Publicystyka filmowa
NAJLEPSZE filmy komiksowe BEZ SUPERBOHATERÓW
Odkryj NAJLEPSZE FILMY KOMIKSOWE BEZ SUPERBOHATERÓW, które zaskoczą fabułą i klimatem, odrywając się od mainstreamowego Marvela.
Ostatnie dziesięciolecie w historii filmów komiksowych upłynęło pod znakiem Marvela. Gdzieś w jego tle czaił się cały czas DC, a daleko za nimi Dark Horse. Dla sporej części młodszych widzów dwie pierwsze stajnie komiksowe wyczerpały zbiór komiksów, które można czytać, a potem oglądać na ekranie. Na dodatek zdominowała je tematyka superbohaterska. Czy dla młodych ludzi istnieją jeszcze komiksy bez superherosów? Ważne jest, by przypomnieć, że w świecie filmu komiksowego liczy się np. Dark Horse, chociaż z wolna staje się przy Marvelu egzotyką.
Warto o nim pamiętać, zwłaszcza gdy chodzi o filmy
komiksowe bez superbohaterów w rolach głównych. Takie produkcje naprawdę istnieją i są dobre – na przykład poniższe 10 tytułów.
Sin City (2005), reż. Robert Rodriguez
O kultowości komiksu Franka Millera nie trzeba przypominać, z tym że dotyczy ona raczej Stanów Zjednoczonych niż Europy. Tematyka opowieści lepiej wpisała się zresztą w klimat USA, bo trudno by znaleźć w naszych starokontynentalnych relacjach społecznych tyle purytańskiego seksizmu i westernowych męskich ideałów. W filmie zachowano ten staromodny klimat, chociaż obraz filmowy ma to do siebie, że często banalizuje tematy, które w książkach i komiksach wydają się bardzo poważne. Nie inaczej stało się z Sin City. Robert Rodriguez przeszedł samego siebie w uwznioślaniu na ekranie tzw.
komiksowości, co dla niektórych było nie do zniesienia, a dla fanów Millera okazało się strzałem w dziesiątkę. Może i seksizmu w Sin City jest mnóstwo. Może tytuł ocieka patosem, ale jest niesamowicie wciągający ze względu na bohaterów – namacalnych, pełnych buntu, niemających nic z superbohaterów, a jednak nadających się na wzory postępowania ze względu na osobliwie pojętą honorowość.
Timecop (1994), reż. Peter Hyams
To były dawne czasy, gdy po raz pierwszy oglądałem ten film na VHS. Jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że najpierw był komiks, chociaż mający niewiele wspólnego z treścią filmu Petera Hyamsa prócz głównego bohatera – Maxa Walkera. Jeśli ktoś szuka dobrej sensacji z elementami science fiction oraz ciekawego zaprezentowania podróżowania w czasie, a dokładnie w przeszłość, nie rozczaruje się Timecopem.
Jean-Claude Van Damme, niezwykle aktywny w fabule, gdy chodzi o walkę wręcz, postarał się również o to, żeby kwestie przez niego wygłaszane były równie intensywne. Timecop jest poza tym dobrym przykładem na to, że za małe pieniądze da się zrobić technicznie wciąż nieźle wyglądający film. Puszczam tu oko do Ligi Sprawiedliwości.
Polar (2019), reż. Jonas Åkerlund
Mads Mikkelsen doskonale wpasował się w komiksową wizję mordercy Black Kaisera autorstwa Victora Santosa, a sam komiks w kluczowy sposób pokierował stylem filmowej produkcji.
Nadal podtrzymuję opinię, że produkcja ta zostanie klasykiem kina eksploatacji na równi z Johnem Wickiem. Idealnie trafiła również w mój, jak to określają niektórzy, „niski i świński gust filmowy”, gdyż łączy trzy wciągające mnie elementy – kiczowatą pulpowość, brutalność i seksizm w niezbyt drapieżnym czy chamskim wydaniu. Mało tego, kiedy oglądam produkcje oparte z osobna na owych cechach, niekiedy nie daję rady nawet dotrwać do końca seansu. Polar zaś tworzy nietuzinkową atmosferę z przymrużeniem oka, zatem te wszystkie ciężkie, ideologiczne tematy zdają się schodzić na drugi plan, gdy do akcji wkracza Mads – mistrz zabijania, z którego nie powinno się brać przykładu, a jednak…
Oldboy. Zemsta jest cierpliwa (2013), reż. Spike Lee
Wybór wersji nie był łatwy. Nie mam wątpliwości, że Chan-wook Park lepiej zrozumiał klimat oryginalnej mangi, a Spike Lee nie miał o nim najmniejszego pojęcia. Spike’owi Lee przyznaję jednak pierwszeństwo w przetłumaczeniu obrazkowego oryginału na język naszej kultury.
Wyszedł mu obraz poruszający emocje, a to ważniejsze niż wierność komiksowemu pierwowzorowi. Na dodatek Josh Brolin w niezwykle sugestywny sposób zrealizował reżyserski plan, który Lee przetwarza w nieskończoność w swoich produkcjach – problematykę winy w wymiarze odczuwania jej przez jednostkę oraz jej otoczenie, jak również próby wyzwolenia się spod tego fatum. Zawiódł jedynie koniec – wydaje się nierealny, brak w nim logicznej spójności, ale cele Spike’a Lee i tak zostały zrealizowane z nawiązką.
Historia przemocy (2005), reż. David Cronenberg
Cieszę się, że David Cronenberg tchnął nieco życia w ciężką kreskę Vince’a Locke’a. Historia nabrała rozpędu i mogło ją poznać o wiele więcej widzów (potencjalnych czytelników), niż gdyby została wyłącznie na papierze. Ostrzegam jednak wszystkich, którzy jeszcze nie widzieli Historii przemocy. Komiks nie był łatwy, zarówno pod względem stylu graficznego, jak i fabuły. W filmie zaś niespiesznie toczy się pełna napięcia historia w równie dla wielu nieprzystępnym, antyakcyjniakowym stylu.
W tym tkwi jego wartość, że niektóre sceny chce się zapomnieć, przyspieszyć, nawet inaczej nakręcić, lecz żadnej nie da się nazwać złą – nawet sceny seksu między Tomem Stallem (Viggo Mortensen) i Edie Stall (Maria Bello). Zachęcam również do porównania Toma z jego książkowym pierwowzorem, Tomem McKenną. Ma coś z Viggo?
Życie Adeli – rozdział 1 i 2 (2013), reż. Abdellatif Kechiche
Angielski tytuł lepiej oddaje symboliczne znaczenie koloru włosów Emmy, zwłaszcza na tle komiksu autorstwa Julie Maroh. Przyznaję, że nie mam pojęcia, czym kierowali się polscy tłumacze. Wiem natomiast, co chciał osiągnąć reżyser.
Niezbyt zależało mu na kręceniu manifestu o wolności seksualnej. Postawił sprawę „normalnie” (jak to słowo brzmi w kontekście wszystkich tych protestów wyrażanych wobec środowisk LGBT). Kechiche cały czas pokazywał, na czym polega wolność, która nie zależy od ról społecznych, kulturowych stereotypów czy innych narzuconych sposobów relacji z drugim człowiekiem, których złamanie jest penalizowane. Być wolnym według reżysera to móc wchodzić w relację (w tym seksualną) z kim się chce, niezależnie od płci. Kolor niebieski zarówno w komiksie, jak i w filmie jest symbolem owej niezależności, na którą patrzy się dzisiaj z nieufnością, podobnie jak na kogoś napotkanego na ulicy, kto ma niebieskie włosy.
V jak Vendetta (2005), reż. James McTeigue
Alan Moore wraz z Davidem Lloydem stworzyli jedno z arcydzieł światowego komiksu, a reżyserowi pozostało tylko go nie zepsuć. I okazuje się, że wyszedł film mądry, pełen niespodzianek, chociaż niezbyt drogi w formie. V (Hugo Weaving) jako główny bohater czasami przypomina superherosa. Z biegiem fabuły widz przekonuje się wszelako, że to jedynie człowiek w przebraniu, któremu nasza widzowska wyobraźnia nadaje mnóstwo ponadludzkich cech. Łatwiej wtedy mu zaufać i usprawiedliwić jego niekiedy dwuznaczne postępowanie, na przykład tortury stosowane wobec Evey (Natalie Portman). Wracając jeszcze do stylistyki, komiksowa kreska Lloyda dobrze oddaje szarość świata przedstawionego nie tylko w publikacji, ale, co ciekawe, również w filmie.
Ograniczona paleta kolorów, sporo cienia i oszczędna scenografia wydają się istotnymi elementami w postrzeganiu naszego świata (a zwłaszcza wielkomiejskiego środowiska) dzisiaj, gdy obserwują nas dziesiątki kamer, a nasza wolność jest coraz bardziej kontrolowana.
Snowpiercer: Arka przyszłości (2013), reż. Joon-ho Bong
Pamiętam, że pierwsze 20 minut nie zachwycało. Oglądałem dalej tylko ze względu na współoglądaczy. Jakoś zupełnie nie przekonywała mnie wizja składającego się z 1001 wagonów pociągu, który jak gdyby nigdy nic jeździ sobie po tajemniczej linii w postapokaliptycznym świecie i, co jeszcze ciekawsze, nigdy się nie zatrzymuje. Być może to dobry pomysł na komiks Jacques’a Roba i Jeana-Marca Rochette’a, ale czy na film? Na szczęście relacje społeczne wewnątrz tajemniczej machiny zostały przez reżysera na tyle ciekawie rozegrane, że się wciągnąłem i dzisiaj nie żałuję – wręcz polecam Snowpiercera jako zajmującą wizję postapokalipsy.
Żałuję tylko, że wizualizacje pociągu nie zostały wykonane na znacznie wyższym poziomie jakościowym. W 2013 roku było to już możliwe. Co do zaś stylu graficznego opowieści Roba, film Bonga nie ma z nim zupełnie nic wspólnego. Realizuje autorską wizję, tylko inspirowaną francuskim pierwowzorem.
Constantine (2005), reż. Francis Lawrence
Aż się łezka w oku kręci, gdy spojrzy się na ceny Hellblazera. Jego główny bohater, John Constantine, nie mógłby zostać uznany za herosa w stylu Avengersów, głównie ze względu na dość niemoralne prowadzenie się i delikatnie mówiąc liberalny stosunek do zasad panujących w nowoczesnym i kapitalistycznie ugrzecznionym społeczeństwie.
John to buntownik z wyboru, egzorcysta w tym antykościelnym wydaniu i mag, wręcz czarnoksiężnik. Obsadzenie w jego roli Keanu Reevesa mimo wizualnych różnic (komiksowy John jest blondynem) wpasowało się w wizerunek trapionego osobistymi demonami bohatera. Zawsze mógł przefarbować włosy. Szczegóły te są jednak drugorzędne, gdy chodzi o pokazanie osobowości Constantine’a na tle prowadzonej przez niego walki ze światem piekielnego mroku. Ludzkie problemy, w tym te związane ze śmiertelnością ciała, nie są mu obce, stąd, prócz wątpliwej moralności, żadnym superbohaterem nie może się stać.
Droga do zatracenia (2002), reż. Sam Mendes
Jedna z piękniej opowiedzianych historii o czasach, w których trudno było żyć dorosłym, nie mówiąc już o ich dzieciach. Ukazane w niej etyczne wybory, do których zmuszał ludzi abstrakcyjnie i nielogicznie rozumiany obowiązek, doprowadzały do szaleństwa, do jeszcze większych zbrodni.
Być może fabuła i dobór aktorów (m.in. Tom Hanks w roli Michaela O’Sullivana) jest tak dobry, ponieważ twórca komiksowej historii, Max Allan Collins, pomógł zaadaptować swoje dzieło na potrzeby ekranu. Rzadko w kinie ma miejsce taka współpraca. Zwykle autorzy dzieł literackich nie są zbytnio zadowoleni z adaptacji. Nieco inaczej jest z filmami superbohaterskimi, ale w tym przypadku mamy do czynienia z produkcją dla bardzo wąskiego grona miłośników monochromatycznych opowieści rysunkowych.
Z niecierpliwością czekam również na dobrą ekranizację Thorgala duetu Rosiński/Van Hamme oraz Ekspedycji Bogusława Polcha.
