search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

Największe ABSURDY trylogii STAR WARS Disneya

Odys Korczyński

15 stycznia 2021

REKLAMA

Dlaczego wszystkie wraki działają?

Odnoszę się tu głównie do akcji na Pasaanie, ale też stanu Sokoła Millennium czy wykraczającego poza świat duchów wydobycia z morskich głębin swojego X-Winga przez Luke’a Skywalkera na Ahch-To. Wszystko zawsze działa, a jak nie, to przynajmniej po niewielkich naprawach zaczyna, nie wspominając już o zawsze pełnych bakach paliwa. Nikt się nim nie przejmuje, a przecież owe statki muszą skądś pozyskiwać energię. Rozumiem tzw. grywalność filmu i skróty myślowe. Cały świat GW w nowej odsłonie przypomina jednak składowisku złomu. Jedynie Najwyższy Porządek dysponuje statkami, które wyglądają na nowe. Reszta przypomina nienadające się do niczego zardzewiałe szroty, które jednak wciąż podróżują w hiperprzestrzeni i zupełnie nie ima się ich zmęczenie materiału. A gdzie chociażby przeglądy? Naprawy wyglądają jak grzebanie w silniku za czasów PRL wszystkimi dostępnymi narzędziami, no i ta mnogość wszelkich drucików w najprzeróżniejszych kolorach, a brak układów scalonych. Czyżby w czasach skoków nadprzestrzennych powrócono do stylu budowania wnętrz urządzeń rodem z odbiorników radiowych w latach 70. XX wieku?

Powrót Imperatora na początku Skywalkera: Odrodzenia

Wątek Imperatora przewija się w tym tekście kilka razy, dlatego nie będę niektórych wniosków powtarzał. W przypadku tak ujętego absurdu chodzi bardziej o moment fabularnej prezentacji Imperatora. Nie rozumiem, dlaczego już na początku twórcy wszystko wyjaśniają. Imperator mógł stać się rodzynkiem filmu, pokazanym w drugiej połowie, a nie na wstępie. To tak jakby zaspojlerować cały film, a potem już tylko czekać na poszczególne wydarzenia. Nietrudno się było domyślić reszty fabuły. Wiadomo, że Imperator będzie chciał, żeby albo Kylo, albo Rey zajęli jego miejsce. A sposobem osiągnięcia tego celu było zabójstwo Imperatora, lecz najpierw Rena lub Rey między sobą. Nie sposób takim postępowaniem zbudować nawet namiastki suspensu w produkcji filmowej. Najwidoczniej spece z Disneya uznali, że widzowie są zbyt głupi, żeby zwracać uwagę na budowanie napięcia w fabule.

Po co gwiezdnym niszczycielom wieża nawigacyjna na planecie Exegol?

Żeby rebelianci mieli jak uzasadnić swoją wygraną w bitwie, gdyż w porównaniu z siłami odradzającego się Imperium nie mieli żadnych szans, nawet z przybyłymi później posiłkami. Trzeba było wymyślić jakiś wybitnie nielogiczny sposób wygrania tych dobrych, chociaż do kosmicznych rozmiarów wybudowano potęgę tych złych. Innego uzasadnienia nie widzę, chociaż mam świadomość, że przeniesienie dowodzenia z wieży na okręt flagowy było dobrym rozwiązaniem utrudniającym rebeliantom wygraną. Dobro jednak musiało zatriumfować. Cóż to więc za zabawa, takie happy endy? Wciąż pozostaje do rozwikłania naciągana kwestia owej nawigacji. Czy w dobie, gdy niszczyciele zostały wyposażone w działa zdolne do niszczenia całych planet, jak w przypadku Kijimi, wciąż nie rozwiązano problemu nawigacji? Nie chce mi się wierzyć, że wiedza o hiperprzestrzeni nie szła w parze z rozwijaniem zdolności nawigacyjnych.

Do czego przydała się obecność Lei Organy w ostatniej części trylogii?

Leia przekazała całą swoją moc Rey, żeby ta uleczyła śmiertelnie zranionego Bena Solo. Miałoby to sens, gdyby nie forma ukazania Organy w filmie, owej nieszczęsnej ostatniej części sagi. Sposób prezentacji Carrie Fisher w tej roli był kompromitujący zarówno dla niej, jak i dla twórców. Leia właściwie nie poruszała się na nogach. Jakaś kukła z jej twarzą przesuwała się czasem na ekranie, opowiadając łamiące intelekt truizmy, kompletnie pozbawione znaczenia dla historii. A szczególnie sztuczne były ujęcia od tyłu. Wszelkie ruchy Lei zostały ograniczone do minimum. Żal było patrzeć na ten spektakl bezwładu. Znów chęć odcinania kuponów od legendarnych postaci sagi wzięła górę nad szacunkiem i do Lucasa, i do zmarłej Carrie Fisher.

Odys Korczyński

Odys Korczyński

Filozof, antyteista, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu w wydaniu Slavoja Žižka, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz reklamowym. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA