Connect with us

Publicystyka filmowa

MIĘDZY OSCARAMI – podsumowanie gali z serca płynące

MIĘDZY OSCARAMI to fascynujące podsumowanie gali, która zaskakuje zachowawczością i rozczarowującą przewidywalnością.

Published

on

MIĘDZY OSCARAMI - podsumowanie gali z serca płynące

Komentarz do gali oscarowej pióra Radosława Pisuli:

Advertisement

Korzystając z zaproszenia Canal+ Polska razem z Grześkiem Fortuną miałem po raz kolejny przyjemność zanurzyć się w oscarową galę w komfortowych warunkach. Tym razem całe wydarzenie zostało przeniesione z siedziby stacji do ulokowanej w Pałacu Kultury i Nauki Kinoteki, gdzie nie dość, że organizatorzy stworzyli dziennikarzom konkretne warunki do pracy, to dodatkowo możliwość oglądania gali na ekranie kinowym miło połechtała moje kinofilskie serducho.

BLACK LAGOON. Doskonała ekranizacja mangi

Szkoda tylko, że samo wydarzenie w Dolby Theatre znowu było niezwykle zachowawcze i skrajnie bezpieczne, przez co potrafiło się snuć bez celu jak ostatnio kariera Michaela Fassbendera. Jimmy Kimmel potrafi być zabawnym gościem, nawet bardzo, ale tutaj niestety za żartami stoi cała grupa osób, które muszą uważać, żeby zbytnio nie nadepnąć na odciski różnym odbiorcom i nie zrobić zbytniego hałasu, przez co lwia część ustawionych akcji jest tak boleśnie uniwersalna, że zbyt często jest tak naprawdę dla nikogo.

Advertisement

Bo niby wodzirejsko Jimmy odstawiał tutaj jakieś dziwaczne akcje – walka o skuter wodny, jeden spóźniony żart z Mattem Damonem, zupełnie przestrzelona akcja z małym Kimmelem i inne dosyć rozmemłane akrobacje – ale było to po prostu nijakie. Czasami się udawało, częściej niestety nie – jasne, Kimmel nie zaliczył jakiegoś żenującego występu, to typ stworzony do prowadzenia tego typu imprezy, gdzie kije są jednak dosyć mocno zakotwiczone w ciałach przewrażliwionych na punkcie wszystkiego organizatorów, ale brakowało tu jakiegokolwiek ryzyka. Przykładem tego jest akcja, gdy prowadzący zebrał grupę aktorów i poszedł bratać się z „niedzielnymi” widzami w kinie obok – niby akcja szczytna, podziękowanie odbiorcom za to, że utrzymują przemysł przy życiu, ale naprawdę najlepszym sposobem okazania szacunku było rozdawanie im cukierków i strzelanie w nich hot-dogami z kreskówkowych armat? Nikt naprawdę nie pomyślał, że będzie to w ostatecznym rozrachunku wyglądać naprawdę żenująco, gdy wielkie gwiazdy zaczną rzucać jedzeniem w, ciężko uniknąć tego porównania, plebs?

Oczywiście Oscary rządzą się swoimi prawami i to sztywniactwo jest corocznie czymś po prostu do odbębnienia. Aktorzy muszą się pomęczyć te kilka godzin, kasa za reklamy musi się zgadzać, a widzowie głównie oczekują jakichś wpadek albo niespodziewanych odjazdów laureatów, którzy na żywo mogą czasami zaszaleć. Niestety dla tej największej imprezy dzień wcześniej rozdawane są Independent Spirit Awards, gdzie lwia część gości się pokrywa, a ograniczenia są zniesione i rządzi luz, dzięki czemu w tym roku prowadzący galę Nick Kroll i John Mulaney znakomicie wbili szpilę w zwyrodnialców, od których zaczęła się lawina #metoo (do czego na Oscarach odniesiono się zbyt późno i zbyt powierzchownie), Jordan Peele tłumaczył, że Uciekaj! narodziło się w oparach zielska, Frances McDormand odbierała nagrodę w piżamie i kapciach, a wieczór skradł (w sumie podobnie jak na Oscarach) Timothee Chalamet, który streamował imprezę leżącemu w łóżku choremu Armiemu Hammerowi.

Advertisement

Ale ta w założeniach rozrywkowa część rozdania nagród Akademii to jest coś, co trzeba po prostu przetrzymać – bo coraz ciężej będzie o taką brawurę, jak np. podczas wodzirejki Setha MacFarlane’a w 2013 roku, który niby śpiewał o piersiach aktorek, ale przy tym potrafił zaskoczyć, przełamać nudę i rozruszać towarzystwo wzajemnej adoracji.

Przez co nikt mu już nigdy nie da poprowadzić gali.

Advertisement

Ale starczy już o całej otoczce, bo ten cyrk musi się pojawić, żeby czymś wypełnić czas pomiędzy reklamami. Mięsem nadal są nagrody i trzymanie kciuków za swoich faworytów. Jasne, co roku pojawiają się te same głosy, że statuetka złotego wojownika nie ma żadnego znaczenia, ale realia są jednak inne. To część tradycji oddziałującej na cały przemysł z potworną siłą – dystrybutor może szastać hasłami reklamowymi przy reedycjach filmów; studia z chęcią zatrudniają aktorów, dzięki którym mogą do zwiastunów i na plakaty wrzucać „Academy Award Winner”; a i sami artyści czują się na pewno lepiej, gdy stają się już na zawsze częścią absolutnej śmietanki filmowej – wystarczy przywołać tutaj wydającą się trwać wieki walkę Leonarda DiCaprio.

Można umniejszać rangę tej nagrody, ale prawda jest taka, że złota statuetka to marzenie każdej osoby związanej zawodowo z kinem, a i my, jako widzowie, chcemy, żeby ci nasi ulubieńcy w końcu położyli na niej ręce (w tym roku prawie przebiłem sufit, gdy nagrodę odebrał Gary Oldman – pomijany podczas rozdań od lat).

Advertisement

I przechodząc do „mięsa” od razu zaznaczam, że nie będę się silił na jakieś wnikliwe analizy całej ceremonii oraz wyników, a przejadę po tym serduchem, niech się tapla ten tekst w mojej krwi. Najpierw rzeczy, który mnie cieszą jak karma mać:

* wspomniana już statuetka dla Gary’ego Oldmana. Oczywiście, coś jest w tych zarzutach, że to jednak nagroda za całokształt, bo facet był robiony w konia prawie tak umiejętnie jak Roger Deakins. Sid i Nancy, JFK, Dracula, Leon zawodowiec – człowiek-kameleon, znakomity w każdym calu, ale do tego stopnia pomijany, że w pierwszej dekadzie XXI wieku zaczął się ładować w jakieś kuriozalne filmowe dziwactwa.

Advertisement

Na szczęście Akademia sobie o nim przypomniała w 2012 roku przy Szpiegu (gdzie miał mocną konkurencję, ale spokojnie mógł wygrać z Jeanem Dujardinem), a teraz można było ukoronować jego znakomitą karierę. I to też nie tak do końca tylko „za zasługi”, bo jego Churchill w Czasie mroku zagrany jest znakomicie, ciągnie praktycznie w pojedynkę ten dosyć przeciętny film, a dodatkowo rola była fizycznie wymagająca. Szkoda Timothée Chalameta, który ma jeszcze czas na zaliczenie równie znakomitych ról, co w Tamte dni, tamte noce (chociaż może się też szybko wypalić), ale Oldman zasłużył na wygraną.

* Równie mocno cieszy mnie zwycięstwo Sama Rockwella. Byłem rozdarty między nim a Willemem Dafoe, ale to właśnie Rockwell często miał problem z udowodnieniem, że jest naprawdę dobrym aktorem – nawet gdy zaliczał znakomite role. Było to w sumie też pokłosie tego, że często ładuje się w miałkie projekty i omijają go naprawdę wymagające zadania (chociaż zawsze czaruje), ale Martin McDonagh rozpisał dla niego naprawdę wspaniałą oraz trudną rolę, a aktor wyciągnął z niej ile się dało – przemiana jego bohatera była niezwykle skomplikowana, szczególnie, że miał do zagrania postać odrzucającą na kilometry (nadużywający władzy policjant-rasista), a napchał ją takimi emocjami, że bez problemu można mu było współczuć na jakimś poziomie. No i rozczulający jest fakt, że Frances McDormand bardziej cieszyła się z jego statuetek zdobywanych na różnych galach, niż ze swoich, co tylko podkreśla ich znakomitą aktorską oraz ludzką synergię,

Advertisement

* Statuetka dla Uciekaj! za najlepszy scenariusz oryginalny – chyba najbardziej nieoczekiwany wynik, a przy tym nie tyle trafny (bo Peele napisał cholernie błyskotliwy tekst), co przede wszystkim otwierający w Hollywood na nowo drzwi dla kina gatunkowego, które znowu będzie mogło powalczyć w pierwszej lidze o najważniejsze trofea. Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że w tak istotnej kategorii wygra groteskowy horror będący wiwisekcją rasizmu, zrobiony przez studio, które zajmuje się na co dzień tworzeniem groszowych straszaków? Liczę na to, że sukcesy Uciekaj! i Kształtu wody zwiększą rangę kina rozrywkowego w walce o najwyższe laury, a cała akcja nie rozejdzie się po kościach, co w sumie miało miejsce po zdobyciu 11 Oscarów przez Władcę pierścieni: Powrót króla w 2004 roku.

* Roger Deakins i zasłużona statuetka za zdjęcia do Blade Runnera 2049. W KOŃCU. PO 14 NOMINACJACH. Jego walka z kapitułą była zdecydowanie bardziej bolesna niż wieloletnie wygibasy DiCaprio, bo chłop wyrzucał z siebie przez lata potok arcydzieł wizualnych. A teraz nareszcie wyszedł na scenę, zaliczył poczciwe przemówienie i mam nadzieję, że w kolejnych latach odkuje się za wszystkie te puste nominacje – co na pewno przyniesie największą korzyć widzom.

Advertisement

* 89-letni James Ivory jako najstarszy laureat Oscara. Niezwykłe, że tak zasłużony dla kina człowiek dopiero teraz odbiera statuetkę, ale niestety ze swoim największym dziełem, Okruchami dnia, trafił na rok Listy Schindlera. Ale to, co zrobił przy adaptowaniu książki André Acimana, jest po prostu niezwykłe – wziął momentami dosyć pretensjonalny tekst (chociaż nadal świetny) i wydestylował z niego pełnię emocji; związek bohaterów jest w filmie bardziej zwarty, natchniony. I to wszystko jest dziełem prawie stuletniego mężczyzny. Wielkie brawa, szczególnie za dystans – filmowy senior wkroczył na scenę w koszuli z podobizną… Timothée Chalameta.

* Pozytywnie zaskoczył także wybór Ikara w kategorii pełnometrażowych dokumentów, bo ta świetna produkcja zostawiła za plecami ważne tematycznie produkcje (Ostatni w Aleppo, Strong Island) i wydawało się przed galą, że nic tu nie ugra. A jednak Fogel i Netflix wychodzą ze statuetką. Warto nadrobić ten dokument o dopingu w rosyjskim sporcie, jeśli go nie znacie, bo to kuriozalna i porażająca tematyka, a odpowiedzialny za sporą część tego cyrku Grigorij Rodczenkow jest fascynującą postacią.

Advertisement

* Oscar za kostiumy był samograjem, bo Nić widmo to dwugodzinna fetyszyzacja mody, ale zdziwiło mnie bardzo, że to nie Daniel Day-Lewis odbierał nagrodę, a jakiś podstawiony człowiek. Nikt mi nie wmówi, że tak chorobliwie metodyczny aktor nie uszył wszystkich tych ślicznych ciuchów – widzę oczami duszy, jak zarywa kolejne miesiące, żeby każdy szew się zgadzał. Może nie chcieli mu wręczyć nagrody pod nazwiskiem „Reynolds Woodcock”? To pozostanie tajemnicą.

* Z aktorskimi wyborami zgadzam się w zupełności. Przewidywalne, ale niezwykle mocne – trochę szkoda Margot Robbie, ale w tym roku prawdziwym pomnikiem aktorstwa była Frances McDormand, która jako jedyna postanowiła zrobić na scenie jakieś show i rozruszała trochę serca i ciała zebranych swoim energicznym wystąpieniem.

Advertisement

A teraz wyniki, którymi nie tyle jestem jakoś szczególnie zawiedziony, bo konkurencja w tym roku była naprawdę konkretna, ile raczej niepocieszony:

* Dunkierka zgarnęła worek nagród technicznych. I super, bo to wizualna maestria, Nolan potrafi wspaniale opowiadać obrazem, ale rykoszetem dostało się przez to Baby Driver, który zasłużył chociaż na jedną figurkę. Na przykład za montaż dźwięku.

Advertisement

* Najlepsza piosenka: od lat jest to dziwna kategoria, gdzie wszyscy grają, a zazwyczaj wygrywają Disney/Pixar. I tak było też teraz – jasne, Remember Me z Coco o dobry utwór, znakomicie wpasowany w film, ale Sufjan Stevens zrobił w Tamtych dniach, tamtych nocach prawdziwą magię i byłoby miło, gdyby tak unikalna piosenka wygrała. Szczególnie, że Stevens od lat już dopieszcza ten jeden przebój.

KRĄG 2 (1999), RING 2 (2005). Amerykańska zemsta po latach

* No i ta chyba najbardziej kontrowersyjna wygrana, najważniejsza, stratowana przez Internet jak Mufasa, czyli Kształt wody jako najlepszy film. Nie był to mój pierwszy wybór. Ani drugi. Ani trzeci. Tak średnio też czwarty. Ale w żadnym wypadku nie powiem, że to zły wybór – jasne, stawka w tym roku była naprawdę mocna, a w ogólnym rozrachunku taka Nić widmo czy Trzy billboardy za Ebbing, Missouri miały mocniejsze podstawy na wbicie się w zbiorową pamięć, jako zapamiętywalny film „oscarowy”, ale… to właśnie popkulturowy składak del Toro, laurka dla pomijanych przez akademię gatunków (horror, SF), może być w końcu przełamaniem konwencji trawiących te nagrody. To śliczna baśń złożona z celnych cytatów i zwycięstwo brawurowego kina gatunkowego, czystej rozrywki. Znakomicie wyglądająca, kapitalni zagrana. A przy tym obraz dużo bardziej złożony tematycznie, niż „hehe, laska bzyka rybę”. Celebruj sukces Guillermo, ale następnym razem poszalej bardziej, jak za czasów Labiryntu fauna albo Pacific Rim. W tym roku nie wygrał może najlepszy film, ale zdecydowanie zwyciężyła miłość do kina – bo del Toro jest kinofilem ostatecznym.

Advertisement

I koniec końców stwierdzam, że znowu ponarzekałem, wymęczyłem się jak knur na bieżni, a za rok i tak wrócę oglądać Oscary. Niech ten karnawał trwa, niech złocą się kolejni artyści – mam tylko nadzieję, że kolejna gala będzie odważniejsza, bezczelniejsza, popuszczone zostaną zdecydowanie wodze fantazji, a aktorzy będą mieli możliwość trochę bardziej się rozluźnić.

 

Advertisement

A tak na koniec koniec przyznam swoje nagrody imienia Daniela Day-Lewisa za moje ulubione kreacje Oscarowe.

Greta Gerwig za lekkość, wyrazistość i urok:

Advertisement

 

Chadwick Boseman za to, że ma licencję na wyglądanie i za każdym razem pożera uwagę:

Advertisement

Tak natomiast galę podsumowuje Grzegorz Fortuna:

Dziewięćdziesiąta edycja rozdania Oscarów przejdzie zapewne do historii jako „ta nudna”, podczas której nic się nie wydarzyło. A to oznacza, że nie przejdzie do historii w ogóle. Trudno dziwić się oceniającym ją dziennikarzom, bo poprzeczka została zawieszona wysoko – w zeszłym roku mieliśmy wszak niespodziewane zwycięstwo Moonlight i spektakularną pomyłkę Warrena Beatty’ego i Faye Dunaway. W tym roku Bonnie i Clyde się nie pomylili, a koperty były wręcz absurdalnie dobrze oznaczone.

Advertisement

Nie w przewidywalności leży jednak mój główny problem z Oscarami. Nie jest też nim przesadna wystawność, poprawność ani brak odpowiedniego zdywersyfikowania nagród. Mam z nagrodami Akademii inny problem – jej członkowie nie są w stanie poznać geniuszu nawet wtedy, gdy dostaną nim w twarz. Tkwią przez to w ciągłym przesunięciu, które powoduje, że choć Oscary bardzo często dostają znakomici twórcy, to otrzymują je nie za te filmy, co trzeba.

BIBLIOTEKARZ 2: TAJEMNICE KOPALNI KRÓLA SALOMONA

Jak to działa? Przyjmijmy, że reżyser, scenarzysta, aktor lub producent X ma na swoim koncie świetne filmy, w których pokazuje niezwykły kunszt, ale mimo tego nie zdobywa nagrody. Po pewnym czasie w prasie i Internecie zaczynają pojawiać się artykuły o wymownych tytułach – „Dlaczego X ciągle nie ma Oscara?”. Członkowie Akademii wpadają wówczas w popłoch, a część z nich zapewne podświadomie decyduje, że jak tylko trafi się okazja, by X dostał Oscara, to oni go chętnie przyznają. Wystarczy wówczas przyzwoity film, by X zgarnął statuetkę – a tymczasem wśród nominacji czeka o wiele bardziej interesujący Y, o którym prasa zaraz napisze, że powinien mieć nagrodę. Oscary tkwią przez to w błędnym kole, z którego nie sposób się wydostać – ciągle trzeba przecież nadrabiać zaległości.

Advertisement

Podręcznikowym przykładem będzie tu zapewne Martin Scorsese, który nie dostał statuetki ani za Taksówkarza, ani za Wściekłego byka – dwa arcydzieła, które na zawsze wpisały się do historii kina – ale za Infiltrację.

Spójrzmy więc na tegoroczne nagrody. Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego otrzymuje Gary Oldman za perfekcyjne udawanie, że jest Winstonem Churchillem. No i super, ale Oldman powinien tego Oscara dostać lata temu – albo za Szpiega, albo za Leona zawodowca, za którego nie był nawet nominowany. Najlepszym reżyserem zostaje z kolei Guillermo del Toro, którego Kształt wody zdobywa także nagrodę dla najlepszego filmu. I choć kocham del Toro szczerą miłością, to nie da się ukryć, że Kształt wody jest filmem mocno wtórnym, niezbyt zaskakującym i… jednym z najgorszych w karierze reżysera. Wszystkie te laury twórca powinien dostać przed dekadą za Labirynt fauna.

Advertisement

Problem polega tu na tym, że ilekroć Akademia dopuszcza się tego typu spóźnienia, Oscara nie dostaje ktoś, kogo wybranie byłoby o wiele bardziej interesujące. Bo w tegorocznej stawce najlepszych filmów było co najmniej kilka bardziej intrygujących i prowokujących od Kształtu wody – choćby Uciekaj!, Nić widmo czy Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. W stawce reżyserów czaił się genialny debiutant, Jordan Peele, a w grupie aktorów – Timothee Chalamet.

Podobną sytuację mamy u najlepszych aktorek – Akademia nagradza Frances McDormand, która jest doskonałą aktorką, ale kompletnie pomija brawurową Margot Robbie w Ja, Tonya, która pierwszy raz w życiu miała okazję udowodnić, że ma gigantyczny talent, który pozwolił jej wcielić się w niełatwą rolę wulgarnej wieśniary w oryginalny, ciekawy i przekonujący sposób. A Vicky Krieps, odkrycie Nici widmo, aktorka, która zjada i przeżuwa w filmie Andersona takiego aktorskiego potwora jak Daniel Day-Lewis, nie otrzymuje nawet nominacji. Dostaje ją natomiast znowu Meryl Streep za to, że przekonująco odegrała Meryl Streep.

Advertisement

Mógłbym mnożyć te narzekania w nieskończoność – niedostrzeżenie dźwiękowego i montażowego geniuszu Baby Driver uważam za zbrodnię, która powinna być ścigana z urzędu. Ale w sumie co z tego? Zarwałem kolejną noc i wcale nie żałuję, bo kibicowanie, darcie się do ekranu i narzekanie jest moim corocznym rytuałem i zostanie nim nadal. Tak samo ma większość dziennikarzy filmowych we wszystkich zakątkach świata. Akademia może więc tkwić w swoim przesunięciu do końca świata, a Oscary nadal będą tak samo istotne w branży. Nawet jeśli spora część twórców otrzymuje tak naprawdę nagrody-przeprosiny za pominięte przed laty projekty.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *