Publicystyka filmowa
Najbardziej ZŁOŻONE filmy w HISTORII. Niecodzienne doświadczenia
ZŁOŻONE FILMY w HISTORII to prawdziwe dzieła sztuki, które skrywają głębię i metafory, zapraszając do odkrywania ich tajemnic.
Złożoność powinna być zaletą, taką cechą, która predestynuje film do bycia tzw. rozrywką wysokich lotów. Najczęściej tak jest, a i w towarzystwie można się pochwalić, że się taki czy inny tytuł zna, przynajmniej ze słyszenia. W takich przypadkach najczęściej pobieżna znajomość fabuły wystarcza, ale czy faktycznie chwyta się sens zaplanowany przez twórców, to zupełnie inna sprawa. Nie będę teraz wnikał, czy filmy złożone faktycznie są rozumiane, czy tylko podziwiane jak niektóre dzieła sztuki współczesnej typu kupa artystycznie posadzona na połciu gnijącego mięsa.
Znajomość większości poniżej zestawionych produkcji również bywa modna. Nie ulega jednak wątpliwości, że wszystkie te tytuły przekazują coś więcej niż na pierwszy rzut oka dostępną rozumowi historię. Są kopalniami przeróżnych metarefleksji, których omówienie zajęłoby setki godzin dyskusji przy kawie, whisky i papierosach.
Atlas chmur (2012), reż. Lana i Lilly Wachowskie oraz Tom Tykwer
Siostry Wachowskie są tego typu artystkami, których twórczość dociera do mojego gustu niezależnie od konkretnego dzieła i czasów, kiedy powstało. Inaczej mówiąc, chwytam zarówno wszystkie części Matrixa, jak i Brudne pieniądze. Cieszę się, że biorę udział w tej przygodzie Wachowskich z kinem, gdyż niewątpliwie traktują je w tak niezobowiązujący i rozrywkowy sposób, jak lubię. Tym bardziej odkąd nakręciły Speed Racera, czekałem na kolejny film i pod skórą czułem, że się nie zawiodę.
To, co zobaczyłem w Atlasie chmur, przerosło moje oczekiwania i – co mnie tym bardziej cieszy, bo kocham literaturę niezależnie od jej gatunku – sprawiło, że odkryłem niesamowitą książkę Davida Mitchella. Pomogła mi ona zrozumieć film, co nie jest żadnym przytykiem do reżyserek (i reżysera). Jeśli już to ma być wytknięcie komukolwiek niesprawności, to raczej moim zdolnościom pojmowania czy też inteligencji. Atlas chmur przypomina trochę grę w mahjong. Kolejne odpadające pary symboli odsłaniają inne, a z drugiej strony coraz więcej zablokowanych płytek, więc ilość dubletów się również zmniejsza. I jak tu się odnaleźć w tej wielości znaczeń, motywów i historii? Polecam każdemu to niecodzienne, filmowe doświadczenie.
Donnie Darko (2001), reż. Richard Kelly
Widzenie królików bywa niebezpieczne. Zdarza się po narkotykach, alkoholu, we śnie i czasami w rzeczywistości, o ile trzyma się je w domu, ogląda w telewizji, sklepie zoologicznym, zoo lub na mięsnej, króliczej fermie. W naturze dużo trudniej dostrzec króla, chyba że pojedzie się na Okunoshimę, czyli tzw.
króliczą wyspę. Generalnie nie będzie niczym typowym, gdy regularnie będziecie widzieć króliki, a zwłaszcza ludzi za nie przebranych. Ten opis być może pozornie nie ma sensu, ale przyjrzyjcie się filmowi. Z braku logiki można wyciągnąć ciekawe informacje, postawić na nowo pozornie oczywiste pytania. Główny bohater w Donniem Darko zobaczył królika, który wrócił w czasie, żeby go ochronić przed spadającym z nieba silnikiem odrzutowca. A może to bohater strzelił do człowieka przebranego za królika, żeby ów silnik mógł na niego wreszcie spaść? Wcześniej podróżował w czasie i stwierdził, że czas zakończyć życie. Naprawdę nie wiem, ile metapoziomów semantycznych Richard Kelly chciał zawrzeć w swoim filmie. Czuję się trochę jak w czasie lektury Ulissesa. Nie skończyłem go zresztą, bo druga połowa tego dzieła mnie przerosła.
Lalki (2002), reż. Takeshi Kitano
Wiersze bywają skomplikowane, enigmatyczne i skłonne do mistyfikacji, ponieważ ich jądro należy do najbardziej osobistych przeżyć autora. Wiersze o miłości zwłaszcza. Zwykle trzymam się z daleka od filmów, które przypominają wizualizację poezji, ale ten spod ręki Kitano jest wyjątkowy.
Może dlatego, że przepełniony symboliką daleką od naszej zachodniej kultury? Nie w pełni ją rozumiemy. Może gdybyśmy posiedli tę wiedzę, trudniej by nam było wpaść w zachwyt? Niewątpliwie reżyser poprowadził nas przez irracjonalne światy miłości w sensie wschodnim, nie oferując żadnej pomocy. Jedyną wskazówką może okazać się nasze własne doświadczenie miłości bądź pożądania, bo też do nas na podstawie fabuły Lalek należy rozsądzenie, co w miłości do drugiego człowieka, tej erotycznej, nas napędza – popęd czy górnolotne, poetyckie fantasmagorie. Gdy zdołamy sobie odpowiedzieć na to pytanie, może uniezależnimy się od miłosnych afektów i przestaniemy być bezwolnymi lalkami.
Z drugiej strony istnieje niebezpieczeństwo, że gdy się wreszcie dowiemy, co kryje się za zasłoną miłości, staniemy się na zawsze zimni. Lepiej nie wiedzieć? Jak napisał mój redakcyjny kolega, Rafał Oświeciński, w recenzji filmu – Lalki mają służyć kontemplacji, nie szczegółowej analizie.
Incepcja (2010), reż. Christopher Nolan
Trzeba wykazać się tzw. myśleniem dialektycznym, żeby ogarnąć pomysł na Incepcję. Jej konstrukcja wcale nie jest nazbyt skomplikowana, tylko fabuła składa się z wielu porozrzucanych elementów. Kilka seansów wystarczy, żeby odkryć wszystkie zakamarki scenariusza, a i wiedza o solipsyzmie się przyda. Mamy więc jawę i sen, ale w śnie można jeszcze śnić na głębszym poziomie o tym, że się śni, a jeśli wytężymy wyobraźnię, uświadomimy sobie, że śnienie o śnieniu może być kolejnym wierzchołkiem snu. A więc śnimy o tym, że śnimy w kolejnym śnie, a kiedy się budzimy, musimy zrobić to przynajmniej trzy razy, żeby uznać incepcję za zadowalającą. To kluczowe słowo – zadowalającą, lecz nie perfekcyjną.
Ile jest więc poziomów śnienia? Nieskończona ilość, a na samym dnie kryje się największa ułuda, czyli sen o rzeczywistości, z którego wystartowaliśmy do podstawowego śnienia. Jak widzicie, incepcja jest modelową, Heglowską dialektyką, a na jej dnie przebywa duch, który steruje tym, co wydaje się nam prawdą, a co ułudą.
2001: Odyseja kosmiczna (1968), reż. Stanley Kubrick
To, że cenię Kubricka niepomiernie, nie oznacza, że dam się nabrać na jego kapryśne i przeintelektualizowane wywody w Odysei kosmicznej. Od dziesiątków już lat ludzie głowią się, co Kubrick chciał powiedzieć swoim największym dziełem science fiction. Najprostszą odpowiedzią wydaje się liniowa koncepcja uproszczonych historycznie dziejów człowieka – a więc poprowadzenie od gatunkowych narodzin i cywilizacyjnej pustki, poprzez rozwój techniczny, aż do jego kresu, który równa się śmierci, lecz w perspektywie kosmicznej oznacza rozpoczęcie wszystkiego od początku.
To znana teoria w starożytnej myśli nazywana kołem wiecznych powrotów. Kubrick przedstawił ją w niesamowicie skomplikowany i wręcz rozwleczony formalnie sposób i przez to całe rzesze widzów na całym świecie wciąż głowią się, jaką tajemnicę reżyser zawarł w Odysei kosmicznej. Moim zdaniem lektura książki Artura C. Clarke’a pomaga w odkryciu, że prócz skomplikowanego formalizmu niewiele jest tajemnic w dziele Kubricka. Niemniej łatka skomplikowanego, wielopoziomowego i artystycznie wysmakowanego filmu przywarła do Odysei… zapewne już na wieki. To bez wątpienia ciekawe kino science fiction stało się więc nieco zbyt napompowane teoriami, a przez to utraciło koloryt.
Persona (1966), reż. Ingmar Bergman
Bergman tworzył kino wybitne, a powiedzieć, że jest ono przeznaczone dla miłośników analiz ludzkiej natury, to spłycić znaczenie jego filmów. Samo miłośnictwo nie wystarczy. To tak, jakby lizać lody przez szybę, a dodatkowo słuchać przez interkom opowieści liżącego, jakich to niesamowitych wrażeń smakowych doświadcza.
Recepcja takiej np. Persony wymaga od widza doświadczenia życiowego, niekoniecznie umiłowania się w nim, lecz pewnej dozy nienawiści, która towarzyszy nam w ciągu życia, gdy nie wszystko zdaje się takie, jak chcielibyśmy. Bergman będzie się z nami – widzami – droczył, aż do niemal fizycznego bólu. A te reakcje nas wyprowadzają z równowagi, bo przecież się zamknęliśmy, chcieliśmy być unicestwieni, pragnęliśmy nie wywoływać żadnej uwagi. A tak się nie da. Ponosimy więc i tu porażkę, bo nawet psychicznie nie udaje nam się umrzeć, chociaż bardzo chcemy. Trwamy więc nieruchomo, aż nastaje zaplanowana przez biologię śmierć. Te słowa z Persony są kwintesencją walki, którą prowadził Bergman w swoim osobistym życiu – walki z kobietami, walki o nie i walki o siebie w relacji z TYM, kto być może istnieje, a może nie. Gorąco zachęcam do tych pozornie sprzecznych analiz wypowiedzi filmowej Bergmana. Osobiste doświadczenie bardzo pomaga zrozumieć, o co mistrzowi ze Szwecji chodziło i jaką rolę wyznaczył w swoim życiu kinu.
Mowa ptaków (2019), reż. Xawery Żuławski
Rozdwojona twarz, która podobnie do stygmometru nie może się zejść i na to nałożony kadr z palców Mariana (Sebastian Fabijański) – jakże to idealna metafora zakłamania naszych czasów, którego przyczynę trafnie podaje Ludwik (Sebastian Pawlak), nauczyciel historii, za co młodociani naziści wsadzają mu kubeł ze śmieciami na głowę.
Mowa ptaków jest produkcją dla widzów odpornych na eksperymenty narracyjne i rzecz jasna przyzwyczajonych do sposobu widzenia świata przez Andrzeja Żuławskiego. Powinni oni posiadać również pewną wywrotową cechę, polegającą na radykalnym kwestionowaniu otaczającego porządku, bo Żuławski go podważa na każdym kroku. Co z tego, że wierzy w niego większość. Właśnie to jest najbardziej podejrzane. Świadczy o tym np. zakres cytowanych w filmie pisarzy czy też stosunek do życia głównych bohaterów. Ale nie to jest najtrudniejsze do przełknięcia.
Mowa ptaków jest antynazistowskim poematem na temat naszej gnijącej w zakłamaniu, współczesnej polskości, podobnie do palców Józefa (Eryk Kulm). Tam Żyd, tu krzyż, rozmodlony kibol też się znajdzie, no i oczywiście „jeszcze Polska nie zginęła” z kaczorem na sztandarach.
Twin Peaks (2017), reż. David Lynch
Pierwsze sezony wyświetlane w telewizji to było naprawdę odkrycie.
Wciąż uważam, że żaden z seriali, które od tamtej pory oglądałem, nie posiada tak magicznej, zwiastującej niesamowite wydarzenia, czołówki. I faktycznie, poszukiwania mordercy Laury Palmer obfitowały w niecodzienne wydarzenia, lecz wciąż akcja serialu nie została przez nie naruszona – to znaczy poszczególne odcinki nie zmieniały się w zlepek niemających żadnego logicznego połączenia scen. To się nazywa balans, który wczesne Twin Peaks posiadało. Davidowi Lynchowi jednak to nie wystarczyło. W najnowszej odsłonie filmu zrezygnował z rytmicznej akcji, treść zaś przetworzył na coś zupełnie onirycznego, w czym widz z łatwością może się zgubić, nie odnajdując żadnych podpowiedzi. Najnowsze Twin Peaks przypomina jakiś wizualny performance, eksperymentalny teatr czy też aktorską improwizację. Reżyser bardziej pomyślał o sobie niż o widzu. Jestem jednak pewien, że do sporej grupy miłośników Lyncha tego typu zabawy z sensem trafiły. Do mnie nie przemawia aż takie mieszanie w fabule, a inaczej, wolałbym, żeby artystyczny happening nie przyćmiewał koherencji opowieści.
Powrót idioty (1999), reż. Saša Gedeon
Pisząc o najbardziej złożonych filmach, nie sposób pominąć kina czeskiego. Czescy twórcy posiedli zadziwiającą wprost umiejętność lekkiego opowiadania o sprawach ostatecznych, jednocześnie bez zamęczania odbiorcy przeintelektualizowanymi analizami. Luźno inspirowany przygodami w świecie ludzi hrabiego Myszkina, Idiota Sašy Gedeona dramatycznie, a jednocześnie dowcipnie zestawia człowieka przyzwyczajonego do zasad obowiązujących na oddziale psychiatrycznym. To prawdopodobnie tam nauczono go kochać każdego w imię zasady, że nie wolno być wobec innych ludzi agresywnym.
Franciszek posłuchał i teraz kocha każdego w rzeczywistości pozaszpitalnej. Okazuje się jednak, że nasz świat jest tak zepsuty, że bezinteresowna miłość okazywana każdemu wprowadza nienawiść między tych, którzy są aż tak kochani. Z pozoru jedynie taką koncepcję widzowi łatwo zaakceptować i zrozumieć, gdyż reżyser skutecznie to utrudnia postawą Franciszka. Jest ona bierna, wesoła, a momentami zmienia się w niemal cierpiętniczą. Odbiorca filmu co chwilę jest narażany na doświadczanie sprzecznych emocji. Dodatkowo rzeczywistość w filmie, ta namacalna, obyczajowo-dramatyczna, wcale aż taka komediowa nie jest, za to skomplikowana, gdy chodzi o sieć uczuciowych relacji.
Pies andaluzyjski (1929), reż. Luis Buñuel
Pomysł był całkiem ciekawy, scenariusz napisały sny dwóch nietuzinkowych twórców – Luisa Buñuela oraz Salvadora Dali.
A jak wiemy, generalnie marzenia senne dalekie są od logiki znanej z rzeczywistości po obudzeniu. Tym bardziej sny Salvadora Dali mogły być jeszcze bardziej odrealnione. Jak jednak udowodniło wielu specjalistów z dziedziny psychiatrii, to, co śnimy, może być interpretowane i na tej podstawie wspomagać ocenę stanu psychicznego człowieka. Dlatego Pies andaluzyjski jest tylko pozornie zlepkiem szokujących obrazów gore. Zabicie własnego sobowtóra czy podcięcie oka to obrazy nie tyle bezsensowne, co symboliczne oraz dla kina inspirujące – pamiętamy częste powroty do okulocentryzmu w filmach science fiction, czy zmagania z drugim „ja” w polskim kinie moralnego niepokoju.
Pies andaluzyjski pokazuje w nielogicznym zestawieniu i surrealistycznej stylistyce tak naprawdę wszystko to, z czym ma do czynienia nasz zepchnięty do podświadomości instynkt, gdy próbuje na nowo wyswobodzić się z kajdan racjonalnego zachowania. Powstają wtedy niejednokrotnie bolesne w odbiorze na jawie sny.
Lobster (2015), reż. Jorgos Lantimos
Z Lobsterem jest nieco podobnie, co z najnowszą odsłoną Twin Peaks, z tym że logikę opowieści w filmie Lantimosa ratuje ostatecznie pełnometrażowa forma. Gdyby to był serial, reżyser z pewnością dałby się ponieść artystycznym wizjom, a zapomniałby o tym, że nie tylko on ma rozumieć przedstawiane w jego dziele wydarzenia. Na szczególną uwagę zasługuje sam pomysł przywodzący na myśl społeczną politykę pronarodowościową uprawianą przez reżimy totalitarne – w społeczeństwie nie ma miejsca dla samotnych jednostek. Nadrzędny jest kolektyw, a co się z tym wiąże – potencjalna szansa spłodzenia kolejnych członków społeczności. Co więc zrobić z samotnymi – aresztować i zmusić do znalezienia sobie partnera. W sumie wszystko jasne, ale Lantimos nie byłby sobą, gdyby nie wzbogacił głównego wątku fabularnego sporą dawką oniryzmu. Są to wydarzenia niekiedy zbyt odciągające uwagę od akcji. Mają oczywiście za zadanie podkreślić emocjonalność bohaterów, jednak czasami stawiają materialny opór, żeby widz mógł utożsamić się z kimkolwiek w filmie. Przez to Lobster nie jest łatwy w odbiorze, a dla niektórych może być nie do przejścia. Metafory Lantimosa zostaną uznane za niezrozumiałe przez swój hermetyzm.
Być jak John Malkovich (1999), reż. Spike Jonze
Za każdym seansem nie mogę wyjść z podziwu, jaki jest to niesamowity pomysł – zaprezentować film o sławnym aktorze, który gra siebie, podczas gdy inny aktor (rewelacyjny John Cusack jako lalkarz Schwartz), który gra postać fikcyjną, znajduje portal do umysłu tejże gwiazdy.
A wszystko zaczyna się na piętrze 7,5, gdzie sufit jest niżej, gdyż podobno dzięki temu czynsze są mniejsze i nikt nie patrzy na pracowników z góry. Skoro Malkovich ma portal, to tak jakby miał pochwę, oprócz penisa rzecz jasna – wniosek żony Schwartza (Cameron Diaz) pachnie transseksualnością. Jej problemu dotyka w nietypowy, ale jakże sugestywny sposób film w reżyserii Spike’a Jonze’a. Postać znanego aktora, Malkovicha, okazuje się substytutem zmiany płci, mentalną skórą, w której spotkać się mogą dwie kobiety o homoseksualnych skłonnościach, tyle że jedna ma osobliwe zamiary.
Dla widza pozostają jeszcze do rozważenia definicja tożsamości płciowej, wolności, niezależności umysłowej, a nawet koncepcji istnienia Boga w umyśle każdego człowieka. Całą tę złożoność zadziwiająco sprawnie ukazał Spike Jonze, wspierając trudną tematykę komediową formą.
Czas Cyganów (1988), reż. Emir Kusturica
Jak możemy przeczytać w informacji na początku, Czas Cyganów jest filmem o miłości. Jego złożoność ma wiele twarzy. Po pierwsze dużo więcej wysiłku trzeba włożyć w zrozumienie fabuły, gdyż w bohaterów wcielają się amatorzy. Ich gra aktorska jest z reguły mocno przesadzona. Wiele scen jest na wpół dokumentalnych, bez dubli i cięć. Nie sprzyja to wejściu w i tak już obcy dla naszej kultury Kusturicowski świat. Po drugie owa odmienność kulturowa czy też pokazywanie biedy i marginesu społecznego nie są proste w odbiorze. Z jednej strony Kusturica namawia do refleksji na temat życia innych grup narodowościowych takich jak właśnie plemiona koczownicze, a z drugiej przypomina nam nasze polskie, trudne relacje z Romami, jedną z najtrudniej asymilujących się grup etnicznych, przynajmniej w zakresie obowiązujących norm społecznych i prawa. Niestety, z osiedlowej obserwacji wiem, że ich asymilacja najłatwiej przebiega z polskim marginesem społecznym – chłopaki do wzięcia spod Lidla, Biedronki czy innych lokalnych spożywczaków. Nie brak podobnego menelstwa u Kusturicy, ale też dobrze, że się nad nim reżyser zbytnio nie lituje.
Sanatorium pod Klepsydrą (1973), reż. Wojciech Has
Lektura książek Schulza wymaga ogromnej wiedzy zarówno w zakresie języka czy też słowotwórstwa, jak i historii, literatury oraz filozofii.
Bez tego przeciętny czytelnik nigdy nie dotrze do sedna np. Sanatorium pod Klepsydrą. Wojciech Has z szacunkiem dla intertekstualnej trudności zrealizował wizualizację filmową prozy Schulza. Z konieczności nie mógł stosować tak skomplikowanych wypowiedzi w dialogach i opisach, lecz za to rokokowo-surrealistyczny styl wprowadził do scenografii. Tak, oddaje ona dosłownie wielopoziomowość refleksji, opisów i dygresji z książki.
Has jednak do końca nie zagubił się w fantasmagoriach. Mimo wszystko jego wersja bohatera jest dużo bardziej racjonalna niż ta z Schulza. Pisarz, tworząc Sanatorium…, nie mógł zdawać sobie sprawy z ogromu potworności Holokaustu, chociaż zginął z jego powodu. Nie wiedział również nic o tym, kiedy Polacy nagle odkryją w sobie zawsze w sumie obecne w nich pokłady antysemityzmu. O tym wszystkim wiedział za to Has i wykorzystał to w filmie. Może przez to jest on tym trudniejszy, że miesza prozę Schulza z doświadczeniem historycznym reżysera, który zawsze szedł swoją artystyczną drogą.
Wrzeciono czasu (1995), reż. Andrzej Kondratiuk
Ciekawe, czy zauważyliście błąd ortograficzny w napisach początkowych? Jeśli tak, dajcie znać. Generalnie nie tylko w filmach Kondratiuka przydałaby się korekta językowa – mam na myśli rodzime kino z tego względu, że polski język znam najlepiej. Wracając do Wrzeciona czasu, to film nad wyraz spokojny, wręcz monotonny, nie licząc roznegliżowanej Katarzyny Figury. Dla wszystkich odważnych miłośników dziwności w kinie zadanie jest wręcz karkołomne. Muszą przedrzeć się przez wszechobecne w filmie dialogowe pustosłowie i dotrzeć do głównego wątku fabularnego. A może wtedy odkryją, że Wrzeciono czasu jedynie udaje film złożony, skomplikowany i enigmatyczny. A tak naprawdę jest tzw. prywatnym filmem, impresją osobistą Kondratiuków, a z niej najbardziej w pamięci pozostają piersi Katarzyny Figury. Dotarliśmy do końca zestawienia, jakże pięknie, estetycznie je wieńcząc.
