Ranking

SZYBKA PIĄTKA #57. Filmy, które powodują wielodniową depresję

Autor: REDAKCJA
opublikowano

Piątkowy wieczór – pora relaksu, spotkania ze znajomymi, jakiejś niesamowitej przygody, oczywiście tej oglądanej wspólnie na dużym ekranie. Zdarzają się jednak takie filmy, które nie tylko zupełnie zabiją nam radość z takiego wypadu, ale i chęć do dalszego życia w ogóle. Bo miało być tak pięknie, a tymczasem fabuła odebrała nam radość wszelaką. I bez antydepresantów ani rusz…

Filip Pęziński

  1. Manchester by the Sea – smutne oczy Afflecka dosłownie budziły mnie w nocy. Nie mogłem dojść do siebie, a scena, w której główny bohater wyznaje byłej żonie, że jest w środku pusty, już chyba nigdy nie opuści mojej głowy.
  2. Ona (Her) – o filmie Spike’a Jonzego piszę, kiedy tylko mam okazję, bo był to zdecydowanie jeden z najmocniejszych seansów w moim życiu. Za każdym razem, kiedy do niego wracam, mam do świata tylko jedną prośbę – niech mnie ktoś przytuli. Historia Theodore’a Twombly’ego do rzecz zbyt smutnie prawdziwa.
  3. Big Short – na końcu tego fenomenalnego filmu o światowym kryzysie jest scena, w której postać grana przez Steve’a Carella mówi, że za cały ten syf i tak obwinią ubogich i imigrantów. Narrator zaprzecza i przedstawia historię, w której wszyscy ci banksterzy lądują za kratami. To jednak tylko kolejny szalony zabieg twórców – była to bowiem fikcja, do więzienia trafiła jedna osoba.
  4. Lęk wysokości – polska produkcja o życiu z chorym psychicznie rodzicem. Kiedy pojawiły się napisy końcowe niemal wybiegłem z sali, szukając słońca.
  5. Źródło – ból, tęsknota i bezsilność postaci granej przez Hugh Jackmana uderza bez ostrzeżenia.

Dawid Konieczka

  1. W kręgu miłości – film, który kompletnie mnie zmasakrował. Oglądamy kwitnącą miłość dwojga muzyków, Didiera i Elise, by nagle, za sprawą jednego, drobnego błędu, jednej, pozornie nic nieznaczącej decyzji wszystko legło w gruzach. To, w jaki sposób życie pary i ich małej córeczki błyskawicznie rozpada się praktycznie na wszystkich poziomach, w najbardziej tragiczny sposób z możliwych po prostu zabija wszelką radość w widzu i pozostawia go zdruzgotanym.
  2. Tańcząc w ciemnościach – nietypowy musical Larsa von Triera to najbardziej dołujący z jego i tak już przygnębiającej filmografii. Wszystko za sprawą sympatycznej, trochę oderwanej od rzeczywistości bohaterki, której nie jest dane zaznać szczęścia. Selma (Björk) jest miła, uczynna, uśmiechnięta i zrobi wszystko, żeby zapewnić dobrą przyszłość swojemu synowi. Na tym pozytywy praktycznie się kończą. Kobieta cierpi na postępującą ślepotę, ledwo jest w stanie pracować, a na dodatek na jej drodze pojawiają się kolejne, coraz większe przeszkody. Zakończenie Tańcząc w ciemnościach to doprowadzona do ekstremum refleksja, że ciężko jest lekko żyć.
  3. Cześć, Tereska – niemal z każdej sceny filmu Roberta Glińskiego przebija obezwładniająca samotność i brak perspektyw. Tytułowa dziewczyna wchodzi w dorosłość zdeprawowaną, przesiąkniętą patologiami i zwyrodnialcami, a dom, z którego pochodzi wcale nie jest lepszy. Do tego czarno-białe zdjęcia i mamy przepis na jeden z najbardziej depresyjnych filmów polskiego kina.
  4. Zwyczajni ludzie – wielu do dziś nie może wybaczyć filmowi Roberta Redforda, że zgarnął sprzed nosa Oscary za scenariusz, reżyserię i film roku Wściekłemu bykowiCzłowiekowi słoniowi. Dlatego Zwyczajni ludzie zostali trochę zapomniani przez widzów, a niesłusznie, bo to doskonałe studium depresji, żalu po stracie najbliższej osoby i poczucia winy. Cały film jest kameralny, ale wręcz kipi od emocji – balansowanie na granicy psychicznej katastrofy jest tu niemal namacalne i choć koniec końców film może posłużyć jako swego rodzaju terapia i wywołać katharsis, to w większości oglądanie go okazuje się ciężką emocjonalną przeprawą.
  5. Melancholia – mówiąc krótko, von Trier ma smykałkę do beznadziei. Zrezygnowanie, bezsens i akceptacja nadciągającej zagłady (dosłownej i przenośnej) to najtrafniejsze określenia pasujące do nastroju Melancholii. Oglądać z dala od ostrych przedmiotów.

Jacek Lubiński

  1. Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi – miliony dolarów włożonych w film i wyłożonych na promocję. Lata historii sagi Lucasa i lata mijające w tejże sadze. I kolejne dwa, te ostatnie, oczekiwania po rozbudzonych nadziejach. Znakomity zespół aktorski przed kamerą i całe sztaby ludzi za nią. Wspaniała podbudowa przyszłych bohaterów i fabuły. Wielki powrót Luke’a Skywalkera. Wielkość Johna Williamsa. Wiele efektów specjalnych na najwyższym poziomie. I to wszystko spłynęło jak krew w błoto… Melancholia to przy tym koszmarze minionego lata bajka na dobranoc dla grzecznych dzieci.
  2. Million Dollar Baby – nokautujący cios Clinta Eastwooda. Kto by pomyślał, że taki twardziej potrafi tak łatwo rozmiękczyć serce takim telenowelowym zabiegiem? A tymczasem seans tego filmu po prostu boli. A po nim chce się po prostu uciec tam, gdzie nikt nas nie znajdzie.
  3. Droga do szczęścia – nie wiem, który cwaniak wymyślił polskie tłumaczenie, ale aż dziw bierze, że nie było żadnych afer o zwrot pieniędzy i pozwów sądowych o fałszywe reklamowanie filmu. Być może dlatego, że po wyjściu z kina wszyscy potencjalni zainteresowani nie mieli już pary na nic innego, jak tylko wskoczenie do łóżka, przykrycie się trzema kocami i poważne, kilkudniowe przemyślenie własnego życia.
  4. Wstyd – ileż to podskórnego bólu i niemocy ukrył w swoim dziele czarny Steve McQueen (nie mylić z tym drugim, białym). I jeszcze więcej prawdy czasów, społecznego marazmu, beznadziei codzienności, pustki egzystencji, grozy wiecznej samotności. Serio, w pudełku z tym filmem powinny być darmowe antydepresanty.
  5. Mgła (2007) – zabija napięciem, dobija negatywnymi emocjami i wyczerpuje psychicznie swym rozwiązaniem. Istne katharsis, które – o słodka ironio! – nie przynosi jednak pożądanego oczyszczenia, lecz skręt żołądka i chandrę.

Agnieszka Stasiowska

  1. Greystoke. Legenda Tarzana – być może dlatego, że oglądany w wieku, ujmijmy to dyplomatycznie, cielęcym, zrobił jednak na mnie kolosalne wrażenie. Pamiętam scenę, w której umiera przybrany “ojciec” Tarzana nie jak przez mgłę, ale przez łzy. Przeżyłam ten film strasznie, chyba pierwszy raz w życiu tak mocno.
  2. Lot nad kukułczym gniazdem – film numer jeden z kategorii “obejrzałam raz i nie zrobię tego nigdy więcej”. Podobne uczucia żywię względem literackiego oryginału. I, paradoksalnie, to nie smutny koniec McMurphy’ego wywołał te emocje, ale czyn Wodza Bromdena. Dzieło ważne, doskonałe, ale daleko poza granicami mojej wytrzymałości psychicznej.
  3. Myszy i ludzie – numer dwa w wyżej wspomnianej kategorii. Zawsze ceniłam sobie bardzo wysoko kunszt aktorski Johna Malkovicha, ale w tej jednej roli nie chcę go już podziwiać. Wstrząsający popis, który spowodował u mnie wielodniowy, dręczący smutek.
  4. Wybór Zofii – brązowy medalista. Nawet w czasach, kiedy nie byłam jeszcze matką, znosiłam źle przedstawioną w nim historię. Teraz, natrafiwszy przypadkiem na jedną ze scen w wykonaniu standardowo rewelacyjnej Meryl Streep, prawie się rozchorowałam. Nigdy więcej.
  5. Stalowe magnolie – to lżejszy kaliber, potrafię go obejrzeć bez trwałego uszczerbku na psychice, ale dół pojawia się zawsze. Szarpiąca emocjonalnie scena rozpaczy Sally Field na pogrzebie jej córki nie da się przykryć w żaden sposób komediowymi wstawkami.

Maja Budka

  1. Koń turyński – studium rozpadu świata, niepokojąco cichy film o bezlitośnie umierającej nadziei. Wściekły wiatr próbuje wedrzeć się do ubogiej chaty brodatego starca i jego córki. Bezwolnie przyglądają się oni, jak Ziemia powoli odchodzi w zapomnienie. Innego końca świata nie będzie.
  2. Goście Wieczerzy Pańskiej  i jak tutaj wierzyć, skoro sam dobroduszny pastor malutkiej osady przechodzi bolesny kryzys wiary? Skrytobójcza depresja rozlewa się po czarno-białym ekranie, atakując znienacka, boleśnie i punkt. W iście Bergmanowskim stylu.
  3. Dzień świra – oraz inne dzieła sadystycznego Koterskiego o Adasiu Miauczyńskim. Są to filmy, przy których uśmiech szybko ustępuje miejsca posępnemu grymasowi. Bo uświadamianie sobie, iż to wszystko, co dzieje się na ekranie, absurdalne choć do bólu prawdziwe, nie jest najprzyjemniejszą rzeczą na świecie.
  4. Krótki film o zabijaniu – film, który bezlitośnie bawi się sumieniem widza. Wstrząsający obraz człowieka, którego ogarnia spazmatyczny strach w obliczu śmierci. Ponadto brudna i pożółkła paleta barw Kieślowskiego wcale nie pomaga, a jeszcze bardziej dobija, wzmacniając poczucie beznadziei.
  5. Lilja 4-Ever – szesnastolatce uwięzionej w labiryncie brudnych estońskich bloków robotniczych nie pozostaje nic innego, jak tylko fantazjować o lepszym życiu. Przy alkoholu i narkotykach. Film obfituje w wiele drastycznych, ale boleśnie prawdziwych scen rozdzierających serce. Pełnego bólu i bezradności spojrzenia głównej bohaterki nie tak łatwo wyrzucić się z pamięci.

Dawid Myśliwiec

  1. Co gryzie Gilberta Grape’a? – nie wiem, czy byłem wówczas w wielodniowej depresji, ale gdy jako siedmioletni chłopiec obejrzałem zakończenie filmu Lassego Hallströma, pobiegłem z płaczem do rodziców, gdyż wówczas po raz pierwszy zdałem sobie sprawę z ich śmiertelności. Mocne, głębokie i chyba kształtujące psychikę przeżycie.
  2. Miłość – na seansie świeżutkiego wówczas zdobywcy Złotej Palmy byłem sam. Był gorący lipiec, a sala podczas festiwalu Era Nowe Horyzonty była pełna. Koło mnie zasiadła młoda, atrakcyjna dziewczyna, która również przyszła na seans sama. Przez niemal całą projekcję filmu Michaela Hanekego płakała – wylewała całe wodospady łez. Ja nie uroniłem łzy, ale coś we mnie wtedy pękło – po seansie szybko udałem się do mieszkania przyjaciół, by “zagadać” poseansową depresję. Gdyby po projekcjach Miłości przy wyjściu z kina wręczano widzom żyletki, wskaźnik samobójstw mógłby niebezpiecznie wzrosnąć.
  3. 33 sceny z życia – do filmu Małgorzaty Szumowskiej podchodziłem chyba trzykrotnie. Przy pierwszych dwóch próbach ciężar zawartych w filmie emocji zwyczajnie mnie pokonał. Gdy wreszcie obejrzałem 33 sceny… w całości, doceniłem zarówno wagę filmu, jak i odwagę pani reżyser, która nie obawiała się emocjonalnego ekshibicjonizmu i stworzyła prawdziwie autoterapeutyczne dzieło. Zostaje w głowie na długo po seansie.
  4. Przełamując fale – z dorobku von Triera jako najbardziej depresyjne wybrałbym Tańcząc w ciemnościach, ale ubiegł mnie mój redakcyjny imiennik. Filmografia Duńczyka jednak jest tak obfita w dojmująco przygnębiające dzieła, że wybór innego tytułu nie stanowił problemu – Przełamując fale nie tylko w inspirowanej Dogmą 95 warstwie formalnej, opartej na chłodnych, wyblakłych barwach, stanowi dołujące doświadczenie. Jeszcze większą przykrość sprawia opowiedziana historia, w której dobroduszna, choć cierpiąca na chorobę psychiczną Bess (Emily Watson) jest zostaje ciężko doświadczona przez los, wyklęta ze swojego kościoła i napiętnowana przez społeczeństwo, choć wszystko, co robiła, robiła z miłości do męża (Stellan Skarsgård). Jeden z ulubionych tematów von Triera – bestialstwa drzemiącego w dowolnej grupie społecznej – wybrzmiewa tu nad wyraz mocno.
  5. Twentynine Palms – film Bruno Dumonta przez kilkadziesiąt minut usypia czujność, by zafundować widzowi traumę, z którą naprawdę trudno sobie poradzić. Surowe slow cinema, które opowiada o dwójce Europejczyków w wyprawie na bezdrożach Kalifornii, miażdży brutalnością i naturalizmem scen, których nie spodziewacie się zobaczyć w najstraszniejszych koszmarach. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko mogło przydarzyć się każdemu z nas…

Ostatnio dodane