Publicystyka filmowa
Najbardziej WIERNE adaptacje gier
W wielu przypadkach, kiedy dokonuje się adaptacji gier na duży ekran, trudno zachować wierność z powodu braku fabuły.
Dzisiaj debiutuje The Last of Us, produkcja uznawana za jedną z najwierniejszych ekranizacji gier komputerowych. Z grami w popkulturze funkcjonujemy już kilkadziesiąt lat. Przez ten czas zebrało się dość materiału dla filmowców, żeby przenieść na wielki ekran niejednokrotnie znakomite fabuły z gier. W wielu przypadkach jednak, kiedy dokonuje się adaptacji gier, trudno zachować wierność, bo niektóre gry po prostu nie posiadają na tyle skomplikowanej fabuły, żeby wystarczyło na cały film. Dlatego w dobrej adaptacji ważna jest nie tylko opowieść zaczerpnięta z gry, lecz także forma wizualna, sposób przeniesienia do filmu klimatu, który nierzadko był efektem zamierzchłych czasów, kiedy dany tytuł był wydawany.
Nie jest to łatwe, stąd na ową wierność trzeba patrzeć nie w sposób literalny, ale wieloaspektowy. Poniżej zestawione adaptacje gier wcale nie są dobre dlatego, że były WIERNE. Wierność w ich przypadkach została osadzona na sposobie odniesienia do wzorca i umiejętności na tej podstawie nakręcenia dobrego filmu, który zachęci do zagrania w dany tytuł gry tych, którzy w niego jeszcze nie grali. A może i tych, którzy dawno już zapomnieli, że kiedyś spędzali całe noce przed monitorem, a w dzień przez to zasypiali na lekcjach.
„Warcraft: Początek” (2016), reż. Duncan Jones
Trudno by było w jakikolwiek sposób zinterpretować w postaci fabuły grę o charakterze RTS. Znalazł się jednak sposób m.in. dzięki dobrej historii i świetnemu wykorzystaniu CGI, a przypomnę, że był rok 2016. Gry ze stajni Blizzarda, chociaż nie zawsze zachwycały samą grafiką rozgrywki, to filmy prologu, międzyrozdziałowe i finał regularnie zachwycały kunsztem. Czekało się na nie z niecierpliwością. Warcraft: Początek podobnie zachwycił jakością, a przy tym pokazał nam znajomych bohaterów w sytuacjach interesujących na tyle, że nie znudziliśmy się historią.
„Tomb Raider” (2018), reż. Roar Uthaug
Historia serii miała wzloty i upadki, zarówno w przypadku filmu, jak i serii gier. Jeśli chodzi o gry, to nigdy nie zaskarbiły one sobie mojej przychylności może dlatego, że nie wyszły poza model zręcznościowych strzelanek. Elementy RPG w nich albo w ogóle nie były wykorzystane, albo pojawiały się w tak minimalnym stopniu, że zupełnie nie wpływały na rozgrywkę. Filmy z Angeliną Jolie nawiązywały raczej do starego Tomb Raidera, co dziwne nie jest, bo powstały w czasie, gdy nie nastąpił reboot serii. Nowa odsłona gier z wieloma zmianami pojawiła się dopiero w 2013 roku.
Alicia Vikander stworzyła na nowo postać Lary Croft jako postaci autentycznie o wiele silniejszej, niż kiedyś udało się to Angelinie Jolie.
„Mortal Kombat” (1995), reż. Paul W.S. Anderson
Dzisiaj mamy już porównanie wersji filmowych, a także mnóstwo odsłon gier, ostatnia dosłownie sprzed kilku lat. To dobrze móc wybierać, jednak tylko jedna wersja filmu ma wszystko, co poznali gracze najlepszego w serii tych epickich bijatyk – klimat. Składa się na niego pewna specyficzna banalność, wręcz pulpowość postaci filmowych, którą spotkamy w grach. Nowa wersja filmowa już tego klimatu nie posiada, chociaż jest zrobiona technicznie o wiele lepiej. Straciła go na rzecz efektów specjalnych, zwłaszcza CGI. Stara posiada w sobie całą tę niewprawność pierwszych wersji gry, a przy tym wykorzystała fabułę w minimalnym stopniu, skupiając się na starciach przeciwników. Nie znajdziemy tu rozbudowanej filozofii ani rozterek postaci – trzeba jak w grze, przejść kolejne etapy i pokonać bossa.
„Hitman” (2007), reż. Xavier Gens
Zarzuca się filmowemu Hitmanowi, a właściwie Timothy’emu Olyphantowi, że nie potrafił stworzyć kultowej osobowości u głównego bohatera. To prawda, jednak czy morderca z gier komputerowych ją miał? Pod względem pustki narracyjnej, plastikowych postaci i przywiązania do detali Hitman w filmowej wersji jest znakomicie przeniesioną na ekran grą. Konwencja została zachowana, a nierealność głównego bohatera pokazuje, jak kulawo został on skonstruowany właśnie w samej grze, chociaż sama mechanika wykonywania zleceń niezwykle wciągała. W filmie również wciąga to, jak Hitman walczy.
„Angry Birds Film” (2016), reż. Clay Kaytis, Fergal Reilly
Szczerze nie wyobrażałem sobie, jak mogłaby wyglądać ekranizacja tej popularnej gry. Spędziłem z nią wiele godzin, gapiąc się w ekran smartfona i kibicując sam sobie, kiedy waliły się poszczególne budowle, grzebiąc w swoich ruinach te znienawidzone, chrumkające, zielone świniaki. W bajce zaś pokazano ten świat dokładniej, pozostawiając jego styl i klimat z gry. Rozszerzono za to postaci o ciekawe osobowości, a nawet nadano charaktery antagonistom. Wszystko to sprawiło, że bajkę ogląda się z przyjemnością, a poza tym, kiedy wraca się do gry, widzi się te plastyczne, śmieszne, ciekawe postaci z ekranu telewizora czy też kina. Na tym polega właśnie dobra adaptacja gry, na stworzeniu wzajemnej relacji między widzem a dwoma tak bardzo różnymi formami rozrywki, jakimi są granie i oglądanie.
„Sonic. Szybki jak błyskawica” (2020), reż. Jeff Fowler
Czego oczekiwaliśmy od tych gier – zabawy, bez zbytniego komplikowania fabuły. Gry z serii Sonic są kierowane do młodszych widzów, podobnie filmy. Co do postaci: zachowana została idealna spójność wizerunków zarówno w przypadku jeżyka Sonica, jak i głównego antagonisty, a więc Robotnika. Nikt więc, kto grał, nie będzie zawiedziony, a produkcje filmowe z serii powinny nawet zachęcić młodszych widzów do sięgnięcia po pada od konsoli.
„Wing Commander” (1999), reż. Chris Roberts
Gra niewątpliwie kultowa i stara oraz z dzisiejszego punktu widzenia przestarzała, trudna w obsłudze i prawie już niegrywalna, chyba że dla wielkich fanów retroprodukcji. A film pod tym względem jej odpowiada. Jest tani, zacofany estetycznie, z koszmarną grą aktorską i raczej do niego widzowie nie będą chcieli wracać. Tak więc dopasowanie między grą a filmem powstało z czasem, kiedy tego typu gry się rozwinęły i pokazały graczom, na jakim poziomie może być tego typu rozrywka. Film również się rozwinął, chociaż akurat Wing Commander nie był rewelacją nawet w momencie premiery. Tym się różni od gry. Na początku lat 90. gracze oszaleli na jej punkcie. A w przypadku filmu? Dzisiaj uważam, że znakomicie prezentuje on niedostatki gry.
„Uliczny wojownik” (1994), reż. Steven E. de Souza
Jak zaadaptować typową bijatykę na potrzeby filmu? Trzeba spojrzeć na styl, w którym była projektowana jako gra i postarać się go odzwierciedlić na ekranie. Fabuła ma tu marginalne znaczenie, bo i w grze nie była ważna. I to się twórcom Ulicznego wojownika z Jeanem-Claudem Van Damme’em udało. Jest to kolorowy, cukierkowy film z mocno abstrakcyjnymi postaciami, które bawią się swoimi wizerunkami. Czarny charakter wybija się tu szczególnie. Raúl Juliá w roli generała Bisona wygląda jak postać rodem z pulpowego komiksu. Idealnie pasuje do starej gry z automatów, w którą grało się godzinami na przełomie lat 80. i 90.
„Książę Persji: Piaski czasu” (2010), reż. Mike Newell
Od 1989 roku powstało wiele wersji przygód perskiego księcia. Wszystkie z tych gier to produkcje typowo platformowe i zręcznościowe, i tę specyficzną akcję każdy chciał zobaczyć w filmie aktorskim. I w sumie to dostał, co się nawet odbiło na ogólnej jakości produkcji. Trudno także od adaptacji gry platformowej oczekiwać jakiejś konkretnej wierności w produkcji kinowej. Na jakiej zasadzie miałaby być ona zbudowana. Chodzi więc bardziej o klimat i, co ważne, nawiązania estetyczne w wyglądzie głównej postaci. A te niewątpliwie są, jeśli popatrzymy na Dastana i na niewielką postać człowieka w grze, którą poruszamy, starając się ominąć przeróżne niebezpieczeństwa.
W filmie porusza nim Jake Gyllenhaal i robi to dość sprawnie. Zastrzeżenia można jednak mieć do zaprojektowania suspensu, twistów i rozwinięcia fabuły.
„Super Mario Bros. Film” (2023), reż. Aaron Horvath, Michael Jelenic
Filmu oczywiście jeszcze nie widziałem, ale po trailerze można spodziewać się zupełnie innej stylistyki niż w wersji z 1993 roku uważanej za totalną klapę, co prawdą nie jest. Niemniej film aktorski jest daleko inny niż gra przede wszystkim wizualnie. A najnowsza wersja będzie jej odpowiadać estetycznie. Mario będzie podobny do Mario. Pojawią się nawet tak znienawidzone przez graczy złośliwe żółwie i oczywiście złotowłosa księżniczka. Świat przedstawiony będzie zaś kolorowy, pełny najróżniejszych pułapek oraz elementów, które pamiętamy z gier np. wielkich grzybów.
