Pomijając horrory – niejako odrębny gatunek boxoffisowego wyścigu – w których bohaterowie zabijani są przez coraz to głupsze rzeczy i coraz to starsze duchy, to do wyboru mamy głównie same czwarte, trzecie lub co najmniej drugie części filmów, które mogłyby w ogóle nie powstać i nikt, wbrew woli producentów, by nie płakał (podobnie jak ich spin-offy czy, pożal się widzu, rebooty będące właściwie kopiuj-wklej fabułami starszych wersji).
Po ekranach latają głównie faceci w pelerynach – komputerowe, nieśmiertelne animki, które odbijają się wzajemnie od krawędzi kadru przy co rusz większym napuszeniu dramatycznym, z którego moc zupełnie uleciała po tym, jak Thanos czy inny kolorowy bandyta z odległej galaktyki pstryknął palcami. I same animacje, w 90% Disneya, lub aktorskie przeróbki tychże, tworzone na zasadzie fotorealizmu, ale pozbawione swobody oryginałów przy jednoczesnym uginaniu się pod ciężarem politycznej poprawności.
Ach, no i są jeszcze w tym wszystkim nieodłączne feministyczne wynurzenia, które poza tym, że za wszelką cenę chcą udowodnić równą (a nawet i wyższą) wartość kobiet względem mężczyzn, to nie mają zupełnie nic ciekawego do powiedzenia (czekam na film o górniczkach lub pracowniczkach huty, gdzie trzeba trzepać młotkiem lepiej od Thora – nie będzie? Oj, jak mi przykro). I tak oto pogromcy duchów stają się pogromczyniami duchów, faceci w czerni – facetkami w czerni (tak jakby dla odbiorcy miało to jakieś znaczenie lub robiło różnicę), a i Bond zapewne zmieni w niedalekiej przyszłości płeć (tu już różnica będzie i to znacząca – gorzej, że w złą stronę).
A ja absolutnie nic z tego nie wynoszę, bo wszystko to już było – lepiej zrobione, bardziej charyzmatycznie zagrane (o każdej porze dnia i nocy wybiorę Tommy’ego Lee Jonesa zamiast Tessy Thompson i przedłożę Billa Murraya ponad Kristen Wiig). No i w końcu też mocniej przemyślane.

Avengers: Wojna bez granic
Te wszystkie przeróbki nie mają nie tylko żadnej wartości dodanej, ale też tej podstawowej – rozrywkowej. Przemycając do intrygi światopoglądowe hasełka, irytują jedynie i sprawiają, że z tęsknotą wracam do czasów, gdy na dużym ekranie kopała dupy aż miło Sarah Connor (Terminator 2 to wciąż taki niedościgniony wzór znakomitego blockbustera i doskonałej kontynuacji w jednym), Ellen Ripley, Morgan Adams (mocno niedoceniona, wciąż przefajna Wyspa piratów – zresztą niejedyny hit lat 90. z Geeną Davis w roli heroiny), bądź Lorna Cole (Zabójcza broń 3 i 4), że o Sharon Stone nie wspomnę; a ekranizacja Tank Girl była całkiem głośnym wydarzeniem, nawet jeśli ostatecznie rozchodzącym się trochę po kościach. I wtedy nikt nie darł szat o zarobki, miejsca pracy i w końcu o brak wyrazistych kobiecych postaci w kinie – bo te były tam od zawsze.
Podobnie jak niemal od zawsze rokrocznie pojawiał się jakiś głośny tytuł, który chciało się zobaczyć. Już, teraz, w pierwszy dzień premiery! Czemu? Bo filmowcom – czy też raczej producentom, gdyż to oni wykładają kasę i dają zielone światło, a potem zmieniają wszystko za plecami reżysera – się chciało. Chciało się inwestować, ryzykować, stawiać na Tolka… eee, na oryginalne projekty z konkretną wizją, która nie ograniczała się jedynie do skopiowania podpatrzonych u konkurencji rozwiązań (tak, do ciebie piję, DC!). Można narzekać na pieniądze utopione w Wodnym świecie, ale nie można mu odmówić, że rozpalał wyobraźnię na długo przed kinowym debiutem (a i do dziś pozostaje rzadkim przykładem filmu, który ma wszystko na swoim miejscu – gwiazdy, rozmach, efektowność, ciekawy, oryginalny świat, multum niezapomnianych sekwencji i dynamikę – dlatego może się podobać).
Zresztą nawet, jak robiono sequel czy inne przedłużenie jakiegoś sukcesu, to miało to ręce i nogi. Mogę godzinami wymieniać wady Obcego: Przebudzenie, ale nawet będąc zagorzałym przeciwnikiem filmu, muszę mu przyznać punkty za charakter, konsekwencję i autorski sznyt, którego tak bardzo dziś brakuje. Zresztą to dowód na to, że jeśli nie udało się wtedy, to tym bardziej nie uda się po kolejnych x latach – czy się tego chce, czy nie, pewnym markom trzeba zwyczajnie dać umrzeć. Trudne, wiem i rozumiem – prawa trzeba utrzymać, a potencjalny zysk kusi. Ale na szacunek widza także warto sobie zapracować, odpuszczając.
Ale wróćmy do meritum. Czemu współczesne blockbustery wyglądają tak, jak wyglądają, czyli mizernie w porywach do nieźle? Czy ma to związek z jakimkolwiek brakiem poszanowania dla pracy scenarzysty, którego nawet najdoskonalsze dzieło z reguły od razu (i potajemnie) przepisuje pięciu innych autorów, wobec czego efekt finalny przypomina sklejkę tysiąca różnych pomysłów i nastrojów, jakie miały przemówić do wszystkich, a ostatecznie nie trafiają do nikogo? A może przez nagminnie prowadzoną politykę odgórnego olewania podstaw każdego filmu, którego produkcję dziś zaczyna się od ustalania daty premiery, a dopiero potem dopisuje się do niej jakąś tam fabułę.
I na koniec okazuje się, że jednak tę datę premiery to trzeba jeszcze trzy razy przenieść, bo gotowy produkt się nie klei. Jest też jeszcze jeden, chyba mój ulubiony powód umysłowej indolencji niektórych włodarzy Hollywood, skutkujący ekranową bidą z nędzą – panowie zamawiają dzieła, których potem nie potrafią sprzedać, choć przecież dostali dokładnie to, za co zapłacili. Stąd opóźnienia, dokrętki i wszelkie dodatkowe koszta, dzięki którym w kinach przepadają nawet najsympatyczniejsze (to chyba dobre słowo, gdyż poprzez nadmienione problemy trudno wypowiadać się o nich w samych superlatywach) filmy z potencjałem na więcej.
I upadają kolejne ciekawe światy, do jakich już zapewne nie wrócimy. Tak było z Pacific Rim czy chociażby z Dreddem.
Żeby nie było, w całym tym absurdzie nie pomagają moi towarzysze niedoli, czyli współwidzowie. Pomimo sezonowej mizerii i grochu z kapustą co chwila pobite zostają jakieś kolejne rekordy, bo przecież rodziny z dzieciakami pójdą nawet na najgorsze możliwe ścierwo, byleby dla świętego spokoju odhaczyć weekend w kinie. A finansowe sukcesy z kolei przekonują wielkie studia o słuszności obranej drogi, nawet gdy ta prowadzi do ślepej uliczki. I tak też superbohaterowie jeszcze pewnie przez dekadę będą zalewać ekran w coraz to bardziej kuriozalnych konfiguracjach, a Disney dalej trzepał będzie te swoje quasi-remaki na bazie dawnych triumfów [(nie)czekam na wygładzoną wersję Dzwonnika z Notre Dame z optymistycznym zakończeniem], zarabiając miliony, dzięki którym pewnego dnia przypuszczalnie wykupi nie tylko kolejne duże studio, ale także i sam Księżyc, doprowadzając tym samym do biznesowego totalitaryzmu.

Ghostbusters
Jak pisałem – komercjalizacja pełną gębą. Szkoda jedynie, że pozbawiona punktu zaczepienia i brana przez wszystkich na ślepo, bez zastanowienia. Głosujemy portfelami, a to wbrew pozorom potężna siła. A przecież „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. Zatem moglibyśmy wybierać rozsądniej, z głową. Tymczasem rzut oka na pierwszą dziesiątkę najlepiej zarabiających filmów nie pozostawia żadnych złudzeń. Bo co tam mamy – cztery odsłony Avengers (!!!), Jurassic World, Szybkich i wściekłych 7 (siedem!) i Czarną Panterę. Pośród nich radośnie wciąż okupują jeszcze najwyższe miejsca podstarzałe dzieci mistrza rozrywki, Jamesa Camerona, czyli pamiętny Titanic i nieszczęsny Avatar – bodaj ostatni film, który zapędził mnie do kina niezliczoną ilość razy właśnie przez wzgląd na konkretną wizję, która szła w parze z techniczną doskonałością.
To chyba obecnie jedyny tytuł, na którego kontynuację czekam jak głupi, choć zdaję sobie sprawę, że po tylu latach mogę się nią srogo rozczarować. Na swój sposób trudno mi jednak nie traktować tej pozycji jako symbolicznego zmierzchu ery prawdziwych blockbusterów, stojącej w opozycji do seryjnie trzaskanych popierdółek dla mas.
Mimo wszystko staram się pozostać optymistą. W końcu kilka lat posuchy jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A kto wie, może i w A.D. 2019 znajdę jakieś niespodziewane perełki, które będą w stanie oszukać mój głód (czy takowymi będą brutalny, acz bynajmniej nie wyczekiwany przeze mnie Rambo V albo przemykająca cichcem Ad Astra z zawsze chętnie witanym na dużym ekranie wątkiem kosmicznym? A może jednak sequel Godzilli, wbrew pierwszym opiniom, „da radę”?).
Zobaczymy. Co nie zmienia faktu, że zwyczajnie tęsknię do czasów, kiedy tworzenie projektu zaczynało się od słów „dajmy ludziom jakąś naprawdę fajną historię, którą sami chcielibyśmy obejrzeć”, a nie na zasadzie produkcji wysuszonego burgera z odzysku.
