search
REKLAMA
Zestawienie

NAJLEPSZE filmy SCIENCE FICTION 2020 roku

Jakub Piwoński

31 grudnia 2020

REKLAMA

Tenet

To obok Niewidzialnego człowieka drugi film, który polska publika mogła oglądać w kinach. Okoliczności nie były jednak dla dzieła Christophera Nolana sprzyjające. Tenet miał swoją premierę w okresie letnim, w samym środku pandemii Covid-19. Podczas gdy wszyscy dystrybutorzy wycofywali swoje tytuły z kin w obawie przed finansową klapą, Nolan z uporem godnym maniaka wprowadził Tenet, zawierzając, że publika pójdzie na jego film nawet w obliczu utrudniających seans obostrzeń sanitarnych. Trudno powiedzieć, czy się przeliczył, bo film coś tam zarobił, ale wszyscy i tak mówią o tym, że zarobiłby o wiele więcej, gdyby nie pandemiczne okoliczności. Całej sprawie wyjątkowego znaczenia nadawał fakt, iż oczekiwania publiki względem Tenet były równie wielkie, jak ego brytyjskiego reżysera, od lat kierującego się ambicjami w kreśleniu mądrzejszego oblicza kina rozrywkowego. Czy się udało? Moim zdaniem tak, choć Tenet nie jest filmem wolnym od problemów, bo ma ich kilka.

Zacznijmy od tego, że już na początku seansu nie bardzo rozumiałem, którymi drzwiami do produkcji o takiej skali wszedł John David Washington. Syn słynnego czarnoskórego aktora nie odziedziczył nawet procentu charyzmy swego ojca i prawdopodobnie nie zdoła wyjść z jego cienia w dalszym etapie kariery. W Tenet jego oczy są jakby martwe, jego wyraz twarzy mówi jeszcze mniej, choć, co zaskakujące, scenarzyści dali aktorowi żywe kwestie do odegrania, z którym to zadaniem sobie po prostu nie radził. Znacznie lepiej wygląda w filmie drugi plan aktorski z wisienką na torcie w postaci rewelacyjnego jak zawsze Roberta Pattinsona. Aż dziw, że to on nie dostał tutaj roli głównej. Można także ponarzekać na przesadnie pogmatwaną fabułę, która w tej zabawie koncepcją czasu została w dodatku wzbogacona naukowymi wycieczkami, z których trudno cokolwiek zrozumieć. Można wspomnieć także o przesadnej pompatyczności scen akcji i kilku innych sprawach, które idealnie wpasowują Tenet w szufladę kinowego przerostu formy nad treścią. Można, ale ja tego robić nie będę, z bardzo prostego powodu. Bo bawiłem się na Tenet wybornie. Jestem wyznawcą starej zasady, że jeśli film trwający więcej niż dwie godziny trzyma mnie w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, nieustannie intrygując kolejnymi woltami i podsycając ciekawość przed kulminacją, to jest to kino po prostu udane. Cel został osiągnięty – spodziewałem się inteligentnej, oryginalnej rozrywki spod znaku science fiction i dokładnie to otrzymałem. Nie jest to arcydzieło, do miana którego pewnie pretendował sam reżyser, ewidentnie Tenet nie wytrzymuje porównania z Incepcją czy Memento, ale jest to zarazem kino akcji kompletne, tak energiczne, frapujące i rewelacyjnie nakręcone, że z pewnością niejednokrotnie do niego wrócę.

Czas łowów

Tak bardzo psioczy się na Netfliksa za to, że nie dostarcza jakościowych produkcji, a tu proszę, kolejne miłe zaskoczenie rodem z biblioteki medialnego giganta. Uwielbiam kino koreańskie, więc dla mnie Czas łowów miał już jeden punkt więcej przed seansem. Ta kinematografia jak żadna inna potrafi czerpać z wielu gatunków, bawić się konwencjami i przewidywaniami widowni, kierując jednocześnie do bardzo wyrazistej, społecznej wymowy. Tym właśnie zachwycił nas wszystkich Parasite i poniekąd taki jest właśnie Czas łowów (notabene, oba filmy łączą się w osobie aktora Woo-sik Choi, który w Czasie łowów gra kolejną świetną rolę). Bo czego tu nie ma. Z początku czarna komedia ustępuje miejsca kryminałowi, by w konsekwencji wejść w ramy bardzo mocnego dreszczowca, podszytego wybitnie energicznymi scenami akcji. Słusznie zapytacie więc, gdzie to science fiction? Już odpowiadam. Tak się składa, że akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, tuż po finansowym kryzysie. To właśnie fakt, iż bohaterowie zostają przypięci do muru poprzez utratę środków do życia, determinuje wydarzenia w filmie. Tak rodzi się szalony pomysł skoku na kasyno, kradzieży sporej gotówki, ucieczki i… narażeniu się niewłaściwym osobom. Co z tego wyniknie, przekonajcie się sami. Jednego możecie być pewni – Czas łowów wstrząśnie wami niejednokrotnie, przy okazji często was zaskakując. Takiego kina nigdy za wiele. I jeszcze jedno. Jakby mało było w filmie gatunkowych smaków, całość, za sprawą rozgrywania się w dystopijnym świecie, podszyta jest stylistyką postapokaliptyczną, ponieważ duża część akcji odbywa się w opuszczonych fabrykach i slumsach. To robi świetny klimat.

Honorowa wzmianka:

Niebo o północy

Niewiele zabrakło filmowi George’a Clooneya do tego, by znaleźć się na mojej liście najlepszych SF roku 2020. Niebo o północy jest bowiem filmem szalenie nierównym. SF od zawsze pełniło funkcję proekologicznej przestrogi i tak też dzieje się i tym razem. Świat zwiędnął, dlatego ludzkość musiała przeskoczyć na lepszy kwiat. Film rozgrywa się na dwóch planach, część akcji toczy się na Ziemi, śledząc losy samotnego naukowca chcącego nawiązać kontakt z pozaziemską kolonią, natomiast druga część historii opowiedziana jest z perspektywy statku kosmicznego orbitującego w okolicach księżyca Jowisza, na którym stwierdzono warunki zdatne do życia. I taki to właśnie film na pół przedzielony. Choć posiada zachwycającą stronę wizualną, ukazującą zimową Arktykę oraz efektowną architekturę i scenografię statku kosmicznego, to jednocześnie jest to film opowiedziany wyraźnie za wolno, nużący niemal od pierwszej sceny i w dodatku boleśnie przewidywalny. Niebo o północy broni się jednak bardzo ciepłym, jak na okoliczności przeżywane przez bohatera, i przyjaznym klimatem oraz rewelacyjną grą George’a Clooneya, reżysera we własnej osobie. Aktor wyraźnie wrócił tu do roli z Solaris Stevena Soderbergha, ponieważ po raz kolejny futurystyczne uwarunkowania stały się dla niego pretekstem do ukazania dojmującego osamotnienia. Film polecam, choć jednocześnie przestrzegam, że niejednego widza może on najzwyczajniej zmęczyć i rozczarować uczuciem finalnej pustki.

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Kulturoznawca, pasjonat kultury popularnej, w szczególności filmów, seriali, gier komputerowych i komiksów. Lubi odlatywać w nieznane, fantastyczne rejony, za sprawą fascynacji science fiction. Zawodowo jednak częściej spogląda w przeszłość, dzięki pracy jako specjalista od promocji w muzeum, badający tajemnice początków kinematografii. Jego ulubiony film to "Matrix", bo łączy dwie dziedziny bliskie jego sercu – religię i sztuki walki.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA