Publicystyka filmowa
NAJGORSZE efekty specjalne w STAR WARS
Wszystkie filmy, w których użyto na większą skalę efektów specjalnych, starzeją się szybciej niż produkcje bez w ten sposób poszerzonej rzeczywistości.
Wszystkie filmy, w których użyto na większą skalę efektów specjalnych, starzeją się szybciej niż produkcje bez w ten sposób poszerzonej rzeczywistości. Dotyczy to również jakże niegdyś odkrywczej i eksperymentalnej pod względem wizualnym sagi Star Wars. George Lucas zebrał ekipę specjalistów, którzy na podstawie wizji artystycznej byli zmuszeni dopiero wymyślać, jak przełożyć fantazję na techniczną rzeczywistość.
Przetarli szlak dla fantastyki naukowej w sposób wielkoskalowy i na całe lata. Dlatego Gwiezdne wojny starzeją się wolno, ale jednak. To więc oczywiste, że większość najgorszych efektów specjalnych powinna być obecna w najstarszych filmach z serii, ale co ciekawe w czasie wybierania najbardziej jaskrawych przypadków okazało się, że wcale tak nie jest. W nowych filmach również zdarzają się wpadki i jest ich całkiem sporo. Zobaczmy więc, jakie to słabości wizualne zmieściły się w najlepszej dziesiątce. Na koniec wstępu dodam, że o denerwujących ustach i tańcu Sy Snootles wspomniałem, kiedy pisałem na temat scen, które rujnują fanom klimat w GW.
Pierwsza lekcja bycia Jedi, „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”
46 minuta. Luke tłumaczy Rey, czym jest moc, bo uważa, że do tej pory nie miała o niej pojęcia, powtarzając jedynie truizmy. Każe jej usiąść na kamieniu, który znajduje się na trójkątnej półce skalnej przytwierdzonej do stromego urwiska. W pewnym momencie kamera zmienia ujęcie, żeby pokazać uczennicę oraz jej mistrza w szerokim planie. Widzimy dwie małe postaci doklejone do skały, jakby ktoś to robił w Photoshopie i zapomniał wyretuszować odpowiednio światła. Przy całej wizualnej kunsztowności tej części serii ten moment wydaje się totalną amatorszczyzną.
Roboty, „Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja”
Pierwszy, który mnie zadziwił, to robot-specjalista od przesłuchań czy też wymuszania zeznań. Kiedy zobaczyłem strzykawkę sztywno przytwierdzoną do jednego z jego boków, podczas gdy on sam był tylko unoszącą się w powietrzu, czarną kulą, pomyślałem sobie, jakim sposobem to coś może kogoś przesłuchać i tą strzykawką w niego trafić. Mam tu na myśli zupełną nieużytkowość robota w jego konstrukcyjnej formie. Jeszcze bardziej to widać, kiedy Jawowie prezentują rodzinie Skywalkerów cały asortyment robotów. Żadnego z nich, może prócz C-3PO. Bo R2-D2 zajmuje tyko sporo miejsca, a jego pomoc w trakcie rozwijania się fabuły jest niesamowicie wymuszona i naciągana logicznie.
Tak więc roboty w GW są niepraktyczne, a użyte w ich tworzeniu efekty specjalne (prócz rzecz jasna CGI w najnowszych odsłonach serii) szczątkowe. Ubieranie ludzi w metalowe przebrania nie wygląda już dzisiaj dobrze. Może wtedy, w latach 70., jeszcze tak nie raziło.
Jak umierają szturmowcy, wszystkie części „Gwiezdnych wojen”
Szybko – tylko taka odpowiedź się nasuwa. Naprawdę trudno zrozumieć, jakim cudem tak indolentna armia zdominowała tyle układów w Galaktyce. Zostawmy to jednak, bo przecież Gwiezdne wojny są kosmiczną operą, a nie poważnym science fiction. Co więc razi w efektach specjalnych używanych w czasie walki ze szturmowcami? Niektóre strzały z blasterów ich nie dotykają, a pomimo tego oni upadają martwi. Zdecydowanie za rzadko noszą na sobie ślady od uszkodzeń, a przecież w całej sadze padają masowo, i to z powodu różnych rodzajów broni.
I po co im w ogóle te białe wdzianka – one przed niczym nie chronią. Tak więc mój zarzut co do szturmowców nie polega do końca na ZŁYCH efektach specjalnych, ale na ich braku. To przecież również źle, że efektów nie ma tam, gdzie być powinny?
Spotkanie Hana Solo z Jabbą, „Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja”
Tragicznie pod względem graficznym wygląda ten zblurowany cień na ziemi pod obłym ciałem Jabby. Wzrok Harrisona Forda również błądzi gdzieś po wielkiej twarzy Hutta i na nią wcale nie patrzy. Niska jakość tekstur skóry daje o sobie znać najbardziej, kiedy Jabba żegna się z Hanem i odwraca do widza plecami. Zajmują one wtedy prawie połowę ekranu i są wyraźnie nieostre. I nie jest to nieostrość wynikająca z wyjścia poza głębię ostrości, a wyłącznie dlatego, że wtedy nie było możliwości zrenderować tak dużego obszaru grafiki w jakości przypominającej istniejący realnie materiał.
Można byłoby również przyczepić się do animacji. Ruch Jabby polega na pełznięciu po ziemi jak to robią ślimaki, z tym że podczas tej czynności ciało Jabby wcale nie wykonuje ruchów, które dawałyby możliwość zmiany położenia. Naprawdę ciekawe, co sobie animatorzy wyobrażali. Pisałem oczywiście o wersji ulepszonej z 2004 roku.
Anakin udaje kowboja, „Gwiezdne wojny: Atak klonów”
Czasem, kiedy oglądam Atak klonów, a zdarza się to dość regularnie, nawet ze względu na sezonowe emisje GW w telewizji, myślę sobie przy tej scenie, co by pomyślał mroczny Darth Vader, gdyby ktoś mu ją puścił. Oczywiście wpierw musiałby ją sfilmować. Te przerośnięte świnie, krowy lub napite krwią kleszcze, jak kto woli, na których Anakin uskutecznia sobie na Naboo rodeo, nazywają się shaaki. Zachęcam każdego, żeby przyjrzał się tej scenie i Anakinowi, który w zupełnie przypadkowy sposób trzyma się grzbietu zwierząt.
W końcu upada, a shaak go tratuje. Anakin otrzymuje obrażenia, ale kopyta czy też racice stworzenia właściwie go nie dotykają. Nikt nie zadbał o to, żeby Anakin wyglądał jak Anakin, a nie wyklejanka w PS oraz żeby jego nogi miały jakiś realny kontakt z podłożem. Shaak, kiedy skacze po Anakinie, również tego kontaktu nie posiada.
Ucieczka Finna i Rose, „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”
Scena ta miała być w założeniach niezwykle dynamiczna. Pamiętajmy, że świat, w którym się rozgrywa, Canto Bight na planecie Cantonice, jest niezwykle kunsztownie zrobiony w filmie. Tym bardziej jakość owej kunsztowności podczas ucieczki Finna i Rose pozbawia tę niemal Bondowską rzeczywistość magii. O ile jeszcze ujęcia z daleka zwierząt są przyzwoite, to zbliżenia jadących na fathierze wręcz śmieszą. Są rozmyte, za szybkie, sztuczne i niepasujące do reszty estetyki filmu. Nie chcę go tu bronić, ale efekty specjalne stoją w nim na wysokim poziomie, stąd wspominam o tym dysonansie.
Pojedynek Yody z Dooku, „Gwiezdne wojny: Atak klonów”
Wiem, że ciężko by było osiągnąć ten poziom dynamiki walki za pomocą kukiełki lub kogoś przebranego za Yodę. Twórcy więc zapatrzyli się w CGI i stworzyli coś, co tylko przypomina mistrza Jedi. Nagłość jego ruchów jest niczym nieuzasadniona w starciu z posępnym i dość wolnym Dooku. Na dodatek przy tych wszystkich akrobacjach Yoda staje się nieostry, traci cieniowanie, podobnie jak swobodę ruchów istoty humanoidalnej, której charakter tak dobrze znamy, więc zawsze dostrzeżemy sztuczność.
Leia Organa, „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”
Potrzeba jeszcze co najmniej 20 lat rozwoju kina, żeby takie eksperymenty nie wzbudzały uczucia braku realizmu. Ujęcia z Leią Organą są najbardziej statyczne, jak się da. Jej twarz przypomina pośmiertną maskę, a mimika jest tak szczątkowa, że nie da się rozpoznać żadnych emocji. To w połączeniu z brakiem ruchu ciała postaci i licznymi ujęciami, kiedy Leia stoi do widza tyłem, psuje podniosły klimat scen. Mamy wrażenie, że widzimy lalkę, nie aktora, ale bezduszną grafikę komputerową, zwłaszcza że wiemy o śmierci Carrie Fisher.
Han Solo jak Bear Grylls, „Gwiezdne wojny: Imperium kontratakuje”
Tauntaun to dziwne stworzenie – taki nieco wielbłąd, tylko przystosowany do życia w mroźnych warunkach Hoth. Ten, którego dosiadał Han Solo, szukający zaginionego Luke’a, był chyba egzemplarzem najsłabszym, bo w odpowiednim momencie padł, zapewniając arktycznym rozbitkom schronienie w swoich trzewiach. Żałuję tylko, że śmierć ta nie nastąpiła szybciej. Nie musiałbym patrzeć na poklatkową animację zwierzęcia, wymieszaną z ujęciami kukły, której dosiadał Han. Dobrze, że są to krótkie ujęcia, a całość tej części serii rekompensuje estetyczny niesmak.
Szturmowcy na Dewbackach, „Gwiezdne wojny: Nowa nadzieja”
Może gdyby nie pokazano ich wraz ze szturmowcami, tylko same by sobie skakały po pustynnej Tatooine, dysonans byłby mniejszy. A tak realnie istniejący człowiek w przebraniu troopera stojący obok dewbacka albo siedzący na nim wygląda dla tego ostatniego tak niekorzystnie, że czuć zażenowanie. A co do kwestii bardziej formalnych czy graficznych, wyrenderowane zwierzęta wyglądają jak duchy – są mniej kontrastowe. Poruszają się wolno, jakby zaraz miały się przewrócić, a siedzący na nich żołnierze nie stwarzają wrażenia pewnych jeźdźców. Przez to wszystko trudno uwierzyć, że Imperium ma jakiekolwiek skuteczne wojsko, o czym już zresztą wyżej wspominałem w kontekście sposobów umierania szturmowców.
