Publicystyka filmowa
RÓŻNE FILMY w RÓŻNYCH KRAJACH. Produkcje, które ZMIENIANO w zależności od rynku
RÓŻNE FILMY w RÓŻNYCH KRAJACH to podróż po kinowych różnicach, odkrywająca, jak kraj kształtuje filmowe narracje i bohaterów.
Ostatnio w Hollywood panuje moda na schlebianie Chinom, także w kwestii filmowej. Największe hity Fabryki Snów w wersjach przygotowanych na rynek azjatycki zawierają niedostępne nigdzie indziej dodatkowe sceny z ichnimi aktorami i/lub dziejące się w tamtejszych lokacjach. Zmienianie fragmentów filmów w zależności od kraju nie jest jednak nowe, a potencjalne różnice nie zawsze zależą od polityki studia. Przyjrzyjmy się wybranym przykładom takich produkcji. Jeśli znacie inne, to śmiało komentujcie.
Człowiek pies
Amerykański tytuł tego filmu brzmi Unleashed, europejski – Danny The Dog. I nie jest to bynajmniej jedyna różnica. Wersja europejska ma też inne napisy początkowe oraz jest dłuższa i bardziej pogłębia relację między bohaterami. Ma też inne zakończenie od amerykańskiej, która dodatkowo – co nie powinno być zaskoczeniem – tonuje sceny przemocy. W końcu nie ma to jak zrobić film o człowieku psie i pozbawić go mięsa.
F.I.S.T.
Ten luźno oparty o życie Jimmy’ego Hoffy dramat z Sylvestrem Stallone’em jest w swym europejskim wydaniu aż o 15 minut krótszy względem oryginalnej wersji. Być może stało się tak, aby uczynić film bardziej przystępnym dla widzów niekoniecznie znających problemy USA.
Sęk w tym, że przez to wersja europejska staje się odrobinę chaotyczna i mało zrozumiała, bo brakuje w niej m.in. scen, do których odnoszą się bezpośrednio bohaterowie, a kilka innych jest wyraźnie uciętych. Jeśli więc już F.I.S.T. oglądać, to tylko w wersji amerykańskiej.
Joanna d’Arc
A tu odwrotnie – Europa dostała kopię o 10 minut dłuższą niż Ameryka, mimo iż później ten błąd został naprawiony na DVD. W kinach jednak Amerykanom brakowało kilku ważnych fabularnie wątków – jak na przykład testowanie dziewictwa Joanny przez królewski sąd. Poza tym, niejako tradycyjnie, zmiany odnosiły się głównie do krwi i seksu. W końcu nie ma to jak robić film o średniowieczu i udawać, że to oświecenie.
Kill Bill
Krwawa rzeźnia Quentina Tarantino została przygotowana w dwóch wersjach – japońskiej i „światowej”. Różnica pomiędzy nimi wynosi zaledwie minutę czasu ekranowego, ale jest znacząca.
Przede wszystkim Japończycy dostali w całości kolorową wersję, podczas gdy Zachód uraczony został czarno-białą sekwencją masakry. Wszystko po to, aby uniknąć najwyższych możliwych klasyfikacji wiekowych (najwyraźniej przemoc wyprana w Perwollu to nie ta sama przemoc). Poza tym hołdujący azjatyckiemu kinu twórca dodał w japońskiej wersji nieco smaczków dla tamtejszej publiki i wydłużył poszczególne sceny, nierzadko korzystając z alternatywnych ujęć kamery i zaprawiając je jeszcze większą dawką krwi. Nie wiem jak wy, ale ja czuję się oszukany.
Legenda
Istnieją przynajmniej cztery różne wersje tego filmu fantasy – europejska, amerykańska, telewizyjna i reżyserska, która pozostaje zarazem tą najdłuższą (choć pierwotnie film miał liczyć nawet 150 minut). Najbardziej drastycznych zmian dokonano pomiędzy Starym a Nowym Kontynentem, uznając, że to, co nakręcił Ridley Scott, nie trafi do amerykańskiej młodzieży. Na potrzeby tamtejszego rynku produkcję zatem przemontowano oraz w całości zmieniono ścieżkę dźwiękową, do której dodano też piosenkę ubarwiającą napisy końcowe. W rezultacie wersja amerykańska jest o pięć minut krótsza i nie tak mroczna jak europejska.
Lincoln
Tutaj zdecydowano się na jedną konkretną zmianę, gdy przygotowywano kopię na światowy rynek. Słusznie uznając, że zagraniczny widz nie musi znać szczegółów wojny secesyjnej, postanowiono dodać do fabuły wprowadzenie, które nakreśliło ówczesną sytuację USA. Jeszcze inaczej sprawę sprzedano Japończykom, do kopii na ichni rynek dodając wstęp od samego reżysera, Stevena Spielberga. Jest to dość standardowa praktyka w kinie historycznym – lata wcześniej podobne rozwiązanie zastosowano, gdy wprowadzano na europejski rynek oscarowe Grona gniewu.
Łowca androidów
Podobnie jak w przypadku poprzedniego filmu Scotta, tak i tutaj istnieje kilka różnych wersji tego samego dzieła, które namnożyły się przez lata dzięki samemu zainteresowanemu. Zanim jednak doszło do ich stworzenia, raz jeszcze Europa stanęła w szranki ze Stanami Zjednoczonymi, wychodząc zwycięsko z porównania obu kopii.
Kinowa wersja, którą można było oglądać także i w Polsce, jest nieco dłuższa od tej amerykańskiej i zawiera bardziej dosadne sceny przemocy, różniące się między innymi kątami kamery oraz czasem trwania.
M – morderca
Powstały dwie wersje tego dzieła – anglo- i francuskojęzyczna. Pomijając oczywiste różnice w ścieżce dźwiękowej, na potrzeby tej drugiej niektóre sceny… nagrano ponownie. Różni się zatem finał filmu, a także proces sądowy jego bohatera. Dostrzec można też rozbieżności w oświetleniu i zdjęciach poszczególnych sekwencji. Żeby było śmieszniej, kilka innych kadrów zaimportowano z wcześniejszej wersji – jak na przykład przyjazd policji (który, co ciekawe, Niemcy postanowili u siebie… w ogóle wyciąć). Na tym jednak nie koniec, bowiem w momencie, gdy do kin wchodził amerykański remake rzeczonej produkcji (Morderca, 1951), oryginał postanowiono odświeżyć i również przypomnieć publice, czego efektem jego krótsza wersja, do której dodano zupełnie nowe napisy początkowe, muzykę i efekty dźwiękowe.
Noc i miasto
Po tym, jak Amerykanie wycięli część scen dla większej płynności filmu, skorzystali na tym Brytyjczycy, którzy wypuścili do swoich kin pełniejszą, dłuższą o pięć minut wersję. Poza odmienną planszą tytułową i całkiem zmienionym prologiem angielska wersja posiada też inną ilustrację autorstwa Benjamina Frankela (w USA za muzykę odpowiedzialny był Franz Waxman). Reszta bez zmian, czyli bardzo dobra.
Radio na fali
Przyjemna brytyjska komedia okazała się niewypałem we własnym kraju, zatem przy dystrybucji na rynek amerykański solidnie ją przemontowano. Rezultatem krótszy o 20 minut film pod nowym tytułem Pirate Radio (w oryginalnej wersji The Boat That Rocked), który pomija część żartów i ucina niektóre sceny, a przy okazji zabija nieco klimat oparty w dużej mierze na zgrabnie wkomponowanych w oryginał piosenkach.
Shaolin Soccer
Ta zwariowana futbolowa produkcja ma trzy różne wersje: oryginalną kinową, reżyserską oraz międzynarodową. Ta ostatnia została mocno pocięta względem pozostałych, od których jest krótsza o aż 25 minut materiału. Większość scen, dialogów czy wątków wyleciała z powodów czysto ekonomicznych, z kolei inne stanowią jawną cenzurę boiskowej przemocy, co w przypadku tak umownego, slapstickowego kina zakrawa na absurd (niemniej pozostaje prawdą).
Międzynarodowa wersja ma także inną czołówkę i napisy końcowe oraz całkowicie nowy soundtrack, który zmieniono przypuszczalnie ze względu na prawa autorskie. Z pomocą komputera postarano się też o zamianę wszelkich chińskich napisów na bardziej przyjazne angielskie, choć to akurat najmniejszy problem. Szczęśliwie na domowych nośnikach dostępna jest wersja reżyserska.
Siła witalna (Lifeforce)
Ten osobliwy mariaż horroru i kina SF jest nieco dłuższy w swej oryginalnej brytyjskiej wersji (dostępnej też w znacznej części Europy) aniżeli amerykańskiej. W USA ponownie dokonano zmian wpływających na pikantność filmu, usuwając przede wszystkim nagość i najbardziej brutalne momenty.
Tak do kosza powędrowała na przykład spora część prologu. Część tych zmian wpłynęła na ilustrację muzyczną mistrza Henry’ego Manciniego, którego pracę w newralgicznych momentach łatać musiał potem Michael Kamen. Różnica pomiędzy obiema wersjami wynosi jakieś 15 minut.
Szklana pułapka
W przypadku tak krwawego, bezkompromisowego filmu jak ten, można by się spodziewać cenzury łagodzącej przemoc. I poniekąd miało to miejsce, na przykład w Niemczech, gdzie najmocniejsze sceny pocięto na potrzeby rynku VHS, aby uzyskać niższą kategorię wiekową. Jednak o wiele większym problemem w momencie premiery okazali się tam niemieccy terroryści opanowujący budynek – i to bynajmniej nie z uwagi na samo pochodzenie, lecz polityczną zawieruchę w ówczesnym, wciąż podzielonym jeszcze kraju, w którym nie brakowało uzbrojonych bojówek. Tamtejsza wersja Die Hard – Stirb langsam – różni się więc imionami złoczyńców, z których za pomocą popularnego w Niemczech dubbingu zrobiono. .. byłych najemników IRA. No cóż, dobrze, że nie zdecydowano się na Świt Azji.
W mgnieniu oka
Japońska wersja tego kultowca czasów VHS cieszy się wciąż dużym zainteresowaniem kinomanów. Głównie dlatego, że przez lata była niedostępna na Zachodzie, gdzie można było jedynie obejrzeć dodatkowe ujęcia w dość marnej jakości. A co tam znajdziemy? Zaledwie kilka minut nowego materiału, głównie odnoszącego się do dziewczyny jednego z bohaterów, który w wersji „zwykłej” ciągle o niej mówi, ale ta ani razu nie pojawia się na ekranie. Przypuszczalnie pozbyto się jej dla zwiększenia dynamiki tego, bądź co bądź, akcyjniaka, co skrzętnie wykorzystano w Azji.
Wielki błękit
Pomijając trzygodzinną wersję reżyserską tego arcydzieła Luca Bessona, raz jeszcze z szeregu musieli się tu wyłamać Amerykanie, przygotowując na swój rynek nieznacznie zmienioną, krótszą kopię filmu.
Najmocniej zaingerowano w finał, zmieniając jego wydźwięk na bardziej optymistyczny. Poza tym przycięto niektóre sceny, żeby dostać niższą kategorię wiekową, a zupełnie nowy soundtrack nagrał Bill Conti, który w tym samym roku wykonał podobną robotę przy produkcji Jimmy Reardon, gdzie zastąpił Elmera Bernsteina.
Wilk z Wall Street
Film Martina Scorsesego jest do cna przepełniony seksem, degrengoladą i przekleństwami.
Jasnym było więc, że w którymś kraju taki stan rzeczy nie zostanie ciepło przywitany. Padło na Zjednoczone Emiraty Arabskie, a konkretnie Dubaj, którego publika zobaczyła nieco inną wersję niż reszta świata. Tamtejszy dystrybutor wywalił aż jedną trzecią filmu, nie tylko eliminując kontrowersyjne elementy, ale też skutecznie wyciszając wszystkie bluzgi. Efektem tego zabiegu jest nie tylko mało czytelna fabuła i niezrozumiałe dialogi, ale też fakt, że opowieść o zepsuciu kapitalistycznego społeczeństwa… nie ma w sobie za grosz zepsucia. Ot, grzeczny film o grzecznych ludziach. Można i tak.
Wschód słońca
To arcydzieło kina niemego jest jednym z pierwszych zachowanych przykładów dwóch różnych wersji przygotowanych dla dwóch różnych rynków zbytu – w tym wypadku docelowego amerykańskiego i… czeskiego. Ta druga wersja, choć zachowuje cały fabularny szkielet, jest aż o kwadrans krótsza i korzysta z alternatywnych cięć/ujęć kamery. Jak to często w przypadku kina niemego bywa, w późniejszych latach film doczekał się również nowej, alternatywnej ścieżki dźwiękowej – niezależnej już jednak od naszych południowych sąsiadów.
Bonus:
Disney/Pixar
Oba studia znane są z tego, że zmieniają w swoich filmach pojedyncze szczegóły w zależności od kraju, aby te nieco lepiej przemówiły do danej publiki. Są to drobne różnice wynikające najczęściej z kulturowych bądź językowych znaczeń (podobnie, acz w mniejszym stopniu, czyni Marvel), co bardzo ładnie obrazuje poniższe wideo:
