Recenzje

CZŁOWIEK PIES (2005)

W "Unleashed" Besson poszedł trochę dalej i zaryzykował bardziej z formą. Skrypt jest zdecydowanie mroczniejszy i naszpikowany lepszymi dialogami co zdecydowanie udziela się klimatowi filmu.

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Człowiek jest jak fortepian - trzeba go odpowiednio nastroić

Mam pewną teorię dotyczącą Luca Bessona. Moim zdaniem to nie jest tak, że Besson specjalnie szykanuje nas swoimi ostatnimi produkcjami. On nie robi tych filmów dla czystego zysku jakby się mogło wydawać po oglądnięciu kilku ostatnich ‚dzieł’ wyprodukowanych i napisanych przez twórcę „Leona”. Besson stara się wrócić do korzeni, do podstaw, które przyniosły mu uznanie na całym świecie. I to nie jest tak, że stracił talent albo sie wypalił. Besson chce, ale nie może – facet się tak skomercjalizował, że nie potrafi już myśleć w takich kategoriach jak na początku swojej kariery – Hollywood namieszało mu w głowie na tyle skutecznie, że nie potrafi sklecić w jedną całość elementów, które gdzieś mu się tam kołaczą w głowie.

Tak jest w „Unleashed” – film ma kilka znamion mistrza, ale niestety ginie bezradnie wśród nawału stereotypów znajdujących się w zakamarkach pamięci Bessona. Gdy już coś zaczyna łapać i film nabiera tempa, następuje jakiś beznadziejny zabieg, który to doskonale psuje. Dodatkowo Besson głupio się uparł, że inni lepiej sobie poradzą z jego skryptami i oddaje je ludziom, którzy nie mają za grosz klasy jaką on posiada. Ten cały jego altruizm to pic na wodę, bo Besson widzi to, że nie jest w stanie dorównać swoim dziełom i najnormalniej w świecie boi sie wziąć za reżyserkę żeby nie spieprzyć roboty. Smutne, ale prawdziwe – 1:0 dla Fabryki Snów…

Człowiek pies

Scenariusze Bessona nie są złe, to rozrywka i komercja w najczystszej formie. To składowisko określonych przez przemysł rozrywkowy ostatnich lat schematów i rozwiązań, do których każdy widz jest przyzwyczajony i się na pewno nimi negatywnie nie zaskoczy.

Scenariusze Bessona nie są złe, to rozrywka i komercja w najczystszej formie. To składowisko określonych przez przemysł rozrywkowy ostatnich lat schematów i rozwiązań, do których każdy widz jest przyzwyczajony i się na pewno nimi negatywnie nie zaskoczy. W „Unleashed” Besson poszedł trochę dalej i zaryzykował bardziej z formą. Skrypt jest zdecydowanie mroczniejszy i naszpikowany lepszymi dialogami co zdecydowanie udziela się klimatowi filmu. Niestety dalej brakuje mu wielu rzeczy, ale na szczęście widać światełko w tunelu, bo samo założenie wyjściowe jest co najmniej dobre. Danny jest czymś pomiędzy człowiekiem i zwierzęciem – wychowany przez swojego ‚wujka’ Barta na coś w rodzaju wiernego psa, który w razie czego potrafi zaatakować. Danny nosi na szyi obrożę (pomysł ‚wujaszka’). Gdy ma ją na sobie jest wyciszony i wygląda jakby nie za bardzo wiedział co się wokół dzieje. Jednak gdy obroża zostaje ściągnięta, ta wegetująca roślina zamienia się w zabójcze narzędzie w rękach swojego pana. Narzędzie, które służy Bartowi do ściągania długów i haraczy, narzędzie o tyle przerażające, że Danny nie kieruje się żadnymi emocjami gdy wykonuje swoją ‚pracę’. Z kamienną twarzą eliminuje kolejnych przeciwników, którzy stoją Bartowi na przeszkodzie do odebrania kasy. Dlaczego to robi? Bo nie zna innego życia, bo jest tak traktowany od zarania swojej pamięci. Coś mu się tam prześwituje, ale za mało by móc się zbuntować przeciwko Bartowi. Podczas jednego z wypadów po pieniądze Danny poznaje Sama – niewidomego stroiciela pianin, który budzi w nim jakieś dawno zapomniane wspomnienia. Dzięki wydatnej pomocy wrogów Barta, Danny ucieka nie za bardzo wiedząc po co i dlaczego. Trafia pod skrzydła Sama i jego przybranej córki Victorii, genialnej pianistki. Oferują mu uczucie i coś na kształt rodziny. Niestety przeszłość musi się o niego upomnieć…

Czy Jet Li brał, jak głosi plotka, lekcje aktorstwa przed kręceniem zdjęć, nie wiem. Natomiast szczerze chciałem polubić i wczuć się w postać, którą naprawdę mocno starał się zagrać, ale z przykrością stwierdziłem, że pomimo całego mojego kibicowania, Li po prostu nie nadaje sie do filmów, które starają się być czymś więcej niż jedną wielką kopaniną. Jet jest prawdziwym mistrzem sztuk walk, i niech lepiej zostanie w tym gatunku dobierając sobie produkcje, w których twórcy będą potrafili ukazać jego umiejętności, a myślę, że będzie dobrze. Nie można w końcu mieć wszystkiego. Freeman i Hoskins jak zwykle wypadają znakomicie, szczególnie ten drugi, który z właściwą sobie autoironią gra tego ‚złego’ szarżując przepięknie przy wielu scenach. Wspaniale gra przeciwko swojej posturze i fizjonomii dobrodusznego dziadziusia. Oczywiście nie pierwszy raz, ale cały czas wyśmienicie mu to wychodzi. Wyciszony Freeman trochę za bardzo przypomina swoje ostatnie role i, ja osobiście, miałem rodzaj pewnego bliżej nieokreślonego deja vu, co nie zmienia oczywiście faktu, że to bardzo dorze wyważona i zagrana rola. Reszta aktorów stoi na średnim poziomie. Na uwagę zasługują za to sceny walk, do których choreografię układał Yuen Woo-ping, który pracował już m.in. przy wszystkich „Matrixach” i obu „Kill Billach”. Niestety utrzymują one tendencję scenariusza – im dalej w film tym gorzej. Początkowe sceny są pięknie sfilmowane i aż się chce przyklasnąć jak Jet niszczy kolejnych kaskaderów, później także fajnie to się ogląda, ale walki są coraz bardziej sztucznie wydłużane, a ostatnia finałowa pod koniec filmu jest, pomimo całej swojej otoczki i ładnych kątów kamery, nudna. W ogóle cała końcówka jakoś odbiega od poziomu, który film trzyma przez większość czasu trwania. Nie jest jednak do końca źle; bardzo fajna jest bowiem oprawa muzyczna jak zawsze niezawodnego Massive Attack, która stała się integralną częścią filmu.

Człowiek pies

Reżyser Leterrier to wyraźnie epoka MTV, co było widać w jego debiucie „The Transporter”. Na szczęście wygląda na to, że producent Besson trochę go przypilnował i ukrócił wszelkie niepotrzebne zapędy twórcze. To samo zrobił z autorem zdjęć, który zbyt imponującego bilansu nie ma, a więc istniała obawa, że zrobi z „Człowieka psa” jakieś jarmarczne widowisko. Obaj są ‚dziećmi’ Bessona, jednymi z wielu których reżyser „Leona” powołał do życia filmowego. Dlatego też Luc mógł mieć nad nimi kontrolę i, wizualnie przede wszystkim, film plasuje się powyżej przeciętnej. Niestety ta hollywoodzkość, którą szczególnie widać przez ostatnie pół godziny filmu masakruje wrażenie jakie z początku udało się Bessonowi uzyskać. Jak już pisałem wcześniej widać kilka elementów znamionujących starego mistrza Bessona. M.in. świetny jest kontrast między dobrym i złym. Sam, czyli ten dobry, jest niewidomy, musi się posługiwać wyobraźnią żeby oceniać ludzi, dlatego też nie odrzuca Danny’ego przy pierwszym spotkaniu – gdyby go widział, nie wiadomo jakby zareagował. Ocenił jego wnętrze, a nie wygląd. Sam ubiera się na czarno, a jednak jest pełen życia i wdzięczności za to co ma. Natomiast Bart, czarny charakter ,widzi siebie jako człowieka dobrego, któremu przyszło żyć w czasach, których sobie nie wybierał i musi sobie jakoś radzić. On nie więzi Danny’ego, tylko daje mu życie jakiego nigdy by nie uzyskał będąc sam na świecie. Daje mu opiekę, jedzenie i pewnego rodzaju przywiązanie w zamian za kilka połamanych kości. Bart nie rozstaje się ze śnieżnobiałym garniturem i jeździ białym samochodem. Szczególnie ten garnitur jest świetnym zagraniem scenarzysty. Kiedy Bart po walce jest cały zakrwawiony, ta biel jego garnituru zostaje jakby symbolicznie zbrukana. Także dialogi mają kilka perełek. „Pewnie nigdy w swoim życiu nie śniłeś, to musi być tak spokojne” mówi Bart do Danny’ego opowiadając o swoim koszmarze sennym. Oczywiście znalazło się także miejsce dla hollywoodzkich ‚perełek’ w stylu „Człowiek jest jak fortepian – trzeba go odpowiednio nastroić”, ale ogólnie jest dobrze.

Na koniec chciałbym zaapelować do Luca Bessona (a co tam, może ktoś mu to przetłumaczy ;), żeby zrobił sobie krótki odpoczynek od pracy, wyjechał gdzieś i zapomniał o tych ostatnich paru latach. Żeby przestał się bawić w altruistę. Może wtedy nabierze więcej dystansu do swojej pracy i, mając umysł wolny od hollywoodzkiej propagandy, stworzy kolejne ponadczasowe dzieło, którym będą się zachwycać miliony. Na razie jest jakieś światełko w tunelu… no i dobrze – taki twórca nie może przecież tak skończyć!

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane