search
REKLAMA
Zestawienie

NIEDOCENIONE science fiction produkcji Netflixa

Tak jak w przypadku każdej firmy producenckiej, która posiada w swoim portfolio wiele dzieł filmowych, tak i w przypadku Netflixa jest możliwe, aby wybrać te produkcje science fiction, które...

Odys Korczyński

30 sierpnia 2022

REKLAMA

Zdarzyło się Netflixowi wyprodukować rewelacyjne i docenione przez widzów filmy science fiction. Znacznie więcej było jednak porażek i tych złych tytułów nie da się w żaden sposób obronić. Jak jednak w przypadku każdej firmy producenckiej, która posiada w swoim portfolio wiele dzieł filmowych, tak i w przypadku Netflixa jest możliwe, aby wybrać te produkcje sci-fi, które albo niesłusznie zostały ocenione niżej, niż powinny, albo przeszły zupełnie bez echa mimo relatywnie dobrych opinii. Nie jest tych filmów dużo. Raczej też nie mają one szansy na stanie się tytułami kultowymi, ale warto je znać, bo wnoszą nieraz sporo świeżości do nieco już wyczerpanego tematycznie i formalnie gatunku fantastyki naukowej.

Niebo o północy (2020), reż. George Clooney

Rotten Tomatoes 49 (rotten)/26% od publiczności, na Filmweb dramatyczne 4,9, a od krytyków 3,8. Porównajcie tę ocenę chociażby z wynikami iBoya w ramach tego zestawienia. Czy nie jest to irracjonalne, z całym szacunkiem do niedocenienia iBoyaNiebo o północy to jeden z lepszych filmów science fiction nakręconych w XXI wieku i paradoksalnie odpowiadają za to tak niedoceniany Netflix i George Clooney. Ten drugi nie ma wielkiego doświadczenia w sci-fi. Spodziewałbym się bardziej, że dzieło tego typu nakręci Alex Garland albo Denis Villeneuve. Może jednak dobrze się stało, bo doświadczenie aktorskie i reżyserskie Clooneya w gatunku dramatu psychologicznego okazało się nieocenione przy opowiadaniu historii w Niebie o północy. Spotkałem się z opiniami krytyków, że produkcja jest pusta, nudna, przy jej oglądaniu można zasnąć, nie kończy się żadną niesamowitą kulminacją i wręcz niedojrzale podchodzi do problemu głównych postaci – jest w gruncie rzeczy tanią opowieścią o samotności. No cóż, każdy postrzega tę produkcję poprzez swoją konstrukcję emocjonalną i doświadczenie. Traktowałbym Niebo o północy raczej jako historię trudnych decyzji, jakie musi podjąć człowiek w ciągu całego życia, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że mogą być one nieodwracalne, historię o tym, jak po latach spróbować powiedzieć to, co się powinno zrobić znacznie wcześniej, jak zdobyć się na odwagę i zapłacić tę nieuniknioną cenę za swoje błędy. Stwierdzenie, że Niebo o północy jest tylko filmem o samotności z planetarną zagładą w tle, jest, o ironio, właśnie takie jak zarzuty wobec produkcji. Film wymaga spokoju, empatycznej cierpliwości oraz umiejętności zauważania metaznaczeń (np. rozmowa o Polaris). Poza tym zawiera wiele ciekawych rozwiązań niespotykanych w gatunku sci-fi (chociażby konstrukcja napisów końcowych). A najlepszym podsumowaniem tego dzieła niech będą słowa Sancheza, który podjął już decyzję o samobójczym powrocie na niezdatną do życia Ziemię wraz z ciałem Mayi: Dużo myślałem o czasie, o tym, co z nim robimy i dlaczego. Czemu jeden przeżywa całe życie, a inny ma tylko kilka lat. Moja córka Maria umarła, gdy miała 4 lata. Byłaby w tym samym wieku, co Maya. Czasami nocą, gdy nie mogłem spać, wyobrażałem sobie, że są przyjaciółkami. Rozmawiają o szkole albo o chłopcach. Chcę zabrać Mayę do domu. Tak najlepiej wykorzystam swój czas. Dobrze jest tak żyć, żeby uświadomić sobie, że nie ma nic ważniejszego dla człowieka niż to, co widzimy w scenie 1:48.00. Za to sugestywne przypomnienie mi, gdzie moje miejsce, dziękuję George’owi Clooneyowi.

 

iBoy (2017), reż. Adam Randall

69/39% w serwisie Rotten Tomatoes, 5,8 na Filmweb – to stanowczo zbyt mało. Można się tylko domyślać, co spowodowało tak małe zainteresowanie produkcją u widzów. Być może zdecydował o tym kraj produkcji, który raczej nie ma renomy w tworzeniu „wielkiego”, blockbusterowego kina science fiction. Z drugiej strony jednak widzowie nie oczekują tylko widowiskowych i drogich efektów specjalnych. Przez lata obecności sci-fi w kinematografii zdążyła się już wychować i wykształcić spora grupa odbiorców, którzy szukają w fantastyce naukowej powagi i mądrości, jakiej np. oczekuje się od dramatów. Dlatego w niedocenieniu iIBoya nie chodzi tylko o pieniądze. Gdyby tak opowiedzieć historię Toma (Bill Milner) nieco lepiej naukowo. Postawić jakąś futurystyczną hipotezę na temat jego zdolności i pozostawić w widzu po zawiązaniu się akcji niedosyt, że jednak wszystko nie stało się tak jasne? Może wtedy krytycy byliby bardziej przychylni, a film nie trwałby jedynie 90 minut. A tak zaserwowano nam ascetyczne formalnie kino z nieco mgliście zarysowaną futurologią technologiczną i elementami superbohaterstwa. Niemniej jednak od iBoy’a nie można się oderwać, bo pod względem sensacyjnym jest to dobrze zrobione kino. Produkcję ozdabia aktorsko Maisie Williams, a główny aktor nie przeszkadza jej w nakreśleniu dramatycznych problemów obecnych nastolatków. Produkcja ta powinna być jedną z filmowych lektur dla rodziców współczesnego pokolenia smartfonów. Wcale jednak nie twierdzę, że obejrzeć ją należy tylko dlatego, żeby zniechęcić dzieci do aktywności w Internecie. Problem nie sprowadza się do zamknięcia smartfonów i komputerów w pancernej szafie. To nie pomoże i nie jest metodą, jak każdy zakaz wobec myślącego człowieka.

Blasted: Kumple kontra kosmici (2022), reż. Martin Sofiedal

Rotten Tomatoes 39% od publiczności, na Filmweb zaledwie 3,9. Jedyne, co można zarzucić temu filmowi, to brak powagi. A jego największą zaletą jest doskonałe zarysowanie psychologiczne postaci, co się w kinie science fiction rzadko zdarza. Niewyobrażalnie drogie blockbustery za setki milionów dolarów nie mogą sobie poradzić z podstawowym i pozbawionym banału opisem postaci, a ten nic nieznaczący w historii science fiction prześmiewczy filmik robi to doskonale, mięsiście i niezwykle mądrze. Celowo używam tu tego słowa zamiast „inteligentnie”, bo od produkcji filmowych często oczekujemy wciągnięcia nas w historię życiową, a nie na siłę moralizatorską, na dodatek z zacięciem naukowym, jak to tzw. ambitne kino sci-fi potrafi. Wracając do tego braku powagi, jako miłośnik gatunku zarówno w postaci literackiej, jak i filmowej odnoszę wrażenie, że fani fantastyki naukowej tak bardzo chcą dorównać prozie i gatunkom, powiedzmy, że klasycznym, takim jak dramat, film obyczajowy czy sensacyjny, że wyrugowali zupełnie ze swojego gustu lekkość i dystans komedii z elementami fantastyki mniej lub bardziej naukowej. Zapewne jest to pokłosie usilnych starań, żeby rzeczony gatunek uczynić poważnym, co jest synonimiczne z wartościowym, godnym polecenia czy też po prostu mądrym. Wciąż dla wielu krytyków literackich proza science fiction jest niedojrzała i pretensjonalna tylko dlatego, że eklektycznie traktuje życiowe problemy i łączy je z efektami działania wyobraźni na temat tego, co technologicznie i naukowo wciąż nie istnieje? Dewaluacja ta przeniosła się na krytyków filmowych i oto efekt – komedie science fiction nie pasują do tzw. walki o powagę gatunku sci-fi, żeby nareszcie był on traktowany poważnie. Blasted poważny nie jest, za to bardzo naturalny i ludzki. Efekty specjalne są jedynie elementem uzupełniającym historię, a nie dominującym, co jest znakomitym zabiegiem. A nawet gdyby wszystko inne było zupełnie niezdatne do oglądania, warto zobaczyć jasnowłosych bliźniaków.

Psychokineza (2018), reż. Sang-ho Yeon

Rotten Tomatoes 80/58%, a na Filmweb zaledwie 5,2 przy 748 ocenach. To pokazuje, jak publiczność nie ufa kinu azjatyckiemu innemu niż chińskie, chociaż w przypadku gatunku sci-fi Chińczycy nie są potęgą. Skupili się raczej na szeroko pojętym fantasy. W przypadku jednak kina gatunkowego koreańskiego nieufność wobec innej kultury może mieć ogromne znaczenie, a warto ją przełamać. Telekineza dość sprawnie do komediodramatu obyczajowego dodała elementy kina fantastycznego i superbohaterskiego. Film jednak nie jest zdominowany efekciarstwem i typowymi dla kina sci-fi tematami – technologia, kosmos, nowości medyczne, roboty itp. Na pierwszym miejscu jest nic nieznaczący wobec korporacyjnej władzy człowiek, który nawet jeśli uzyska jakieś supermoce, wciąż jest na przegranej pozycji w stosunku do systemu. Za ten społeczny realizm i nieco surrealistyczne podejście do tematu telekinezy powinno się docenić tę produkcję. Nie jest gorsza niż duża część zachodniego kina sci-fi, która ma dziesiątki tysięcy ocen, a nie zaledwie mniej niż tysiąc.

Space Sweepers (2021), reż. Sung-hee Jo

Rotten Tomatoes 69/78%, a na Filmweb 6,4. Można więc stwierdzić, że zwłaszcza poza rynkiem polskim produkcja została doceniona. W tym więc zestawieniu to produkcja najmniej skrzywdzona, ale czy to wystarczy? Docenienie nie polega tylko na wystawieniu pochlebnych ocen, ale i na stworzeniu wokół filmu tzw. fame’u, co pozwoli mu stać się tytułem kultowym, a przecież fani sci-fi uwielbiają wszystko, co takie jest. Żałuję, że nie widziałem Space Sweepers w kinie, zwłaszcza w IMAX 3D. Byłaby to uczta dla oczu, ale nie tak jak np. w Valerianie, wszystko skończyłoby się na wrażeniach estetycznych. Koreańska produkcja jest o wiele lepiej wypełniona treścią. Posiada żywych bohaterów, a nie epizodyczne lalki krążące po ekranie jak cienie. Z powodzeniem może konkurować np. z nową odsłoną Gwiezdnych wojen, począwszy od Przebudzenia mocy, i z pewnością wypadnie od nich znacznie lepiej.

W cieniu księżyca (2019), reż. Jim Mickle

Rotten Tomatoes 57 (rotten)/40%, na Filmweb 5,8. Krwotoki z ust, nosa, oczu, uszu, unoszące się z gracją zakrwawione truchła świń wraz z elementami rozczłonkowującej się karoserii samochodu, a wszystko to okraszone muzyką klasyczną – m.in. wprowadzający Nokturn Jeffa Grace’a – dla zainteresowanych notacja muzyczna tego utworu dostępna na musescore.com. To niemalże oniryczne przedstawienie przemocy może odstraszyć, zwłaszcza że film wyraźnie nawiązuje klimatem do niegdysiejszego kina noir. Sama koncepcja zbrodni rozwija się w toku fabuły ciekawie i trzyma w napięciu, zawiera także elementy fantastyki naukowej nietuzinkowo wplecione w fatalistyczną historię. Zdjęcia są zrobione dosadnie bez patyczkowania się z wrażliwością widza. Narracja prowadzona jest w ten sposób, że wymaga uwagi; odejście od ekranu na pięć minut może zaważyć na zrozumieniu całej opowieści. Ten eklektyzm najwidoczniej przeszkadzał. Z niezrozumiałych powodów produkcja została zapomniana, a powinna stać się wspominanym i polecanym klasykiem współczesnego kina neo-noir sci-fi.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA