search
REKLAMA
Zestawienie

ŁZY W DESZCZU. Najbardziej EMOCJONALNE sceny w filmach science fiction

Dziesięć momentów, które złamią wam serce.

Maciej Kaczmarski

24 września 2022

emocjonalne SF
REKLAMA

Śmierć superkomputera, samotność zapijaczonego kosmity, umierające androidy i ostatnie chwile mutanta – to tylko niektóre z najbardziej przejmujących obrazów w produkcjach spod znaku fantastyki naukowej. Oto subiektywny wybór scen, które – w przeciwieństwie do wspomnień Roya Batty’ego – nie przepadną w czasie jak łzy w deszczu, bo zapisały się już w historii kina.

Dezaktywacja HAL-a 9000 („2001: Odyseja kosmiczna”, 1968)

Komputer pokładowy HAL 9000 z filmu Stanleya Kubricka to nad wyraz zaawansowana sztuczna inteligencja, która kontroluje przebieg misji statku kosmicznego Discovery One. W wyniku otrzymania sprzecznych rozkazów HAL wpada w tzw. pętlę Hofstadtera-Möbiusa, buntuje się przeciw załodze i morduje wszystkich jej członków poza Davidem Bowmanem. Ocalały dowódca postanawia wyłączyć większość funkcji komputera. Podczas „eutanazji” przerażony HAL błaga Bowmana o litość („Boję się, Dave. Mój umysł odchodzi. Czuję to”), zaczyna bredzić, aż w końcu śpiewa piosenkę Daisy Bell i traci świadomość. HAL jest w tej scenie niepokojąco ludzki, Bowman – nieludzko wręcz okrutny, toteż agonia komputera jest bardzo poruszająca.

Pijany Newton („Człowiek, który spadł na Ziemię”, 1976)

Po tym, jak jego misja ratowania rodzinnej planety kończy się klęską, a on sam zostaje poddany bolesnym rządowym eksperymentom, Thomas Jerome Newton – delikatny przybysz z kosmosu – jest zmuszony pozostać na Ziemi do końca swoich dni. Jedyne, co mu pozostało, to wiara, że nagrana przezeń płyta dotrze do jego żony za pośrednictwem radia. Po latach kosmita spotyka się w barze z doktorem Bryce’em, swoim byłym współpracownikiem. Newton nadal wygląda młodo i jest zamożny, ale cierpi na depresję i zaawansowany alkoholizm. Po krótkiej rozmowie wypuszcza z rąk szklankę i zawiesza głowę w pijackim stuporze. Nie ma już dla niego żadnej nadziei. Tak kończy się gorzki film Nicolasa Roega na podstawie powieści Waltera Tevisa.

Monolog Roya („Łowca androidów”, 1982)

Roy Batty – zbiegły android desperacko poszukujący sposobu na przedłużenie swojego życia – czyni zadość sloganowi korporacji Tyrella, która go wyprodukowała: „Bardziej ludzki niż ludzie”. Nie tylko ratuje Deckarda przed nieuchronną śmiercią, ale jeszcze dzieli się z łowcą swoimi wspomnieniami. „Wszystkie te chwile przepadną w czasie jak łzy w deszczu” – kończy swój dramatyczny monolog Batty z gasnącym uśmiechem na ustach, po czym spuszcza głowę i umiera. Ostatnie słowa androida zostały częściowo zaimprowizowane przez Rutgera Hauera, który zagrał tę ikoniczną postać w filmie Ridleya Scotta. Kiedy ujęcie zostało nakręcone, wzruszeni członkowie ekipy zgotowali mu owacje. Słusznie, bo to jedna z najwspanialszych scen w historii kina.

Umierający E.T. („E.T.”, 1982)

Wielu widzów zapewne wskazałoby finałowe, łzawe pożegnanie Elliotta Taylora i przyjaznego ufoludka jako najsmutniejszy moment filmu Stevena Spielberga. Ale jest w E.T. scena równie (jeśli nie bardziej) przejmująca. Rządowi wysłannicy pod przywództwem agenta Keysa wkraczają do domu Taylorów, zakładają tam laboratorium i próbują wyleczyć Elliotta i E.T. Chłopiec odzyskuje siły, lecz kosmita sprawia wrażenie umierającego; psychiczna więź, która ich łączy, zaczyna zanikać. Naukowcy reanimują E.T., czemu przyglądają się zrozpaczeni Gertie i Elliott. Kiedy resuscytacja nie przynosi rezultatów, zapłakany chłopiec żegna się ze swoim pozaziemskim przyjacielem. E.T. niespodziewanie ożywa, ale serca widzów zdążyły już pęknąć.

Zagłada Brundlefly („Mucha”, 1986)

Gdyby Seth Brundle wiedział, jakie rezultaty przyniesie jego remedium na chorobę lokomocyjną, pewnie pozostałby przy aviomarinie. Po kilku nieudanych próbach teleportowania pawiana genialny fizyk eksperymentuje na samym sobie, ale nie zauważa, że do kapsuły teleportacyjnej dostała się mucha. Komputer łączy ze sobą kody genetyczne Setha i insekta, co skutkuje kafkowską przemianą w Brundlefly – spotworniałą hybrydę człowieka i muchy. W finale filmu Davida Cronenberga monstrum mutuje z kapsułą. Brundlefly błaga swą kochankę Veronicę, aby skróciła jego męki; w owadzich oczach tli się resztka człowieczeństwa. Dziewczyna odstrzeliwuje czerep poczwary, pada na kolana i zalewa się łzami, a widz szczerze współczuje obojgu nieszczęśnikom.

Samozniszczenie T-800 („Terminator 2”, 1991)

T-800 jest początkowo bezduszną maszyną obliczoną na ochronę Johna Connora za wszelką cenę. Z biegiem czasu cyborg i chłopiec zbliżają się do siebie: John uczy Terminatora gestykulacji, slangu i poszanowania ludzkiego życia, Terminator zaś staje się dla Johna przyjacielem i zastępczym ojcem. I kiedy wydaje się, że po zlikwidowaniu T-1000 misja dobiega końca i zaraz nastąpi happy end, T-800 wyjaśnia, że aby zapobiec powstaniu Skynetu, on również musi zostać zniszczony. John rozpaczliwie protestuje, ale w końcu godzi się z wyrokiem losu i T-800 znika w kadzi ze stopioną stalą. Zanim pochłoną go płomienie, wykonuje gest, który pokazał mu jego ludzki niby-syn: kciuk w górę. Ta scena nie byłaby tak smutna, gdyby John i Terminator nie zbudowali tak bliskiej relacji.

Poświęcenie giganta („Stalowy gigant”, 1999)

Wielki, wrażliwy robot o ciekawości kilkuletniego dziecka i nieposkromionym apetycie na żelastwo powstał w wyobraźni angielskiego poety Teda Hughesa pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. Ponad trzy dekady później książka została przeniesiona na ekran i choć film w reżyserii Brada Birda był finansową klapą, dziś uważa się Stalowego giganta za klasykę współczesnej animacji. W rzeczy samej jest to bardzo mądry obraz o ponadczasowym przesłaniu, jakże daleki od ostatnich produkcji Disneya, infantylnych i zarazem niepotrzebnie obciążonych polityczną poprawnością. Jedna z ostatnich scen, w której tytułowa postać poświęca swoje istnienie, aby uratować mieszkańców miasteczka Rockwell przed hekatombą, wyciśnie łzy z największego twardziela.

Sabotaż Kelvina („Solaris”, 2002)

Wyreżyserowana przez Stevena Soderbergha ekranizacja najlepszej powieści Stanisława Lema to jeden z najbardziej zachwycających i zarazem niedocenionych filmów science fiction. Kinomani i krytycy nie poznali się na tym nastrojowym, refleksyjnym kinie przepełnionym pięknymi scenami chwytającymi za serce. Bodaj najbardziej wstrząsająca sekwencja Solaris trwa niewiele ponad minutę i nie pada w niej ani jedno słowo. Zszokowany nagłą obecnością sobowtóra swej zmarłej żony Kelvin podstępem zamyka Rheyę w kapsule ratunkowej i bezpowrotnie wysyła ją na pewną śmierć w przestrzeni kosmicznej. Kelvin odwraca głowę, ale nie potrafi powstrzymać łez, bo po raz drugi traci ukochaną. Żałobną atmosferę potęguje wspaniała muzyka Cliffa Martineza.

Metalowy kwiatek („Dystrykt 9”, 2009)

Błyskotliwy film Neilla Blomkampa sprawdza się zarówno jako inteligentne kino science fiction, rozrywkowy film akcji i czytelna metafora apartheidu (czy jakiejkolwiek innej formy wykluczenia). Gdy fajtłapowaty urzędnik Wikus van de Merwe niechcący pryska sobie pozaziemskim płynem prosto w twarz, zaczyna się jego stopniowa metamorfoza w obcą formę życia. Wikus wie, że już nigdy nie wróci do domu. W ostatnim ujęciu – już po pełnej przemianie w „krewetkę” – montuje na złomowisku rozczulający prezent dla żony: metalowy kwiatek, który zostawi pod jej drzwiami. Tylko w taki sposób może przekazać Tanii, że żyje, a jego przelotne spojrzenie w stronę kamery wyraża niewyobrażalny smutek i tęsknotę. Wyjątkowo słodko-gorzkie zakończenie.

Śmierć K („Blade Runner 2049”, 2017)

Twórcy tej doskonałej kontynuacji długo dają do zrozumienia, że łowca K jest potomkiem Rachel i Deckarda – pierwszym w historii urodzonym (a nie zbudowanym) androidem, który stanie na czele rewolucji. Prawda jest zgoła inna: K to zwykły replikant, mały trybik w potężnej machinie dziejów. Ostatecznie jednak okazuje się bardziej ludzki niż niejeden człowiek; ratuje Deckarda i prowadzi go do jego córki, odnosząc przy tym śmiertelne rany. W końcu K spoczywa na zaśnieżonych schodach i umiera przy dźwiękach wariacji na temat utworu Tears in Rain Vangelisa, do którego w Łowcy androidów konał Roy Batty. Połączenie melancholijnej muzyki i śniegu padającego na nieruchome ciało składa się na jedną z najbardziej poetyckich scen w filmie Denisa Villeneuve’a.

Maciej Kaczmarski

Maciej Kaczmarski

Autor książek „Bóg w sprayu. Filozofia według Philipa K. Dicka” i „SoundLab. Rozmowy”. Publikował m.in. na łamach „Czasu Kultury”, „Gazety Wyborczej”, „Trans/wizji”, „Gazety Magnetofonowej” oraz na portalach Dwutygodnik.com, Czaskultury.pl i Onet.pl. Członek Londyńskiego Instytutu Patafizyki.

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA