Publicystyka filmowa
Przerost formy nad treścią? Filmy, w których STYL jest WAŻNIEJSZY od FABUŁY
W filmach takich jak PRZEROST FORMY NAD TREŚCIĄ, styl rządzi. Odkryj dzieła, gdzie wizualne efekty przyćmiewają fabułę, a emocje wirują!
X muza to przede wszystkim sztuka mamienia wizualizacją. Jest to wyraźne zwłaszcza dziś, w dobie CGI, bez którego nie byłoby tych wszystkich superbohaterskich fikołków oraz innych cudów. W obecnym Hollywood chodzi już tylko o przeładowanie efektami, zatem do większości tamtejszych blockbusterów można odnieść stary jak świat argument o przeroście formy nad treścią. Są jednak i takie filmy, w których to właśnie owa forma jest kluczowa dla powodzenia całego widowiska – takie, w których fabuła schodzi na dalszy plan, znacząco ustępując różnorakim zabiegom wizualnym.
Poniżej dyszka przykładów takowych dzieł. Komentarze są oczywiście głodne kolejnych.
300
Film na podstawie komiksu, który z kolei został oparty o historię starożytną, mógł pójść w różne strony. Ostatecznie przybrał jednak formę wypełnionego po brzegi testosteronem wizualnego „orgazmu na polu bitwy” (że tak zacytuję redakcyjnego kolegę). Pomijam tu już fakt specyficznej kolorystyki, wylewającego się z kadrów patosu i dosłownie wyrzeźbionych na aktorach perfekcyjnych mięśni, które z pewnością stawiają ten film wśród TOP 10 ulubionych grzesznych przyjemności wszystkich pań. Ale przede wszystkim 300 (nie mylić z czystą) zwolnionym tempem, czyli tak zwanym slo-mo stoi.
Bez tego zabiegu całość byłaby jak bez ręki (albo, jak jeden z bohaterów tej opowieści, bez oka) – niekompletna. Byłaby też bez sensu, bo gdyby tę walkę na śmierć i życie między skałami a głębokim, błękitnym morzem, pokazać „po bożemu” lub też, co gorsza, po bourne’owsku, to cały czar filmu szybko by prysł. Ale w końcu to nie jest film – TO… JEST… SPARTA!!!
Avatar
Gdy blockbuster Jamesa Camerona wchodził do kin, niemal od razu zderzył się z zarzutami o wtórność i brak oryginalności świata przedstawionego. Przeciwnicy tej produkcji do dziś lubią pisać o niej, że to po prostu kosmiczna wersja Pocahontas.
Ale też zdają się oni zapominać, że Avatar powstał przede wszystkim jako nośnik konkretnej technologii, której możliwości miał w pełni zaprezentować podróżą na Pandorę. I wywiązał się z tego z nawiązką, bo 3D w tym filmie jest perfekcyjne, nadal pozostając wykładnikiem jakości tej techniki. I choć od strony fabularnej trudno tak naprawdę się do czegoś przyczepić, bo historia jest konsekwentnie poprowadzona, spójna i odpowiednio atrakcyjna, to ostatecznie Avatar miał przede wszystkim porażać wizualnie, mamić detalami. Co też czyni.
Final Fantasy: Wojna dusz
Swego czasu miała być to rewolucyjna rzecz powstała za grubą kasę. A wyszedł z tego filmik, który poległ finansowo i szybko o nim zapomniano. Właściwie od początku nikt nie ukrywał, że chodzi jedynie o stworzenie pierwszego pełnometrażowego fotorealistycznego filmu animowanego, zatem jakoś tam oparta na serii gier fabuła na nikim większego wrażenia nie zrobiła – ot, sympatyczna przygodówka, nawet z ambicjami, lecz ostatecznie rozchodząca się po kościach.
Pozbawiona całej swojej komputerowej otoczki zapewne dość łatwo przepadłaby wśród innych tytułów przeznaczonych prosto na rynek wideo, nawet z tak doborową obsadą głosową. A tak przynajmniej jakoś się w tej historii kina zapisała. Gorzej, że po latach nawet jej największy atut stracił na sile…
A Ghost Story
Ta specyficzna opowieść o przemijaniu i upływie czasu została zaprezentowana w dość nietypowy sposób, bo za pomocą iście pudełkowatego formatu obrazu o zaokrąglonych rogach. Taki archaiczny wygląd miał zwiększyć klaustrofobiczną atmosferę filmu, którego narracja również jest dość nietuzinkowa.
Reżyser przedłuża jedne sceny w nieskończoność (słynne jedzenie ciasta), podczas gdy inne, ważniejsze, wydają się znikać w ułamku sekundy. Jakby tego było mało, główny bohater – tytułowy duszek – przedstawiony został jako błąkające się po kadrze milczące prześcieradło z dziurkami. Wszystkie te elementy składają się na konkretną wizję oraz fabułę, która bez nich byłaby zapewne niezbyt przekonującym niezależnym tytułem, banalnym tworem o życiu pozagrobowym, jakich wiele.
Grawitacja
Małe bum-bum w kosmosie z udziałem Sandry Bullock to w większości olbrzymi eksperyment operatorski, mający na celu ukazać zagubienie jednostki ludzkiej w kosmosie oraz wpływające na nią siły fizyczne – w tym rzeczoną grawitację. Długie ujęcia, liczne jazdy kamery, bezustanna dynamika obrazu podpartego jeszcze trójwymiarową głębią stanowią istny rollercoaster wśród gwiazd. Wrażenie to mocno przytłacza momentami fabułę, która z jednej strony została poprowadzona zgodnie z nauką, a z drugiej zdaje się jej niejednokrotnie przeczyć, co budzi mieszane uczucia.
Koniec końców emocje u widza wywołuje w pierwszej kolejności technika i sposób jej wykorzystania. To jej podlega cała narracja i to jej film Alfonso Cuaróna – twórcy słynącego wszak z wizualnie niebanalnych projektów – zawdzięcza cały sukces.
Mad Max: Na drodze gniewu
Już wcześniej pisałem, że ten film pod względem fabularnym nie ma w sumie zbyt wiele sensu. Ale trudno się temu dziwić, bo jest to w gruncie rzeczy jeden wielki wyścig po pustyni – jak i część jego poprzedników. Ot, w świecie postapokalipsy, gdzie woda i ropa stanowią towar deficytowy, grupka zwyroli w śmiesznych ciuszkach goni za drugą grupką. I wszyscy używają do tego silników Diesla bądź pochodnych. Raczej nie jest to więc wielkie kino, które można by było analizować na milion sposobów.
Ale za to jak to jest nakręcone! Korekcja barwna i dynamika obrazu – podkręcona perfekcyjnym montażem oraz przyspieszonym (chwilami dość niezręcznie) tempem wyświetlania – dosłownie wdeptują człowieka w ziemię, sprawiając, że ten szybko zapomina o jakichkolwiek niedostatkach opowieści. Tym samym czwarty Mad Max szybko stał się definicją czystego kina rozrywkowego na najwyższym poziomie.
Memento
Ten wciąż chyba najlepszy i najbardziej nieszablonowy film Christophera Nolana to mały wyjątek na liście, bowiem pod każdym możliwym względem jest to rzecz niesamowicie przemyślana. Na tyle, że gdy Memento puścimy sobie po kolei, to nadal się klei i emocjonuje. Sęk jednak w tym, że cała siła rażenia ukryta jest tu właśnie w oryginalnej strukturze filmu, który trzeba śledzić z uwagą i zwracając uwagę na detale. To rzecz perfekcyjnie oddająca stan umysłu głównego bohatera i zarazem sama w sobie dobra na ćwiczenie pamięci. Gdyby więc z tej formy opowiadania zrezygnować, zapewne cały projekt przeszedłby bez większego echa.
Sin City: Miasto grzechu
Z przeniesieniem komiksu na duży ekran wiąże się sporo niedogodności. Trudno wszak idealnie oddać klimat nieruchomych kadrów z dymkami w rządzącym się własnymi prawami ruchomym obrazie. Twórcy Sin City zdecydowali się jednak dosłownie tchnąć życie w historię autorstwa Franka Millera, z pomocą samego zainteresowanego oraz techniki CGI adaptując je w skali jeden do jednego.
Niepodrabialna czarno-biała faktura, w której przebijają się tylko poszczególne, ważne dla fabuły kolory, zyskała iście filmową głębię, jednocześnie wciąż pozostając tak sympatycznie dwuwymiarową, statyczną kompozycją. Doskonale współgra ona z imponującą stawką aktorską i solidnym scenariuszem, stanowiąc na swój sposób dzieło kompletne, którego nie udało się już potem podrobić nie tylko podobnym projektom, ale też i sequelowi. Ale nie oszukujmy się – Miasto grzechu żyje przede wszystkim dzięki takiej, a nie innej formie wyrazu. Bez niej byłoby zwyczajnie pustym miejscem na filmowej mapie.
Tron / Tron: Dziedzictwo
Ambitne przedsięwzięcie Disneya z wczesnych lat 80. to jeden z prekursorów animacji komputerowej, użytej w celu przedstawienia… wnętrza gier komputerowych. Taki pomysł niejako odgórnie ograniczył potencjał fabularny, który tu stanowi połączenie typowych elementów kina przygodowego z komputerową rozgrywką. Obecnie jest to klasyka, ale z rodzaju właśnie tych filmów, które byłyby niczym bez swojej wizualnej otoczki. Tę po latach postanowiono w końcu odświeżyć. Tak powstał sequel, odrobinę wychodzący zarówno poza świat wirtualny, jak i schemat narracji znanej z oryginału.
Ale tylko nieznacznie, generalnie to bowiem jeszcze bardziej porażające efektami widowisko, dodatkowo uzupełnione niezwykle atrakcyjną ścieżką dźwiękową i fragmentami nakręconymi w formacie IMAX. W obu filmach jak najbardziej chodzi więc w pierwszej kolejności o wywołanie u widza opadu szczęki, a dopiero później o jakiekolwiek wrażenia intelektualne i emocjonalne zaangażowanie. Szczęśliwie i tego nie brakuje.
Twój Vincent
Jedyna jak do tej pory pełnometrażowa animacja malarska to film złożony z około 65 tysięcy (!!!) ręcznie wykonanych obrazów, które przez siedem lat blisko stu malarzy wykonywało techniką wiernie naśladującą twórczość van Gogha – cichego bohatera Twojego Vincenta, poszukiwanego przez resztę postaci. Rezultatem tych starań jest dzieło naprawdę przepiękne, które dosłownie płynie na ekranie, poruszając już samym swoim wysiłkiem odwzorowującym niejako wizję świata tego wielkiego artysty. Trudno było do takiego projektu dopisać równie porywającą fabułę odnoszącą się do życia malarza. Ta więc finalnie ginie pod doskonałą formą, stając się w gruncie rzeczy mało interesującym – acz dalekim od banału – dodatkiem do pięknych pociągnięć pędzla. Śledzimy ją zresztą właśnie po to, by zachwycać się kolejnymi zjawiskowymi kadrami. Oto prawdziwa magia kina!
