nowości kinowe

GWIEZDNE WOJNY: OSTATNI JEDI. To nie skończy się tak, jak uważasz

Ostatni Jedi to film znacznie odważniejszy, ale zarazem mniej spójny niż Przebudzenie Mocy. Jego wady bledną jednak w obliczu potęgi, z jaką oddziałuje na emocje i zmysły. To niesamowity obraz, który wzbudza trochę mieszanych uczuć.

Autor: Mikołaj Lewalski
opublikowano

Zrecenzowanie Ostatniego Jedi wcale nie jest łatwym zadaniem. Rian Johnson, zdając sobie sprawę z oczekiwań i przypuszczeń, jakie zapewne miała większość widzów, postanowił wyjść daleko poza nie, a czasem wręcz je podeptać i zadrwić z nich. Już jedna z pierwszych scen, czyli odnalezienie Luke’a przez Rey (moment kończący Przebudzenie Mocy i rozpalający wyobraźnię przez dwa lata), kończy się w sposób zupełnie zaskakujący i, wydawałoby się, nieprzystający do powagi kosmicznej sagi. Takich momentów jest tutaj znacznie więcej, co powinno zadowolić szczególnie tych, których rozczarowała zachowawczość scenariusza siódmego epizodu. Osobiście jednak jestem rozdarty i choć niektóre zwroty akcji i niespodzianki mnie zachwyciły, to co do innych nie jestem do końca przekonany. Z pewnością jest to film, który wymaga pewnych przemyśleń oraz ponownego seansu, który pomoże poukładać wrażenia i należycie się do nich ustosunkować. Niezależnie od tych wątpliwości, trzeba jasno powiedzieć, że Ostatni Jedi fantastycznie rozwija zarówno nowe, jak i stare postaci, oraz dostarcza kilku naprawdę niezapomnianych momentów.

Tym razem niemalże każda postać ma swoje pięć minut (albo więcej)Przebudzenie Mocy wprowadziło szereg nowych bohaterów, ale siłą rzeczy zdołało ich bardziej zapowiedzieć niż rozwinąć. Z pewnością zachwyceni będą miłośnicy Poego Damerona (Oscar Isaac) – jeszcze bardziej zadziorny niż wcześniej pilot Ruchu Oporu dostaje tu rzeczywiście sensowną rolę z satysfakcjonującą ewolucją. Rey i Kylo Ren (rewelacyjni Daisy Ridley i Adam Driver) przechodzą prawdziwie fantastyczną wędrówkę i uczestniczą w najlepszej scenie całego filmu – Kylo zdecydowanie udowodnił, że nie zasługuje na kpiny, z jakimi się spotkał po siódmym epizodzie. Nieco większą rolę odgrywają zaniedbani wcześniej antagoniści, czyli generał Hux oraz kapitan Phasma, choć wciąż pozostawiają pewien niedosyt. Wreszcie mamy również okazję lepiej poznać Snoke’a i to jest coś, czego nie sposób zapomnieć. Nie rozczarowują także nowe postaci, z których każda okazuje się intrygującym dodatkiem do całej historii. Myślę, że nie jestem jedyną osobą, u której małą niepewność wzbudzał powrót Luke’a i Lei do odgrywania większej roli w całości. Na całe szczęście to właśnie ta dwójka sprawia, że Ostatni Jedi tak błyszczy. Leia po prostu urzeka i intryguje – zupełnie tak jak kiedyś.

Oglądanie Carrie Fisher (której dedykowany jest film) po raz ostatni było czymś pięknym i zarazem smutnym.

Jeszcze lepiej potraktowano rozwój postaci Luke’a. Zmiany, jakie w nim zaszły na skutek wieloletniego odosobnienia oraz traumy spowodowanej tragicznym losem założonej przez niego Akademii Jedi, są jak najbardziej wiarygodne i przekonujące. Mark Hamill pokazuje tu prawdziwą klasę i daje prawdopodobnie najlepszy występ w całej swojej karierze. Ci, którzy oczekiwali powtórki ze szkolenia u Yody, mogą być spokojni, wiedząc, że pobyt Rey na tajemniczej wyspie przebiega inaczej niż bagienne perypetie młodego Luke’a. Naturalnie pobrzmiewają tu pewne echa piątego epizodu, a w całym filmie można znaleźć odwołania także do szóstej części sagi, ale po drodze następuje tyle różnych zmian i przetasowań, że nie jest to tak odczuwalne, jak duch Nowej nadziei Przebudzeniu Mocy.

Johnson posługuje się znanymi motywami z dużym wyczuciem, choć nie udaje mu się uniknąć pewnej chaotyczności niektórych partii filmu, w szczególności nieco doczepionego wątku Finna (John Boyega) i Rose (Kelly Marie Tran). Pomimo niezaprzeczalnej chemii między tą dwójką oraz pomysłowości związanej z nimi sekwencji cała ich misja wydaje się niepotrzebnie wydłużona i nieco oderwana od reszty historii. Jej szczegółów zdradzać nie będę, a zaczyna się ona chwilę po finale pierwszej części. Rey prosi Luke’a o szkolenie Jedi, a Najwyższy Porządek atakuje bazę Ruchu Oporu konwencjonalnymi metodami (jako że ich superbroń została spektakularnie zniszczona). Duża część fabuły to zabawa w kotka i myszkę między dwiema stronami konfliktu, co przywodzi nieco na myśl polowanie Dartha Vadera na Sokoła Millenium, z tym że na znacznie większą skalę. Być może nie każdemu przypadnie do gustu koncept fabularny Johnsona, ale w moim odczuciu to intrygująca idea, nawiązująca do najciekawszych wątków kosmicznych bitew z gwiezdnowojennych powieści, które miałem okazję czytać. Z kolei cała część filmu poświęcona zgłębianiu tajemnic Mocy i konfrontacjach różnych potężnych postaci to po prostu wgniatające w kinowy fotel emocje – mieszanka szoku, zachwytu i potężnego napięcia.

Czasem z tym wszystkim nie do końca współgra humor i „inność” (tematyczna czy też wizualna) tego filmu od innych części sagi, ale generalnie większość żartów osiągała swój efekt, a nietypowe pomysły należycie urozmaicały całokształt. Nie jestem jednak do końca przekonany, czy niemal każda postać powinna rzucać cięte żarty niezależnie od sytuacji – mimo że przez większość czasu udaje się zachować balans luzu i powagi wierny klimatowi starej trylogii. Reżyseria Johnsona zaowocowała także fenomenalną warstwą audiowizualną, która momentami autentycznie zapiera dech w piersiach. Taniec czerwieni podczas naziemnej bitwy, pewien zaskakująco cichy i przepiękny kosmiczny spektakl oraz perfekcyjnie przemyślana sekwencja wyczerpującej walki z użyciem broni białej (ta choreografia!) to obrazy, które pokazałbym każdemu, kto zapytałby mnie, za co kocham kino. Muzycznie jest ciekawie i odpowiednio emocjonująco, aczkolwiek obawiam się, że John Williams już nie da nam kolejnego Battle of the Heroes czy Duel of the Fates. Pomimo wielu naprawdę kapitalnych kadrów i nut chyba jednak pozostałbym przy stwierdzeniu, że to Łotr 1 jest najbardziej imponującym audiowizualnie filmem należącym do serii. Tam również nieco sprawniej pogodzono CGI z praktycznymi efektami specjalnymi, bo choć Ostatni Jedi zachwyca na tym polu przez większość czasu, to nie ustrzegł się kilku kukiełkowych zgrzytów. Większość wspomnianych przeze mnie wad to jednak względnie nieistotne kwestie, które bledną w obliczu potęgi oddziaływania całości. Dostaliśmy bowiem niesamowity i zadziwiający spektakl, pełen świetnie rozwiniętych postaci i szeroko pojętego piękna. Niewolnego od rys, ale za to pełnego odwagi i ryzyka. To należy szanować i docenić.

Jeśli chodzi zaś o ocenę, to wciąż waham się między 8 a 9. Decyduję się na 8, ale niewykluczone, że kolejny seans zmieni to na korzyść Ostatniego Jedi.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane