Publicystyka filmowa
Najbardziej WKURZAJĄCE MOTYWY FILMOWE
Najbardziej WKURZAJĄCE MOTYWY FILMOWE ujawniają irytujące schematy w kinie, które potrafią zrujnować nawet najlepsze historie.
Klisze i schematy w filmach to rzecz powszednia, na łamach naszego serwisu wyśmiana już nie raz – chociażby TUTAJ. W parze z nimi często idą nieco bardziej techniczne detale, a czasem drobne szczególiki fabularne, które nie mają większego wpływu na historię lub na pierwszy rzut oka są wręcz niezauważalne. Wszak świat filmu rządzi się nieco innymi prawami niż ten rzeczywisty. Niemniej niektóre z tych zabiegów są zwyczajnie irytujące. Poniżej stworzona przeze mnie lista takowych. Komentujcie, jeśli macie własną!
Mamy forsy jak lodu!
W filmach status społeczny nie jest ważny – główni bohaterowie mają nadmiar pieniędzy nawet wtedy, gdy są biedni lub walczą z długami. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że nikt nigdy nie czeka na resztę? I to nie tylko w taksówkach, do których postaci wsiadają najczęściej wtedy, gdy ścigają się z czasem bądź kogoś gonią (ewentualnie ktoś goni ich). W takich sytuacjach kwestia tych paru groszy wydaje się naprawdę drugorzędna. Lecz podobnie robią w sklepie, kawiarni czy gdziekolwiek indziej.
Niezależnie od sytuacji bohaterowie zawsze rzucają na blat jakiś pojedynczy banknot, jakby nie bacząc na faktyczną wartość rachunku. Nie zważają na nią także wszelkiej maści artyści zmagający się z sukcesem – mimo iż ten jeszcze nie nadszedł, to nie przeszkadza im to w wynajmowaniu kosztującego krocie studia wielkości hangaru (najlepiej z cegły). Tylko tam mogą bowiem liczyć na wenę.

Pali się!
Innym elementem świadczącym o finansowej obojętności są… pozapalane wszędzie światła. Ten popularny zwłaszcza w ostatnich latach patent służy operatorom do tego, aby ładnie skomponować kadr i sprawić, żeby bohater dobrze się prezentował i był widoczny (są na ten temat nawet całe poradniki). Wygląda to jednak mocno komicznie i kompletnie nierealistycznie – szczególnie gdy bohater wchodzi do pokoju i zapala jeszcze jedną lampkę, żeby był ruch i coś się działo. A bywają nawet takie momenty, że palą się dosłownie wszystkie lampki w pomieszczeniu, niezależnie od pory dnia oraz tego, czy ktoś w ogóle z nich korzysta.
Dalej mamy wodę – nieodłączny element zwłaszcza wszelkiego typu straszaków. Bohaterka wraca zmęczona z pracy i chce wziąć prysznic? Nic prostszego – wystarczy wejść do łazienki, odkręcić krany do oporu, zamknąć kabinę i dopiero potem zacząć się rozbierać. Pary przybywa ku uciesze seryjnego mordercy obserwującego wszystko przez okno, a nasza panienka bynajmniej się nie spieszy. I leci ta woda, leci… To samo zresztą z wannami – pozostawione samopas, przelewają się w mgnieniu oka. W Afryce pewnie te sceny cenzurują.

Uwielbiam, jak się leje!
…i nie przejmujemy się pierdołami!
Nie tylko jednak na koszta filmowi ludzie nie patrzą. Paradoksalnie, biorąc pod uwagę powyższy przykład z nadmiernym oświetleniem, mało kto zapala światło, gdy coś go niepokoi. Podejrzany hałas z piwnicy, która zawsze, ale to zawsze przypomina lochy średniowiecznego zamku, gdzie schodzi się w ostateczności? Stajemy w progu i wołamy: „Halo?.
Pauza. „To ty, Stefan?”. Kiedy Stefan nie odpowiada – bo to nie on – nerwowo schodzimy na dół z kijem baseballowym w łapie. W końcu służy do grania. Trzeba sprawdzić pomieszczenia zaginionego w tajemniczych okolicznościach statku? Ostatnie, czym się przejmujemy, to dobre oświetlenie. Zresztą nawet do pokoju obok nikt nie potrafi wejść dopiero po pstryknięciu włącznika. A dla tych, co czasami próbują, scenarzyści nie mają żadnej litości, w taki czy inny sposób sprawiając, że prąd lub lampa akurat padły.

Pstryk!
A skoro jesteśmy przy ciut bardziej przyziemnych sprawach, to warto zauważyć, że w zachodnich filmach nikt nigdy nie zdejmuje butów, niezależnie od tego, skąd właśnie przyszedł („Oj tam, kochanie, to tylko błoto z okolicznych bagien!”) – o ich wkładaniu do wyjścia nie wspominając. To oczywiście kwestia kultury (przykładowo w kinie japońskim trudno znaleźć tytuł, w którym bohaterowie zapominają o tym zwyczaju) oraz tego, że takie, dajmy na to, sznurowanie zajęłoby zbyt dużo czasu ekranowego. Cokolwiek by jednak napisać, to szalona pogoń po mieście zyskałaby tylko na dramaturgii, gdyby nasz bohater zaczął ją od desperackiej próby jak najszybszego włożenia kamaszków.
Mamy też w końcu motyw z tłuczonym szkłem – najczęściej powiązany z jakąś traumą bądź jakimś nieprzyjemnym zdarzeniem. Gdy więc tłucze się taki talerz, rozpadając się na tysiące mikroskopijnych kawałków po całej kuchni, to do sprzątania nikt nie użyje zmiotki bądź odkurzacza, tylko zbiera się to wszystko gołymi rękoma. A potem szok i zdziwienie, że dłonie poharatane. I oczywiście krwi jest zawsze tyle, jakby przecięta została tętnica. Lub wręcz przeciwnie: mamy klimatyczne zbliżenie drobnego ukłucia jak po igle – krew sączy się z tego jak przysłowiowa… krew z nosa; podobnie jest w przypadku zacięcia się przy goleniu, które stanowi najpewniej zapowiedź śmierci bliskiej osoby lub innej nadchodzącej tragedii.

A mogłem odkurzyć…
Te wspaniałe amerykańskie domy!
Nie dość, że olbrzymie na tyle, że zmieściłyby się w nich ze dwie rodziny uchodźców (choć na co dzień mieszkają tam maksymalnie cztery osoby), to jeszcze takie zawsze schludne i bezpieczne. Być może dlatego nie tylko nikt nie zdejmuje w nich butów (bo i tak się nie zabrudzą), ale też rzadko kiedy drzwi do nich otwierane są kluczem. Nieważne, z której strony się znajdujemy – wystarczy pociągnąć za klamkę i voilà, otwarte. Gdy dzwonimy lub pukamy, dzwonek zawsze brzmi tak samo dostojnie, a drzwi otwierają się przed nami po maksymalnie pięciu sekundach – niezależnie od wielkości rezydencji zawsze ktoś czyha obok nich gotowy do akcji.
Mało tego! Jeśli nie wymaga tego sytuacja fabularna, to prawie nigdy otwieraniu drzwi nie towarzyszy szczęk zamka. Najwyraźniej i tak były otwarte – zapewne po to, żeby posiadający do nich klucze lokator nie musiał z nich niepotrzebnie korzystać.

No i jestem!
Jak na amerykański przepych przystało, w każdym takim domu znajdziemy też gotowe pomieścić wieloryba komfortowe łóżko. W dodatku wielkie nie tylko na górze, ale też… na dole. Łóżko to bowiem naturalny wybór na kryjówkę w obliczu zagrożenia. Mieszczą się pod nim zarówno dzieci, jak i dorośli, a miejsca starczyłoby tam na jeszcze jedną rodzinę uchodźców.
Z takiej kryjówki mamy świetny widok na cały pokój i wchodzące do niego buciki potencjalnego oprawcy – za to on nie widzi nic, choć przy takiej rozmiarówce powinien widzieć wszystko. Co ważniejsze, pod łóżkiem jest też w miarę czysto – nawet gdy mamy do czynienia z łóżkiem nastolatka, który ukrywa pod nim stos pornosów, jedzenie i resztę osobistych pierdół (oraz kij baseballowy na wypadek wycieczki do piwnicy), to kurzu i innych zabrudzeń próżno szukać.

Tato?!
Podobnie czyściutka jest zawsze toaleta – lustra i kafelki lśnią, jakby nigdy nie były używane, kosmetyki ustawione są z największym pietyzmem i pewnikiem według kolejności korzystania z nich; mydełko pachnie nowością, ręczniki zadziwiają puszystością, na wannie nie znajdziemy najmniejszych nawet zacieków, a kibelek aż zachęca do załatwiania na nim własnych spraw. Wizyta w tymże i tak sprowadza się przede wszystkim do spuszczania wody i mycia rąk – wszystkie pozostałe czynności nie istnieją, więc nawet jeśli bohater walczy z zatwardzeniem, to czyni to po cichu (wyjątkiem są tu naigrawające się z wypróżniania komedyjki).
A gdyby ktoś przypadkiem chciał naruszyć tam jego spokój, to zastanie go siedzącego na perfekcyjnie czystej muszli i skupiającego się na czytaniu lub grze na telefonie, a nie na tym, po co faktycznie tam poszedł. Życie.
Cały ten seks
Namiętna kopulacja w ubraniach (i butach) to hollywoodzki standard, który od początku istnienia dziesiątej muzy odgórnie narzucają różnorakie formy cenzury – kiedyś zakazana, obecnie nagość stanowi przeszkodę na drodze do finansowego sukcesu, gdyż filmu z cyckami szkołom się nie pokazuje, bo to zło. Twórcy mają więc do wyboru: pokazać „bezpieczny seks” lub ukrócić zaloty czułym pocałunkiem i klimatycznym ściemnieniem. A gdy jest już po wszystkim, on jak gdyby nigdy nic odlepia się od swojej partnerki i razem z nią gapi się w sufit – patrzenie na siebie po stosunku jest wszak niezręczne.
Podobnie jak paradowanie kobiety nago. Nieważne, że facet dopiero co ją spenetrował, przypuszczalnie dotykając jej dosłownie wszędzie – dama po seksie od razu przykrywa się kołdrą do samej szyi. A jeśli decyduje się opuścić miejsce grzechu, to natychmiast narzuca na siebie to, co ma pod ręką – byleby tylko partner nie zauważył czegoś więcej niż fragment pośladka.

Cholera, mamy zacieki!
Czasem jednak filmowcy pozwalają nam nacieszyć się ciałkiem. Gorzej, że filmowe „robienie miłości” odbywa się z reguły na szybko i bez przywiązania do (nie)zbędnych detali. Facet jest więc od razu gotowy do wejścia i nie musi wcześniej walczyć chociażby z zabezpieczeniem. Gra wstępna również nie istnieje – bohaterowie po prostu rzucają się na siebie jak wygłodniałe hieny i po chaotycznym przewracaniu się po łóżku bardzo szybko wspólnie osiągają upragniony orgazm (wyjątkiem są sceny mające pokazać finałową indolencję mężczyzny – wtedy tylko on dochodzi, podczas gdy ona się nudzi). Kiedy sapanie i jęki dobiegają końca, wracamy do punktu wyjścia, czyli sufit, ubieranko i bardzo często toaleta. Po prostu zero czułości.
Ten przeklęty deszcz
Filmy nie dałyby sobie bez niego rady. A już na pewno wszelkie sceny dramatyczne, którym moknięcie bohaterów dodaje tylko emocjonalnego wydźwięku. Zaskakująca jest przy tym rozpiętość motywów, jakie rozwiązuje się za pomocą deszczu. Oczywistą oczywistością jest romantyczny, najpewniej pierwszy pocałunek lub… ostatni, na pożegnanie bądź rozstanie zakochanych. Bo wiadomo, że wtedy nic innego się nie liczy, nawet potencjalne zapalenie płuc.
Inną dobrą okazją, żeby się rozpadało, jest samotna noc w nawiedzonym domu, który bez grzmotów i rozbłysków na zewnątrz byłby całkiem przytulnym miejscem do spędzenia w nim emerytury. Jak śmierć mentora albo pogrzeb najlepszego przyjaciela, największej miłości lub ulubionego psa, to też tylko w strugach deszczu. Ulewa najlepiej radzi sobie w trakcie wszelkich uroczystości wojskowych, kiedy to krople ściekają z eleganckich czapek i prześlizgują się po orderach, sprawiając, że wcześniejsze czyszczenie uniformu poszło na marne.
Jak efektowny pojedynek z największym nemezis, to też najlepiej poczekać z nim na opady, choćby przelotne. W ich trakcie obowiązkowo zdejmujemy koszulkę, prezentując swoje blizny oraz pokaźne bice. Dobrze wypadają też w deszczu strzelaniny, zwłaszcza jeśli w wodzie broń potrafi zawieść – rzecz jasna w najmniej odpowiedniej chwili. No i jakakolwiek scena, która nagle przenosi nas do Londynu (lub ogólnie do Anglii) – nawet w trakcie suszy; jedyną alternatywą jest zarezerwowana dla horrorów mgła, w której, tak jak w rzęsistym deszczu, nic nie widać.
Ci cholerni mutanci
Przyznam, że w ogólnie pojętym kinie fantastycznym mało co tak wkurza jak wizualizacja czyichś mocy za pomocą fizycznych wygibasów. Kupuję jeszcze od biedy to, że jeśli jesteś czarodziejem, to musisz pomachać tą swoją różdżką przy rzucaniu czarów – choćby i na pokaz. Ale cała reszta to już rzecz niebezpiecznie bliska parodii, zwłaszcza że zawsze pokazywana jest na tej samej zasadzie. Jeśli więc jesteś potężnym mutantem potrafiącym władać metalem, to walcząc z przeciwnikiem, machasz rękami.
Jeśli jesteś potężnym telepatą lub telekinetykiem – machasz rękami (i koniecznie dotykasz czoła dla większej koncentracji). Jesteś Rycerzem Jedi i używasz Mocy? Machaj rękami. Jesteś pogodynką? Machasz rękami. Masz jakąkolwiek inną zdolność kontrolującą coś siłą woli, wyobraźni, mózgu (czyli na 90% należysz do świata X-Menów) – machasz rękami jak potłuczony. Tylko co zrobić, jeśli jesteś też przy okazji głuchoniemy?

Na trzy, cztery – machamy!
Magia montażu
Jedno kinu trzeba przyznać – jak żadne inne medium potrafi złożyć zapisane na taśmie wydarzenia z życia w fascynujący ciąg przyczynowo-skutkowy. Gdy oglądamy gotowy materiał, jego płynność pozwala ignorować rzeczy, które normalnie byłyby co najmniej dziwne.
I nie mam tu na myśli kultowych scen wielomiesięcznych treningów, które ekranowi sportowcy kumulują do kilku minut zapodanych w takt chwytliwej melodii, najczęściej piosenki. Chodzi raczej o mniejsze przeskoki czasowe – na przykład zwykłą rozmowę bohaterów, którzy z jakichś przyczyn muszą się w jej trakcie przemieścić. Wtedy na bank rozpoczęte jeszcze w biurze zdanie zostanie dokończone już w zupełnie innej lokacji – w taki sposób, że wyda się to naturalne, choć przecież zdanie to nie było specjalnie długie. Jeszcze ciekawiej jest, gdy ktoś zada ważne pytanie, na które odpowiedź pada już po cięciu, w nowym miejscu. A co robili w przerwie bohaterowie? Czyżby w trakcie podróży panowała niezręczna cisza?
https://www.youtube.com/watch?v=td-2X0Xx4Xw
Magia słowa
A skoro już jesteśmy przy słowach, to i dialogi potrafią czasem mimowolnie rozbroić. Do moich „ulubionych” zabiegów filmowych należą zwłaszcza dwa stawiające na moc słowa mówionego. Co ciekawe, oba można znaleźć w niemal każdej produkcji – czy to serialowej, czy kinowej – zatem wpisują się już w pewien standard scenariuszowy.
A więc jeśli chcesz przekazać jakąś niezwykle ważną informację w rozmowie twarzą twarz, to… czekasz z nią, aż jedna z postaci odwróci się i zacznie wychodzić. Gdy już będzie przy drzwiach i chwyci za klamkę, wtedy możemy być stuprocentowo pewni, że ta druga (zwykle siedząca za biurkiem, najczęściej szef) wypowie do niej ostatnie, kluczowe zdanie, które ustawi jakoś wcześniej odbyte spotkanie oraz sytuację osoby wychodzącej. Dopiero wtedy będziemy wiedzieli, że to nie przelewki i że ten, kto ma ostatnie zdanie, jest górą.
Innym pomysłem na wyrażenie siebie i swoich problemów przez bohatera jest opowiedziana w odpowiedzi na najprostsze możliwe pytanie historyjka z dzieciństwa – najczęściej dramatyczna bądź spowita niewyjaśnioną tajemnicą, ma za zadanie przekazać emocje naszego herosa, to, co nim kieruje, a niekiedy także całe clou fabuły. Ciągnąca się czasem zbyt długo opowieść to sprawa nie w kij dmuchał i jeśli bohater przedkłada ją ponad zwykłą, klarowną ripostę („Kupiłeś jajka?. „Nie”.), to wiemy, że jest na maksa skomplikowany i głęboki. Gorzej, jeśli snuje te swoje wspomnienia nie wiadomo po co. ..
https://www.youtube.com/watch?v=6nxCMZJYvVM
W objęciach Morfeusza
Na koniec może coś niekoniecznie irytującego, ale na pewno zastanawiającego. Otóż większość retrospekcji, snów lub wspomnień bohatera widzianych jego oczami jest w filmach przedstawiona tak, że widać w nich jego samego z… perspektywy trzeciej osoby (tj. kamery). Jest to ewidentne zwłaszcza w snach – z których oczywiście zlana potem postać musi budzić się z krzykiem, aby przekonać się, że… nadal śni, i obudzić się ponownie – gdzie udając filmową normalność, motyw ten niszczy iluzję wiarygodnego odrealnienia.

Ojej, kamera!
