search
REKLAMA
Zestawienie

HORRORY, które mogłyby wydarzyć się NAPRAWDĘ…

Odys Korczyński

6 czerwca 2020

REKLAMA
…lub w jakiejś formie już się wydarzyły. Doświadczenie podpowiada, że bardziej powinniśmy się bać ludzi niż potworów i zjawisk nadprzyrodzonych. Z pewnością jednak bardziej efektowne wydają się trupy, duchy i krwiożerczy przybysze z kosmosu. Horrorów bazujących na czysto ludzkich wyczynach jest mniej – nie chodzi o liczbę wszystkich nakręconych, ale tych najbardziej kojarzących się przeciętnemu zjadaczowi popkultury. Może po prostu widzów takie opowieści nie interesują, nie bawią, a co najgorsze nie straszą? Kiedy chcą widzieć w horrorach owe trupy i demony, nie świadczy to dobrze o samej rzeczywistości, której przemocowość stała się tak powszechna, że w końcu spece od zysków uznali, że w horrorach nie opłaca się skupiać ani opierać na cierpieniu zadawanym ludziom przez ludzi. A już wydawało się, że lata 60. i 70., jako że stanowiły ciekawy powrót do horrorów opartych na wyczynach np. psychopatów, zboczeńców seksualnych czy seryjnych morderców, wpłyną na kolejne dekady formowania się horroru.

Ów trend, czy też powrót do standardowej tematyki straszącej, pokazuje historia gatunku. Niemal od początku kina horror związany jest głównie z istotami i zdarzeniami ponadnaturalnymi z małą przerwą na hippisowskie czasy. Od lat 80., kiedy rozwój efektów specjalnych zaoferował nowe możliwości wizualizowania duchów i potworów, efektowność horrorów o mordercach i zboczeńcach wydatnie spadła. Filmy o nich określa się dzisiaj dreszczowcami czy thrillerami. Horrory zaś umocniły swoje korzenie w postaci opowieści nie z tej ziemi, a więc obcy, deformacje ciała, żywe trupy, wampiry, zombie, demony, czasami mordercy, ale muszą być dodatkowo zboczeni albo tknięci jakąś nadnaturalną, złą mocą – sama chęć mordowania wynikająca z dewiacji człowieczej natury już nie wystarczy.

W lesie dziś nie zaśnie nikt (2020), reż. Bartosz M. Kowalski

Taka szalona myśl mi przyszła właśnie do głowy – jaki odsetek ze wszystkich zaginionych ludzi na świecie zabłądził, został wywieziony czy też przypadkiem znalazł się w lesie i tam umarł z wycieńczenia? Las, puszcza, knieja, przecież to wymarzone miejsca, żeby celowo lub przypadkowo utknąć tam na zawsze, również w postaci składnika runa leśnego. Tym bardziej cieszę się więc, że na naszym rodzimym polu filmowym pojawiła się taka perełka jak W lesie dziś nie zaśnie nikt nawiązująca do wszystkiego tego, co jest najlepsze w całej historii slasherów i robiąca to w świetnym, pełnym dowcipu i rzemieślniczego zacięcia stylu. W polskim horrorze wszystko jest na miejscu – trener ma kompleks wodza, ksiądz jest dewiantem, a policjant jest po prostu głupi. Większość zaprezentowanych w filmie wydarzeń jest całkowicie możliwa – zgubienie się w lesie młodzieżowej grupy wraz z przewodniczką i natknięcie się na rodzinkę zniekształconych cieleśnie bliźniaków psychopatów. Celowo ich tak nazywam, omijając przy tym wątek nieśmiertelności uzyskanej dzięki mocy dziwnego kamienia, który spadł z nieba, bo to też najsłabszy moment w filmie. Niezbyt logicznie również tłumaczy, czemu bliźniacy mordują. Czy jakaś kosmiczna moc zmieniła ich psychikę? Może miała w tym jakiś głębszy cel? Tego się z fabuły nie dowiemy. Być może lepiej by było zostawić morderców bez genezy.

Wszystko inne wydaje się realne, a może lepszym słowem będzie „możliwe”. Kto wie, czy w jakiejś głuszy już się komuś nie przytrafiło, nie dosłownie to samo, ale podobna w konstrukcji tragedia – grupa zagubionych ludzi natrafia na kogoś, kto nie życzy sobie ich obecności w do tej pory, jak sądził, odludnym i bezpiecznym miejscu. Czy tragedia na Przełęczy Diatłowa nie jest podobna do przeróżnych opowieści ze slasherów? Nie tylko do filmu W lesie dziś nie zaśnie nikt, ale np. do Rytuału (2017) w reżyserii Davida Brucknera?

Ostatni dom po lewej (1972), reż. Wes Craven

Gdyby jeszcze trochę oddalić kamerę od akcji i fabuły, powstałoby coś w rodzaju fabularyzowanego dokumentu. A tak mamy obraz z rodzaju tych, które nie są ani przysłowiowym psem, ani wydrą. Dawka realizmu, rzec by można, technicznego, wynikającego z użytych środków symulujących przemoc, również jest dość byle jaka. Wczesny Craven taki niestety był. Z czasem warsztat poprawił, wraz z większymi środkami na realizację filmów. co do zaś realizmu wydarzeń zaprezentowanych w fabule, to oczywiście tak brutalne morderstwa zawsze mogą się zdarzyć. Dużo rzadziej jednak mordercy trafiają tzw. przypadkiem na rodziców ofiar, a ci przygotowują im równie mrożący krew w żyłach koniec. Wina domaga się odpłaty, przynajmniej tak brutalnej, jak zadane cierpienie. Czy jednak prawo stanowione i prawo moralne na to zezwalają? To pytanie, nie wprost sformułowane przez Cravena, jest bodaj największą wartością filmu.

Wąż i tęcza (1988), reż. Wes Craven

Horrory powstały nie tylko ze względu na ludzki strach przed śmiercią, ale również z powodu fascynacji owym niezrozumiałym do końca i bolesnym końcem życia. Taka książka jak Wąż i tęcza Wade’a Davisa nie mogła przejść niezauważona przed nosem Wesa Cravena, reżysera, który bacznie zawsze obserwował rzeczywistość i wiele ze swoich produkcji na niej oparł, a przecież kręcił horrory. Zasadniczym pytaniem sformułowanym na podstawie relacji Wade’a jest to, czy istnieje taki rodzaj nieznanego konwencjonalnej medycynie leku anestetycznego, który potrafi zamienić człowieka w trupa na wiele lat z możliwością odwrócenia tego procesu? Medycyna zna leki silnie zwiotczające, które umożliwiają np. intubację. Wiemy, jak działają neurotoksyny (bufotenina) czy halucynogeny (psylocyna, dimetylotryptamina) zwalniające metabolizm, ale w konsekwencji są albo uzależniające, albo zabijają pacjenta. Niemożliwe jednak wydaje się wywołanie wieloletniego letargu i późniejsze jego odwrócenie, nawet jeśli pacjent dozna uszkodzeń neurologicznych – wydaje się. Wade Davis utrzymywał jednak, że istnieje taki proszek wymyślony i stosowany na Haiti, składający się z wielu substancji chemicznych, np. toksyny ryby najeżki czy też gnijącego mózgu z ludzkich zwłok. Czy to mogło się więc zdarzyć? Z pewnością w tej opowieści Cravena, gdzie trupy tak naprawdę nie są martwe, jest wiele ziaren prawdy oraz wiele niezdefiniowanej racjonalnie magii.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA