Kino klasy Z

FATEFUL FINDINGS. Gorzej niż w „The Room”

Mistyczny film klasy B - rozdziera rzeczywistość i mózg widza.

Autor: Tomasz Bot
opublikowano

Dziś recenzja dla prawdziwych twardzieli-masochistów. Takich, co lubią ssać żyletki, nitkować zęby drutem i oglądać Taniec z gwiazdami na 300-krotnym spowolnieniu. Ten film to żylaste zimne mięso ślepych ambicji, którym widz dostaje po twarzy. Będzie tak amatorsko i żenująco, że pewnie nawet kamerę bolało w trakcie kręcenia.

Jest taka scena w Diable Żuławskiego, w której demoniczna postać pląsa przed bohaterem, mówiąc: „Nie umiem objaśnić ci świata, ale umiem ci go zatańczyć”. Jest coś takiego w filmie Neila Breena, że słowa stają się… niewspółmierne, i może wolałbym się pogibać przed wami na jego temat. Z drugiej strony przeczytałem o tym tytule co najmniej jedno zdanie, któremu przyklasnę. Ktoś całkiem przytomnie napisał, że postawa reżysera i odtwórcy głównej roli, Neila Breena, może zostać zamknięta w stwierdzeniu: „Nie mogę się masturbować w swoim filmie, ale zobaczymy, jak blisko tego będę”. Bo – powiedzmy sobie szczerze – Breen kręci tu poemat na swą cześć, wprowadzając do niego wątki metafizyczne, mesjanistyczne i od czasu do czasu torturując jakieś laptopy, które ewidentnie czymś mu podpadły.

Chyba nawet dzieci wiedzą już, że Tommy „hehe” Wiseau nakręcił bardzo zły film The Room. Tekst, który czytacie, może zostać podsumowany emotką „hi, Mark”, co jest aluzją do kultowej produkcji. The Room to monolit – jeden tytuł wywindował Wiseau na śmieciowy szczyt i dał mu sławę. Ale w mniej zbadanej części nieba złym blaskiem świeci już inna gwiazda. Żeby w świecie tandety zbliżyć się do poziomu The Room, trzeba mieć spory antytalent. Nasz dzisiejszy bohater, Neil Breen, zdecydowanie go ma. Oglądając Fateful Findings, masz wrażenie obcowania z historią jak pod Lyncha i Jodorowskiego, a nakręconą przez Homera Simpsona po ośmiu piwach.

W 2005 roku niemłody już Neil debiutował filmem Double Down – kinem akcji bez akcji o hakerze znającym wszystkie sekrety świata, bo mogącym się włamać wszędzie, za to tłukącym w klawiaturę, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Poza tym tak genialnym i niepokornym, że ścigały go wszystkie wywiady świata, a on żył na pustyni, doświadczając mistycznych wizji. Film był tak tani i daleki od wszelkiego profesjonalizmu, że zapamiętałem z niego tylko trzy rzeczy. Po pierwsze, Neila ściskającego w dłoniach zakrwawioną lilię w basenie – po tym, jak spiskowcy zastrzelili w nim jego ukochaną. Po drugie, wygłaszane monotonnym głosem monologi bohatera, z których wynikało, że jedyną szansą dla świata jest on sam. Po trzecie, że Breen jest tak niegwiazdorski, jak głęboko mrożone trociny. To był zły film, rozumiecie? Teraz jednak, po Fateful Findings, mogę powiedzieć, że twórca tej produkcji dopiero się wtedy rozgrzewał.

Chłopiec i dziewczynka – Dylan i Leah – znajdują w grzybie dziwny kamyk. Ona wkrótce wyjeżdża z miasta. Kilkadziesiąt lat później Dylan zostaje potrącony na ulicy i trafia do szpitala, gdzie w lekarce rozpoznaje Leah. On ma jednak już swoją żonę – uzależnioną od leków. Ma też misję – jako pisarz-haker (znowu!) chce tropić i ujawniać korupcję w świecie korporacji i polityki; włamuje się (znowu!) na rządowe strony. Para jego znajomych ma kłopoty z seksem, a ich córka podrywa Dylana. On miewa tak ostre migreny, że czasami zrzuca laptopy. Wkrótce odbędzie się grill, na którym pojawią się wszyscy, ktoś się na nim upije, a Leah pokaże Dylanowi swój notatnik z dzieciństwa. Jeśli ktoś myśli, że wątki te połączą się w jakąś spójną całość, rozczaruje się. Oglądamy głęboki, głęboki off, powstały z dala od trendów, pieniędzy, talentu, ożywiony właściwie tylko potężną chęcią reżysera (prawie 60-latka), żeby powiedzieć: patrzcie, oto jestem.

Film składa się z przeciągniętych scen dwojakiego rodzaju: zwykłych (ktoś idzie, mówi czy choćby stoi, ale to naprawdę amatorskie kino, więc i wtedy jest „jakoś inaczej niż w naszym świecie”) i tripowych (wirują dziwne mgiełki i brokaty; mieszają płaszczyzny czasowe, a płyn mózgowo-rdzeniowy Neila miesza się z jego innymi płynami, które wzbierają w nim, gdy rusza kamera). Bohater zapewnia nam niezwykłe doznania. Albo rozszczelnia swoje wiązania atomowe i przenika przez drzwi, albo nagle siedzi nago w pomieszczeniu oklejonym czarnymi workami na śmieci, ewentualnie prezentuje goły tyłek, wychodząc ze szpitalnego pokoju.

Oglądamy głęboki, głęboki off, powstały z dala od trendów, pieniędzy, talentu, ożywiony właściwie tylko potężną chęcią reżysera (prawie 60-latka), żeby powiedzieć: patrzcie, oto jestem.

Aktorsko film leży i kwiczy. Takiej amatorki nie widziałem już dawno. Wykonawcy (czy „wykonawcy”?) coś mówią, ale każdy stara się po prostu nie patrzeć w kamerę. Wypróżniają się z kwestii w przestrzeń; nie ma mowy o dialogu, interakcji. Neil tak źle odgrywa omdlenie z przewróceniem kubka kawy, jakby pierwszy raz w życiu miał coś rozlać. Lepiej mu idzie rzucanie książkami w laptopy. Zresztą sceny czy tematy urywają się tu nagle i bez sensu. Spięty zazwyczaj Dylan zamienia się niespodziewanie w dzikiego zwierza i postanawia wziąć swoją żonę, tu i teraz, wcześniej tylko podrze swoje i jej ubranie i zrzuci laptopy z biurka… Montaż to jakaś katastrofa, podobnie jak dialogi. Kamera bywa ustawiona zgodnie z zasadami najtańszego porno – więc na różne sposoby. Dla przykładu w scenie wypadku Dylana skupia się na butach należących do gapiów. W tej produkcji wszystko kuleje – nawet odgarniane krzaki brzmią kiepsko. To poziom realizacyjny Wściekłych pięści węża, ale tam była zgrywa i świadomy wybór drogi, a Neil ciśnie całość na serio. Zdaje się też wierzyć w to kino; pewnie uwierzył w swoją i jego mesjanistyczną misję. Myślę, że ci wszyscy aktorzy z The Room, którzy mieli problem z jakością projektu, ale jednak zostali na planie, tutaj po godzinie uciekaliby w panice.

Dylan – odessany choćby z cienia charyzmy, energii – przypomina zasuszonego bobra. Dziwny jest też fakt, że wygląda na starszego o 20 lat od Leah i że wszystkie kobiety ulegają jego magnetycznej osobowości. Żona np. wskakuje z nim pod prysznic, kiedy mężczyzna ma jeszcze wielki zakrwawiony bandaż na twarzy, co wygląda naprawdę turpistycznie. Dylan mówi „nie” atrakcyjnej nastolatce, bo jest człowiekiem nieskazitelnych zasad, a poza tym gdyby tak każdej pozwalał, nie miałby czasu pisać. Ta fascynacja pisarzem-hakerem ze strony kobiet nabiera sensu, gdy zdamy sobie sprawę, że jest to autorska produkcja i za właściwie każdy jej element odpowiada Neil.

Bohater jest równie silnie naciskany przez wydawców – ludzkość jest głodna jego myśli. Ale on pisze i kocha w swoim tempie; żyje też w mistycznej unii ze światem, skrytym pod zasłoną codzienności. Czuje i myśli więcej, a w chwilach złości rzuca laptopami – równie przekonująco, jak na nich pisze. Końcówka Fateful Findings to autentyczny oczotrzep. Dylan przemawia w telewizji, co nakręcono na obraźliwie nieadekwatnym green screenie. Wyjawia przed światem ogrom zła i korupcji. Doprowadza do oczyszczenia. Po szczegóły odsyłam przed ekrany.

Moje prywatne badania na niewielkiej grupie kobiet jasno dowodzą, że Neil jest równie seksowny co obuwie ortopedyczne. Właściwie to stanowi antytezę zmysłowości, męskiego magnetyzmu i nie jawi się też jako postać sympatyczna. W przeciwieństwie do ekscentrycznego Wiseau, który pewnie nie miałby problemu z zabraniem którejś z ankietowanych na kolację. Można więc śmiało rzec, że raczej nie zagrozi pozycji Tommy’ego, który zwyczajnie ma warunki na „gwiazdę szlamu”. I chociaż fabuły filmów Breena są jeszcze bardziej niedorzeczne, ciężkostrawne i upakowane po brzegi absurdem niż The Room, to ich flegmatyczny autor zdecydowanie osłabia ich moc wyrazu (choć jest to jednocześnie także część jego, powiedzmy, atutów – „Stary, nie uwierzysz, jakiego bezjajecznego kloca widziałem w roli superhakera i superplayboya”!). Śmiem twierdzić, że obrazy Neila z obsadzonym w głównej roli Wiseau mogłyby być dzikim i szalonym połączeniem.

Z drugiej strony to właśnie Breen jest prawdziwym maniakiem kina, a nie celebrytą niesionym falą jednego tytułu – w ciągu kilku lat za własne pieniądze nakręcił parę naprawdę koszmarnych tytułów i nie zamierza przestać. Ba, po tym, jak myślałem, że nie wsunie już głowy głębiej w swoje odpałowe fantazje, niż to zrobił w Fateful Findings, pojawił się trailer obrazu Twisted Pair, w którym jest… dwóch Neilów, cukierkowe CGI, dużo mistyki… jakiś niewidzialny haczyk. Kiedyś po coś i jakoś będę musiał to obejrzeć!

 

Ostatnio dodane