Connect with us

Publicystyka filmowa

Niskobudżetowe filmy science fiction, które ZACHWYCĄ was bardziej niż kinowe hity

Czy za pieniądze da się kupić pomysł na dobrą fantastykę?

Published

on

Niskobudżetowe filmy science fiction, które ZACHWYCĄ was bardziej niż kinowe hity

Tekst pierwotnie opublikowany 7.02.2023

Zostawmy na chwilę Terminatora, Ex Machinę, Moon, W stronę Słońca, Mad Maxa i np.

Advertisement

28 dni później. O tych niskobudżetowych SF mówi się aż nadto często, podczas gdy są tytuły, które chociaż niekiedy uznawane za kultowe, wcale nie są często wspominane. Przedstawiają one świat science fiction o wiele bardziej nowatorsko i naukowo niż wysokobudżetowe produkcje, a ich zakończenia nie bywają tak sztampowe, bo twórcy mieli o wiele więcej wolności w tworzeniu. Mniejsze pieniądze to mniejsze zobowiązania, mniejsze naciski, żeby zarobić nie wiadomo jakie pieniądze na jak największej rzeczy widzów. Wszystko wtedy lepiej się w fantastyce naukowej układa.

„Chłopiec i jego pies” (1975), reż. L.Q. Jones

I to jest właśnie sztandarowy przykład mniejszych zobowiązań ze względu na mniejsze pieniądze. Zniszczony świat, a ludzkość sprowadzona do bardziej inteligentnych i śmiercionośnych zwierząt, które walczą ze sobą o jedzenie, miejsce do spania i… seks. Nie ma tu szczęśliwego zakończenia ani szansy na jakąkolwiek emancypację kobiet w takim świecie, więc czy ktoś dzisiaj zdecydowałbym się nadać takiemu scenariuszowi rangę wielkiego – w sensie budżetu – kina? Jak można przy dzisiejszej poprawności politycznej namówić widza, żeby w ogóle zastanawiał się, czy taki wybór może mieć sens – kobieta czy pies, jedzenie czy pies, jedzenie czy kobieta?

Advertisement

„Wynalazek” (2004), reż. Shane Carruth

Jak to mówią, twarde SF – taki Jacek Dukaj wśród fantastycznonaukowej kinematografii. Żeby ten film zrozumieć, trzeba go obejrzeć kilka razy i najlepiej wziąć kartkę. Na niej rozrysować, co po kolei się dzieje i kto jest czyim duplikatem. Czasem ma się wrażenie, że niezależni twórcy mają w sobie tak mało artystycznej pokory, że w ogóle nie przejmują się tym, co widzowie pojmą z toku fabuły. Tak trochę jest w przypadku Wynalazku. Niemniej zawsze będę polecał ten film jako jedno z najbardziej nietuzinkowych ujęć podróży w czasie, jakie możemy spotkać w filmie fabularnym.

„Archiwum” (2020), reż. Gavin Rothery

Nie spodziewałem się takiego zakończenia. Nic nie zwiastowało w fabule, że coś równie poruszającego może stać się z głównym bohaterem, nawet jeśli spojrzeć na ideę przetrzymywania świadomości w specjalnie do tego przygotowanym archiwum przed ostateczną dymisją. Być może niektórym będzie przeszkadzać projekt robotów, tych pierwszych ich wersji, które są kanciaste, wielkie i chodzą jak ludzkie dzieci. Zaoszczędzono tutaj naprawdę sporo środków na CGI. Postać George’a Almore’a zrekompensuje nam wszelkie braki wizualne, a zakończenie wbije w fotel, a może wzruszy?

Advertisement

„Skanerzy” (1981), reż. David Cronenberg

Teraz – kiedy próbuję sobie przypomnieć, jakie wrażenia wywołał u mnie ten film – wydaje mi się, że nie są one przyjemne. To wszystko zapewne przez to, że oglądałem go zbyt wcześnie, a dla małego dziecka wybuchające głowy bywają traumatycznym przeżyciem. Minęło jednak trochę lat, a do filmu wracałem wielokrotnie. Mam świadomość jego braków technicznych, lecz nie wyobrażam sobie również, że teraz ktokolwiek mógłby zrobić go lepiej niż wtedy David Cronenberg.

„Pi” (1998), reż. Darren Aronofsky

Dla niektórych fanów najlepszy film reżysera nim przeszedł na tę gorszą, wysokobudżetową stronę mocy. Najlepszy to może w tym przypadku kontrowersyjne określenie. Lepiej powiedzieć: najtrudniejszy, niewygodny, męczący, kontrowersyjny, brzydki, oniryczny i pozostający na długo w pamięci. Niemniej rzadko w kinie fantastycznonaukowym zdarzają się bohaterom tak radykalne wybory – między sztampową normalnością a nietuzinkowym szaleństwem, między nienaruszalnością tradycji i sacrum a porzuceniem ich w imię nowo odkrytego świata – które oni starają się za wszelką cenę zakryć, bo wtedy znikną. A scena z wiertarką nieco przypomina mi japońskie produkcje gore.

Advertisement

„Robot i Frank” (2012), reż. Jake Schreier

płytki grób

Czy kino SF zawsze musi opowiadać o wielkich wyczynach superbohaterów zmagających się z szalonymi komputerami, szalonymi obcymi lub „szalonym” kosmosem? Nie. Relacja z robotami może być lżejsza, pozbawiona obciążeń ideowych typu rozważania transhumanistyczne o moralności androidów. Robot może być partnerem człowieka bez filozoficznego rozkładania jego syntetycznej osobowości na najdrobniejsze elementy. A wtedy paradoksalnie przestajemy na takiego androida patrzeć jak na coś odmiennego, obcego. Tak jest w Robocie i Franku. Za niewielkie pieniądze stworzono zajmującą, czasami śmieszną, a czasami dramatyczną historię o nowoczesnym złodziejstwie i transgatunkowej przyjaźni.

„Odległy ląd” (1981), reż. Peter Hyams

Dzisiaj, kiedy Seana Connery’ego nie ma już wśród nas żywego, z wielkim sentymentem wracam do tego tytułu, który nie stawia żadnych śmiałych tez fantastycznonaukowych, a elementy gatunkowe są tłem dla wydarzeń o charakterze typowo sensacyjnym. W kinie SF nie zawsze jednak trzeba nam wielkich idei naukowych i prezentacji wynalazków. Wystarczy odpowiednio dyskretna kreacja świata przedstawionego, żeby główny bohater się w nim dobrze osadził i współpracował z futurystycznymi elementami.

Advertisement

Odległy ląd nie krzyczy nowatorskością, przez co daje przestrzeń do działania O’Niela w górniczej scenerii księżyca Io, satelity Jowisza.

„Raport z Europy” (2013), reż. Sebastián Cordero

I znowu Jowisz. Wdzięczny temat, bo otacza go kilkadziesiąt interesujących satelitów, które pobudzają wyobraźnię twórców. Ich nazwy zresztą sugerują daleko idącą antropomorfizację dokonaną przez ludzi właśnie dlatego, że bardzo by chcieli, żeby ludzki gatunek rozprzestrzenił się po całym Układzie Słonecznym. Raport z Europy jest kameralnym, niezwykle psychologicznym filmem o kosmicznej tematyce. Kosmos jest tłem i jest to właśnie zaleta, bo możemy przyjrzeć się naszym zachowaniom w sytuacji granicznej, która bardzo interesuje naukowców z punktu widzenia nawet podróży na Marsa. Każda najmniejsza awaria jest tu śmiertelnym niebezpieczeństwem, i warto o tym pamiętać. Ludzka psychika do tej pory nie była wystawiona na takie obciążenia.

Advertisement

„Tragedia na Przełęczy Diatłowa” (2013), reż. Renny Harlin

Tworzenie science fiction na podstawie prawdziwych historii wymaga od twórców z jednej strony wyczucia, jak bardzo mogą tę kanwę poszerzyć o swoje fantastyczne tezy, a z drugiej jak z tego przecież znanego fanom realizmu stworzyć samą w sobie ciekawą historię i jej interpretację, która być może ułatwi rozwikłanie zagadki. Zdarzenia na Przełęczy Diatłowa wciąż rozgrzewają poszukiwaczy tajemnic, w tym tych, którzy próbują udowodnić istnienie życia pozaziemskiego. Film jednak niczego nie przesądza. Stawia pewną tezę, która w moim przekonaniu jest tak samo prawdopodobna, jak i wszystkie inne do tej pory pomysły na wytłumaczenie, dlaczego grupa ludzi nagle mogłaby z własnej woli opuścić namioty i zamarznąć na kilkudziesięciostopniowym mrozie.

„Pod skórą” (2013), reż. Jonathan Glazer

Produkcja oszczędna w środkach, lecz podobnie aktywizująca wyobraźnię u widza co Tragedia na Przełęczy Diatłowa. Zostaje w pamięci na długo, gdyż zawiera dwie równouprawnione warstwy fabularne – jedną psychologiczną, dotyczącą przemiany zachodzącej w głównej bohaterce za sprawą kolejnych likwidowanych mężczyzn, oraz drugą: co takiego fizycznie może się kryć pod JEJ skórą, i skąd to pochodzi. Najoczywistszym wytłumaczeniem jest rzecz jasna kosmos, ale czy nie uważacie, że tłumaczenie wszystkiego, co nieznane w fantastyce, za pomocą działania obcych cywilizacji nie jest pójściem na skróty?

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *