Publicystyka filmowa
Filmy, które są ZA DŁUGIE
Kino potrafi zaskakiwać, ale czy zawsze musi trwać tak długo? Odkryj FILMY, KTÓRE SĄ ZA DŁUGIE i ich filmowe meandry!
Wszyscy kochamy kino. Ale nawet dobry film potrafi się dłużyć. Dziś wybraliśmy tego typu produkcje.
Odys Korczyński
- Irlandczyk – wielkie nadzieje miałem, co do długości również.
Pozostało z nich niewiele. Przede wszystkim zbyt długo reżyser kazał mi patrzeć na dziwną twarz odmłodzonego Roberta De Niro, która wyglądała jak pośmiertna maska. Nawiązując więc do śmierci, obejrzałem ponad trzy godziny przegadanego żegnania się Martina Scorsesego z życiem filmowca, który niegdyś wzbudzał kontrowersje, ale już taki być nie chce. Może gdyby wyciąć nudnawą gawędę narratora, a więc co najmniej godzinę filmu, byłoby lepiej?
- Hobbit: Bitwa pięciu armii – nie dość, że z niewielkiej książki zrobiono wielogodzinną trylogię, to jeszcze niemiłosiernie rozwleczono sceny bitewne. Hobbit J.R.R. Tolkiena posiada materiał na jeden dłuższy film, nie więcej. Reszta to gadanie o niczym, frazesologia na tematy fantasy, męcząca szczękiem mieczy, trupami, które za mało krwawią, no bo przecież target by się rozsypał itp.
- Mroczny rycerz powstaje – niewątpliwie Christopher Nolan tęskni za przemienieniem Batmana w jakiegoś mitologicznego herosa, jednak nie tędy droga – nie przez patetyczną muzykę chrypiący głos Christiana Bale’a i papierowego antagonistę. Tak można tylko zamęczyć widza tą blisko trzygodzinną tyradą podniosłych symboli i wieńczącego je łzawego zakończenia. Gdzie jesteś, Timie Burtonie? Ratunku!!
- Titanic – jaka piękna, romantyczna katastrofa, rzec można.
Ile jednak da się wytrzymać tego katastroficznego romansowania. Patrząc na film Jamesa Camerona z perspektywy socjologicznej, przypomina on niekończącą się prezentację różnych warstw społecznych i relacji między nimi. Mało tego, zrobione jest to w sposób szkolny albo inaczej sprawę ujmując, po najmniejszych kosztach intelektualnych. Film mógłby trwać spokojnie 120 minut, a i tak historia na tym by nie straciła.
- 2001: Odyseja kosmiczna – w kosmosie panuje cisza, co Stanley Kubrick pokazuje doskonale i chwała mu za to. Długość ujęć jednak mógł skrócić. Ani rozwlekłość scen z małpami, ani wizualizacja manewrów kosmicznych nie wpływa na klarowność rozumienia treści przez nie niesionej. 100 minut dla całej opowieści wydaje się optymalnym czasem.
Jacek Lubiński
- Bad Boys II – ostatnio sobie powtórzyłem w ramach powrotu złych chłopców na duży ekran.
Seans ten jedynie potwierdził dawne fakty: w tym filmie jest wszystkiego za dużo – akcji, żartów czy też przesadnie skomplikowanej względem oryginału intrygi. Wszystko to składa się na zdecydowanie zbyt długie doświadczenie kinowe, które w pewnym momencie przestaje bawić, a zaczyna męczyć.
- Co drugi współczesny blockbuster – na dobrą sprawę można podobne zarzuty odnieść do niemal każdego współczesnego „parku rozrywki”. Dawniej kinowe przeboje zamykały się w dwóch, idealnie wyważonych godzinach. Obecnie normą jest dwuipółgodzinny rollercoaster, w którym z reguły to właśnie te dodatkowe pół godziny wydaje się zbędne.
- Władca Pierścieni: Powrót Króla – jeden z nielicznych przykładów filmów, na których seansie byłem bliski zamienienia się w niedźwiedzia zapadającego w zimowy sen. I tak jak szanuję trylogię Jacksona, tak jej finał jest wręcz nieznośnie przesadzony pod względem pompy i właśnie czasu trwania. Rozumiem istotę przekazania materiału źródłowego w jak najlepszej formie, lecz 30 zakończeń to lekka przesada.
- Filmy Bollywood – jednym z powodów, dla których trzymam się z dala od indyjskich produkcji, jest właśnie ich długość. Pomysły ci ludzie mają fajne, wykonanie to też z reguły radość dla oczu, ale przecinanie za każdym razem nawet najprostszych fabuł długaśnymi numerami taneczno-wokalnymi (jakich nie można przewinąć, bo w taki czy inny sposób najczęściej przekazują nam jakieś informacje istotne dla fabuły) i tym samym wydłużanie jej w nieskończoność bywa ponad moje siły.
- Pamiątka – jeden z ostatnich „rarytasów”, na które natrafiłem. Film stosunkowo niedługi, bo trwający dwie godziny. Ale ten czas przy tak błahej, niezbyt porywającej fabule wydaje się dużo za długi i jest w istocie… stratą czasu.
Tomasz Raczkowski
- Hobbit – cała trylogia – po pierwsze: ta historia powinna być opowiedziana w jednym filmie (pewnie 2-3 godzinnym i nie zająknąłbym się o długości).
Ekranizacja jednej, zwartej książki zajęła jednak Peterowi Jacksonowi filmów trzy – i to pierwsze „za długo”. Drugie zaś jest bezpośrednią konsekwencją tej decyzji – każdy z filmów zdaje się przesadnie rozciągnięty tylko po to, by wygenerować trylogię z czegoś, co powinno być pojedynczym prequelem.
- Zjawa – wiem, że ten film musiał tak wyglądać, żeby Leonardo DiCaprio dostał w końcu tego Oscara (notabene bardziej zasłużonego innymi kreacjami niż tą u Iñárritu), ale ogląda się to po jakimś czasie dość mozolnie. Wspaniałe pierwsze sekwencje wyczerpują impet filmu, a potem oglądamy już tylko Leo przedzierającego się ku nagrodzie, a początkowa fascynacja wizją ustępuje miejsca znużeniu jej kreacyjną manipulacją.
- Układ – gdy oglądałem film Elii Kazana, przez ostatnie 30-40 minut co chwila miałem wrażenie, że to już koniec (dodajmy, że oglądałem w kinie, więc nie miałem do dyspozycji pomocnego licznika odmierzającego czas). Co chwila sądziłem, że ten epizod jest doskonałą klamrą obyczajowo-psychologiczno-sensacyjnej intrygi… tymczasem następował po nim kolejny, mnożąc epilogi w sposób, którego ledwie pozazdrościć może Kazanowi Jackson ze swoim Powrotem Króla. I tak za trzecim fałszywym końcem Układ zaczął mnie faktycznie męczyć.
- Oficer i szpieg – Polański to marka i raczej nie zdarza mu się wypuścić filmów kiepskich. Oficer i szpieg to rzetelna robota. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że reżyser, kręcąc ponad dwugodzinny obraz, wyciska ponad miarę bardzo klasyczny i zachowawczy scenariusz. Choć sama afera Dreyfussa to materiał niemal bez dna, mogący posłużyć za podstawę dla wielowątkowego serialu, to w Oficerze i szpiegu wydaje się gdzieś od połowy wyczerpywać. W efekcie film zyskałby na kilku cięciach montażowych i skondensowaniu do bardziej trzymającej suspens formy.
- Nimfomanka – zasadniczo uwielbiam Larsa von Triera, więc wypadałoby uznać, że im więcej jego filmów, tym lepiej. Niestety, taka zasada nie sprawdza się przy Nimfomance – filmie, który był bardzo dobrze pomyślany, świetnie zrealizowany i posiadał momenty znakomite, porywające. Von Trier nakręcił dwuczęściowe dzieło w pełni formy intelektualnej, jednak chyba w dołku reżyserskim, bo decyzja o podziale filmu na dwie części jest raczej przestrzelona – opowieść Joe momentami wydaje się sztucznie rozciągnięta, gubiąc swoją perwersyjną drapieżność. Jako jeden – długi, ale jeden – film byłby wybitny. A tak są to dwa filmy po prostu dobre.
Filip Pęziński
- Irlandczyk – muszę niestety „ukraść” jedynkę redakcyjnego kolegi, ale zeszłoroczny film amerykańskiego mistrza to moim zdaniem definicja filmu zbyt długiego. Martin Scorsese często robił filmy długie, ale zawsze stał za tym metrażem nakręcony materiał.
Irlandczyk się ciągnie, a samej historii jest tam zaskakująco mało.
- Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw – ależ mi się ten film podobał! To dziwne połączenie bohaterów znanych z głównej serii z iście bondowską formułą okazało się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. O jakieś niestety nie dziesięć, nie piętnaście, ale czterdzieści minut za długim. Po przedostatniej akcji całe napięcie siada, a film nie ma już nic ciekawego do zaoferowania.
- Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi – lubię kontrowersyjny film Riana Johnsona, nawet bardzo.
Śmiało postawiłbym go na podium całej Sagi Skywalkerów, ale nie zmienia to faktu, że film jest nieco przydługi i tym samym traci tempo. A wystarczyło ograniczyć wątki Finna, Rose i Poe.
- Kraina miodu – bardzo głośny i doceniony dokument. Bardzo zasłużenie, bo to naprawdę dobra, oryginalna i chwytająca produkcja, ale jednak w tej formie i przy pełnym metrażu nieco nużąca. Choć pewnie po prostu wymykająca się mojej wrażliwości.
- Mroczny Rycerz powstaje – cierpiący na tworzenie nie filmów, ale wielkich arcydzieł Christopher Nolan dobrze wie, że arcydzieło to przecież nie może trwać żałosnych dwóch godzin, nawet jeśli fabuły w nim na półtorej.
Szymon Skowroński
- Blade Runner 2049 – o ile uważam dzieło Villeneuve’a za dzieło z wszech miar udane, o tyle mam jednak wrażenie, że przysłużyłoby się dobrze filmowi przycięcie wątku Deckarda. Generalnie mam problem z tymi wszystkimi sequelami, które powstają po 20-30 latach od poprzedniej odsłony (w tym wypadku – niemal cztery dekady.
..) i próbują ożenić stare z nowym. Zwykle wychodzi niezgrabnie. Tak samo tutaj: do 120 minuty jest to znakomicie rozwijająca się historia z silnym wątkiem głównym, a potem na scenę wchodzi Harrison Ford i całość wydaje się rozjeżdżać w różnych kierunkach. Wolałbym, gdyby nasz stary znajomy Deckard pojawił się w jakimś niewielkim cameo, a nie stawał się równorzędnym niemal bohaterem filmu w 2/3 jego długości…
- Spectre – nie widziałem jeszcze najnowszego filmu Sama Mendesa, 1917, który składa się z kilku baaaardzo długich ujęć zmontowanych tak, by sprawiać wrażenie jednego, nieprzerwanego, widziałem natomiast jego poprzednie Spectre, które jest bodaj najdłuższym i chyba najnudniejszym Bondem.
Po znakomitym Skyfall Spectre wydaje się nieporadną próbą zrobienia nowego Bonda na starych zasadach. Nie wydaje mi się, żeby „mięsa” tej historii było tak dużo, aby była potrzeba rozciągać ją na dwie i pół godziny zamiast dwóch. Na części scen akcji i pościgów po prostu czekałem, aż się skończą, bo nie były ani potrzebne, ani efektowne – ot, standardowe hollywoodzkie łubudubu. Liczę, że kolejny Bond nadrobi niesmak po Spectre.
- Bodyguard Zawodowiec – nie jest to film, który mi się jakoś szczególnie podobał, ani taki, którego nienawidzę, natomiast jedyne, co z niego zapamiętałem, to przeciągnięty do nieprzyzwoitości, niepotrzebny i bezsensowny trzeci akt.
Może chodzi o punkt kulminacyjny, który wybrzmiał za wcześnie, a może po prostu o to, że próbowano na siłę wydłużyć seans. Całkiem niezła chemia między leadami i odmóżdżający humor były niezłym dodatkiem do pudła popcornu, ale ostatnia strzelanina była już tylko jak musztarda po obiedzie.
- Zjawa – po raz kolejny, chodzi o trzeci akt. Dlaczego tak wielu filmowców obecnie uważa, że należy przeciągać finał? Przecież to ostatnia szansa, żeby pozostawić widza w wielkim kotle emocji.
Rozumiem, że umiejętność domknięcia wątków w krótkim czasie jest wyzwaniem, ale na Boga! Zjawa doprowadziła historię do końca, by nagle w ostatnich 20 minutach stać się revenge movie. Nienawidziłem postaci Hardy’ego i tak jak Leo chciałbym dokonać na nim srogiej pomsty w zapalczywym gniewie, ale morałem tej opowieści była siła woli, ducha i ciała, a nie osobiste porachunki między poszukiwaczami złota.
- Skazani na Shawshank – film, który uważam za wzór scenopisarstwa, reżyserii, montażu, operatorki i aktorstwa, ma tylko jedną niepotrzebną scenę.
Osobiście uważam, że całość powinna kończyć się słowami Reda „mam nadzieję…” i widokiem błękitnego oceanu, a spotkanie na plaży można byłoby darować. Amerykanie, w przeciwieństwie do Europejczyków, wolą domknięte zakończenia, ale czasem… lepiej wiedzieć troszkę za mało niż troszkę za dużo.
