Recenzje

TENET. Ten Nolan jakiś nie ten… czy jednak ten?

Najgłośniejsza premiera lata 2020

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

Czas powrotów

Kilka przesunięć premiery, fabuła owiana tajemnicą i 205 milionów dolarów budżetu. Po długim oczekiwaniu i blockbusterowej posusze nowy film Christophera Nolana wjeżdża wreszcie na ekrany, a kina na niemal całym świecie liczą w związku z tym na poprawę swojej finansowej sytuacji. Jaki jest więc Tenet?

Nolan powraca do jednego ze swoich flagowych tematów, czyli do czasu. W Memento zaburzał chronologię przedstawionych wydarzeń, w Interstellar zobrazował względność czasu w kosmosie, w Incepcji stworzył fantazję o podróży przez sny i wymiary, a w soundtrack Dunkierki wkomponował tykanie zegara, skutecznie generując napięcie. Z kolei w Tenet bohaterowie wpadają na trop zdumiewającej technologii, przysłanej z przyszłości: naboi z zaburzoną entropią, u których skutek poprzedza przyczynę. Najpierw jest zatem trafienie, a potem wystrzał… Nieznana technologia może się okazać wyjątkowo niebezpieczna, dlatego śladem bezimiennego Protagonisty (John David Washington) ruszamy w pełną rozmachu podróż ku rozwiązaniu tej zagadki.

Czy Tenet przekona do siebie widzów? Mam wątpliwości. Nolan nawet jak na samego siebie jest tu mocno hermetyczny, pogmatwany, wymagający od oglądającego stuprocentowego skupienia. Jeden seans może okazać się niewystarczający, by zrozumieć wszystkie sceny. Niestety, ta trudność formy nie idzie w parze z głębią przekazu. Fanów „ambitniejszego” Nolana może nieco rozczarować fakt, że Tenet nie prowokuje zbyt wielu pytań. Wybrzmiewająca pod koniec myśl proekologiczna zatrzymuje się na poziomie frazesu, a naukowe dywagacje – nieprzystępnych, recytowanych formułek. Ogromnie ciekawe zagadnienie cofania się w czasie potraktowano wyłącznie jako pretekst do wizualnych i formalnych zabaw. Czy to zarzut? Niekoniecznie – po prostu po bardziej rozbudowanych fantazjach na podobny temat (Dark), jak i po samym Christopherze Nolanie oczekiwałabym nieco więcej. Same sztuczne dialogi i pompatyczne deklaracje nie wyczarują inteligentnego kina.

Tenet prawdopodobnie mocno podzieli widzów

A jednak cały seans siedziałam jak na szpilkach. Tenet po mistrzowsku buduje napięcie, czy raczej: utrzymuje cały czas to samo zawrotne tempo, poczucie zagrożenia i duszną atmosferę podsycaną zimno-brunatną paletą barw. W tym rozbuchanym widowisku bohaterowie przypominają raczej figurki miotane od akcji do akcji niż prawdziwych ludzi. Nie można jednak nazwać tego niedociągnięciem, a raczej efektem świadomego postawienia na akcję, nie na psychologię postaci. W charakterach poszczególnych bohaterów widoczny jest komiksowy rys, a w samym filmie unaocznia się miłość reżysera do Jamesa Bonda, do której zresztą przyznał się otwarcie. Jest to w gruncie rzeczy pełna fajerwerków opowieść o tajnej misji. Protagonista ma zatem cechy niemal superbohaterskie, nadludzką wytrzymałość i zdolność regeneracji, stać go na dowcip nawet w najgorszych chwilach, a nowatorskie technologie opanowuje w sekundę. Z kolei antagonista w wykonaniu Kennetha Branagha mówi z ciężkim rosyjskim akcentem, jest niemal kreskówkowo zły i pozbawiony przekonujących motywacji. Z całej obsady najlepiej wypada zdecydowanie Robert Pattinson jako nonszalancki fizyk; ciekawy epizod zalicza także Michael Caine.

Wszystko, co słabsze, i tak traci na znaczeniu, kiedy siedzimy w Imaxie, pochłonięci przez obraz i dźwięk. Dla takich widowisk kina będą stały jeszcze długo i nie wyprą ich platformy streamingowe oraz seanse w domowym zaciszu. Taki film jest jak nagroda za miesiące oczekiwania na otwarcie kinowych sal. Tenet już w pierwszej scenie wrzuca nas w samo serce akcji i przez niemal całe dwie i pół godziny prowadzi w swoim nerwowym rytmie. Ścieżka dźwiękowa autorstwa Ludwiga Göranssona miesza się z odgłosami ucieczki i strzałów, przemoc i walka zdają się namacalne, uderzenia pięści czujemy niemal na własnych szczękach, a wszystkie „odwrócone w czasie” sceny i postaci zaciekawiają nas motoryką ruchu i samym konceptem. Wrażenie realizmu i immersyjność tego nierealnego przecież świata to kolejny dowód na siłę rozwiązań praktycznych i rezygnacji z green screena. Sam reżyser stwierdził, że w przeciętnej komedii romantycznej znajdziemy więcej komputerowych efektów specjalnych niż w Tenet. Za wizualne piękno filmu odpowiadają oprócz Nolana przede wszystkim montażystka Jennifer Lame, autor zdjęć Hoyte van Hoytema i specjalista FX Andrew Jackson – chyba tylko Diuna dostarczy nam w tym roku czegoś równie imponującego pod kątem technicznym. Otwierająca strzelanina w operze, [SPOILERY] pogoń za jadącym do tyłu samochodem, pojedynek z „odwróconym” alter ego, wskakiwanie z pomocą liny na wieżowiec, jednoczesny atak dwóch oddziałów z różnych linii czasowych, zderzenie samolotu z budynkiem [KONIEC SPOILERÓW], ale też i zapierające dech ujęcia kolejnych lokacji: te sceny zostaną ze mną na długo.

Tenet jest zatem filmem niejako w rozkroku, rozszczepionym jak jego bohaterowie. Z jednej strony stuprocentowym kinem akcji nastawionym na doznania, ale bojącym się na tę akcję w całości postawić z konsekwencją godną Mad Maxa: Na drodze gniewu. Film z aspiracjami i szeregiem trudnych pojęć ze świata fizyki, ale nie zagłębiający się w te problemy, a jedynie się po nich ślizgający. Momentami pełnia doznań, momentami wydmuszka. Jest to w końcu i przede wszystkim kolejny „nolan”, następny rozdział w filmografii reżysera, który od lat rozwija własną wizję ambitnego mainstreamu, łączy naukowe z popularnym, a widowiskowe z obskuranckim. Czy jego zainteresowania oddalają się od człowieka, a przesuwają w stronę efektów? Na to wygląda. Ale za to JAK wygląda.

Ostatnio dodane