search
REKLAMA
Action Collection

KARMAZYNOWY PRZYPŁYW. Tak pisze się dobre scenariusze.

Szymon Skowroński

27 września 2018

REKLAMA

Karmazynowy przypływ nie jest, bynajmniej, pierwszym tytułem, który kojarzymy z nazwiskiem reżysera Tony’ego Scotta. Nie dość, że kilka lat wczesnej powstał inny przebojowy thriller o łodzi podwodnej (Polowanie na Czerwony Październik Johna McTiernana), to sam Scott w swojej filmografii ma popularniejsze tytuły – Prawdziwy romans czy Top Gun. A jednak, to właśnie Karmazynowy przypływ jest przykładem mistrzowskiej formy reżyserskiej, znakomitego montażu, aktorskiego starcia dwóch gigantów, a przede wszystkim – fachowego scenopisarstwa, a nie da się ukryć, że ta ostatnia sztuka w ostatnich czasach bardzo mocno się zdewaluowała. Na przykładzie filmu z 1995 roku można zobaczyć jak bardzo.

Crimson Tide

Sytuacja wyjściowa konfliktu jest dość prosta, ale efektywna. Na pokładzie podwodnej łodzi z rakietami nuklearnymi dochodzi do zakłócenia łączności radiowej, w wyniku czego kapitan i jego pierwszy oficer nie są pewni co do pełnej treści otrzymanego rozkazu. A rozkaz należy do tych najwyższych rangą – chodzi o odpalanie, lub nie, głowic w stronę nieprzyjaciela (oczywiście – Rosji). Oficer, grany przez Denzela Washingtona, sprzeciwia się wykonaniu rozkazu, gdyż komunikat nie jest pełny. Kapitan – w tej roli Gene Hackman – nie ma wątpliwości, że broń powinna zostać użyta. Dochodzi do buntu na ciasnej przestrzeni okrętu, a wynik konfliktu może przeważyć o losach świata. Filmowcy w latach 90., zwłaszcza amerykańscy, lubowali się w sytuacjach kryzysowych i z rozkoszą rzucali swoich bohaterów do gry o najwyższą stawkę. Żeby nie było wątpliwości co do misji, Karmazynowy przypływ otwierają napisy, w których wymienia się trzech najważniejszych ludzi na świecie. Pierwsi dwaj to prezydenci USA i Rosji. Na trzecim miejscu ląduje kapitan łodzi podwodnej z bronią nuklearną. Wszystko jasne, prawda? Teraz wystarczy obserwować eskalację konfliktu i czekać na finał, by dowiedzieć się, czyje będzie na górze.

Przeciętny scenariusz hollywoodzkiego filmu z ostatniej dekady najprawdopodobniej opowiedziałby tę sytuację w pierwszych piętnastu-dwudziestu minutach, by jak najszybciej przejść do „mięsa”, czyli ciągu brawurowych scen akcji lub plot twistów, po których okazałoby się, że tak naprawdę, to nie chodziło o pociski nuklearne, że nie jesteśmy na łodzi podwodnej i że Rosja to tylko przykrywka dla wielkiej korporacji, która chce przejąć władzę nad światem. A może nie – w każdym razie na pewno nie dostalibyśmy tego, co dostajemy w Karmazynowym przypływie. Mam na myśli ekspozycję.

Crimson Tide

Dobra ekspozycja to niezwykle trudna sztuka i prawda jest taka, że udaje się nielicznym. Żeby nie szukać daleko, weźmy sobie na warsztat pierwszy film o Predatorze. Wytnijmy z niego wszystkie dialogi i puśćmy sobie pierwszą połowę. Co widzimy? Grupa żołnierzy. Napakowani, umięśnieni. Czerwona koszulka Schwarzeneggera aż bije po oczach, wyróżniając go na tle innych, ale także na tle dżungli. Jakaś baza w dżungli. Starcie przy biurku. Zbieranie się do walki, lot helikopterami. Powolne wsiąkanie w dżunglę, trochę relacji między bohaterami – jeden drugiemu pluje na buty, trzeci czwartemu coś opowiada, na co ten reaguje śmiechem, piąty szóstemu zabija skorpiona na ramieniu. Nawet bez słów, poznajemy bohaterów i widzimy między nimi więź. Dochodzą do obozu w środku dżungli, robią totalny rozpiernicz, ratują porwaną kobietę, natrafiają na obdarte ze skóry zwłoki. Dopiero teraz, gdzieś kilka minut przed połową filmu, pojawia się tytułowy drapieżnik, który zaczyna atakować żołnierzy. I dopiero teraz widać sens tej długiej ekspozycji. Oddział kilku komandosów bez problemu poradził sobie z kilkudziesięcioma przeciwnikami, nie ponosząc praktycznie żadnych strat. A teraz wszyscy łamią się jak wykałaczki pod uderzeniami JEDNEGO przeciwnika. Arnold, najsilniejszy i najbardziej umięśniony z nich wszystkich, musi „wsiąknąć” w las, pozbyć się czerwonej koszulki stać się niewidzialnym – tylko w taki sposób pokona Predatora. Bez tej kapitalnie rozpisanej ekspozycji film z 1987 byłby tylko kolejnym slasherem z wymyślnym potworem. A tak mamy do czynienia z thrillerem niemal doskonałym.

Avatar

Szymon Skowroński

REKLAMA