Connect with us

Publicystyka filmowa

Jakie TAJEMNICE kryją CZOŁÓWKI WYTWÓRNI FILMOWYCH?

CZOŁÓWKI WYTWÓRNI FILMOWYCH skrywają fascynujące tajemnice i ukryte znaczenia, które zaskoczą każdego kinomana. Odkryj je z nami!

Published

on

Jakie TAJEMNICE kryją CZOŁÓWKI WYTWÓRNI FILMOWYCH?

Nie przykładamy do nich większej wagi, mimo iż stanowią nieodłączny element i zarazem zapowiedź kinowej przygody. Od ładnych paru lat w modzie są kolejne okazjonalne przeróbki znanych logosów największych kinowych potentatów. Ale mało kto wie, że niektóre z nich same w sobie stanowią osobliwą zabawę pełną ukrytych znaczeń. Jakich? Odpowiedź poniżej.

Advertisement

Bad Robot

https://www.youtube.com/watch?v=wUZh7PsgkMY

Zaczynamy od jednego z najbardziej specyficznych wizerunków. Twór J.J. Abramsa to relatywnie młoda firma, mogąca poszczycić się niezwykle ekscentryczną czołówką, która niczym mały film sam w sobie dopiero po jakimś czasie ujawnia cały swój sens. Powstała ona w 2001 roku i po raz pierwszy pojawiła się na… małym ekranie, zamykając odcinki serialu stacji ABC Agentka o stu twarzach. Z uwagi na telewizyjny rodowód była ona początkowo znacznie krótsza od tej, którą znamy teraz.

Advertisement

Dodatkowo towarzyszył jej przepuszczony przez syntezator Ivona okrzyk „zły robot!” właśnie. Głos ten należy do dzieci Abramsa, a on sam wpadł na ten kuriozalny, pozornie niezwiązany przecież w ogóle z filmem pomysł w trakcie jednego ze spotkań twórczych. Cóż, można i tak.

Columbia

Advertisement

Tak się składa, że w czerwcu tego roku minął równo wiek, odkąd bracia Harry i Jack Cohn oraz ich kumpel Joe Brandt rozkręcili CBC Film Sales Corporation, czyli podwaliny pod młodsze o sześć lat Columbia Pictures. Nazwa wytwórni, jak i jej niedający się zapomnieć symbol kobiety z pochodnią, to wręcz bezpośrednie użycie jednej z mitycznych postaci czasów formowania się Stanów Zjednoczonych – tak zwanej Lady Columbia. To dosłownie żeńska personifikacja USA i jedna z ikon walki o niepodległość tego państwa. Nieprzerwanie reprezentuje to studio od momentu jego powstania, stosownie dostosowując swój wygląd do zmieniających się czasów – na przykład zamieniając amerykańską flagę, w którą pierwotnie była odziana, na zwykłe szaty. Twarzy jej najbardziej znanej, obecnej inkarnacji, która pochodzi z 1992 roku, użyczyła Jenny Joseph, na co dzień grafik z Nowego Orleanu. Na zawsze jednak znak świata filmu.

©Kathy Anderson, 1991

Disney

https://www.youtube.com/watch?v=bNLZ_vDsrF4

Wbrew temu, do czego dom Myszki Miki przyzwyczaił nas przez ostatnie dekady, zamek nie zawsze zdobił filmy z tej stajni. To nieodłącznie kojarzone z Disneyem (i jego landem) logo z rozbrzmiewającą w tle melodią When You Wish Upon a Star zaprezentowane zostało światu dopiero w roku 1985, wraz z premierą Tarana i magicznego kotła. Wcześniej produkcje tego studia poprzedzał prosty napis: „Walt Disney przedstawia”. Przypuszczalnie zmiana ta była wynikiem ogromnej popularności disneyowskich parków rozrywki, który to sukces włodarze wytwórni chcieli przełożyć na będące wtedy w nie najlepszej kondycji poletko kinowe. No i udało się – wszak dobra passa Disneya na rynku filmowym trwa w najlepsze mniej więcej od tego właśnie momentu.

Advertisement

DreamWorks

https://www.youtube.com/watch?v=kKBTWTo5R5c

Narodziny innego potentata kina familijnego datuje się na połowę lat 90., kiedy to Steven Spielberg, Jeffrey Katzenberg i David Geffen – od których nazwisk pochodzi widoczny pod nazwą wytwórni skrót SKG – połączyli swe siły w celu utworzenia produkującej zarówno fabuły, jak i filmy animowane konkurencji dla innych wytwórni. Ponoć wizerunek siedzącego na Księżycu człowieka z wędką nawiedził w snach Spielberga, według którego wizja ta idealnie oddaje klimat Hollywood czasów złotej ery.

Advertisement

Efekt finalny to już robota artysty Roberta Hunta, który nieznacznie zmodyfikował projekt, zamieniając mężczyznę na chłopca – odbicie własnego syna. Z czasem czołówka została uzupełniona o nuty wieloletniego współpracownika reżysera – Johna Williamsa. Znamienne, że z samego SKG ostało się dziś już tylko „S”. W międzyczasie bowiem Geffen przeszedł na emeryturę, a Katzenberg rozpoczął własny biznes.

Legendary

Advertisement

Ta kończąca właśnie pełnoletniość firma to jedna z wielu świeżynek w amerykańskim krajobrazie. Przez te 18 lat dziecko miliardera Thomasa Tulla zdołało jednak zapracować na swoją kozacką nazwę. Także filmy powstałe pod tym szyldem ewidentnie celują w bycie legendami swojego pokolenia – a zalicza się do nich między innymi 300 czy trylogia Mrocznego Rycerza. Nie powinno być więc zaskoczeniem, że i znaczek wytwórni ma w sobie podobne naleciałości.

Jest to ni mniej, ni więcej, jak tylko wariacja na temat celtyckiego węzła, czyli zamkniętych splotów, bez początku i końca. Ich geneza sięga Irlandii na pięć tysięcy lat przed Chrystusem, a są one symbolem jedności, bezpieczeństwa oraz… wieczności.

Advertisement

MGM

To, że te trzy literki są skrótem od Metro-Goldwyn-Mayer, czyli nazwisk producentów odpowiadających za powstanie spółki w 1924 roku, wie (chyba) każdy kinoman. Także widniejący na mieniącej się złotem filmowej taśmie napis można sobie przetłumaczyć – „Ars gratia artis” oznacza po łacinie „sztukę dla sztuki”. Autorem tego sympatycznego sloganu jest projektant całego logo, Howard Dietz, a był to ukłon w stronę jego własnej uczelni – Uniwersytetu Columbii, maskotką którego jest także lew. Ryczący nieprzerwanie od 1928 roku zwierz nie stanowił jednak novum, ponieważ ten znak rozpoznawczy wcześniej należał do produkcji Goldwyn Pictures, czyli późniejszej 1/3 MGM-u.

Advertisement

Przez lata sama czołówka ulegała modyfikacjom, a lwy często się od siebie różniły. Ten kanoniczny, którego na dużym ekranie oglądamy nieprzerwanie od 1957 roku, określony został po prostu jako Leo. Żeby jednak było śmieszniej, bestia została zdubbingowana – jego ryk to dla lepszego efektu miks odgłosów kilku różnych dzikich kotów. I trzeba przyznać, że działa.

Miramax

Advertisement

Żarty z Harveya Weinsteina na bok – sformowana przez niego z bratem pod koniec lat 70. firma to jedna z najważniejszych młodych wytwórni i zarazem jeden z bardziej liczących się dystrybutorów amerykańskich. Kiedyś wielkie, z początku niezależne M straszące z ekranu – potem jakże sympatyczniejszy, wręcz swojski napis na tle nocnej panoramy Manhattanu (mimo że spółka powstała w Buffalo). Cóż jednak oznacza w ogóle to tajemnicze słówko? To ciekawy efekt spojenia imion rodziców Weinsteinów – Miriam i Maxa. Spółka rodzinna, jak się patrzy.

Paramount

Advertisement

To najstarsze z wciąż działających na terenie Hollywood studio (starszy jest tylko Universal, ale jego siedziba znajduje się w dolinie San Fernando). Narodziło się z połączenia kilku mniejszych wytwórni dokładnie 106 lat temu i od tamtej pory pozostaje jednym z gigantów amerykańskiej fabryki snów. Jest też jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w branży, a to dzięki charakterystycznej górze umieszczonej w logo firmy – przez dziesięciolecia formowanej coraz bardziej szczegółowo, a w erze HD poprzedzonej dodatkowo pięknym obrazem szybujących ku szczytowi gwiazdek.

W tej symbolice nie ma przypadku. Jest ich dokładnie 22, czyli tyle, ile pierwotnie gwiazd filmowych zostało zakontraktowanych przez studio – wśród nich była Mary Pickford (chociaż, w zależności od podpisanych w danym roku umów, bywały wersje loga z większą ich liczbą). Sama góra to natomiast pomysł jednego z ojców założycieli Paramountu – W.W. Hodkinsona, dla którego inspirację stanowiło ranczo w Utah, gdzie mógł wpatrywać się w piękne szczyty gór Wasatch. Czuć tu ich potęgę. 

Advertisement

Pixar

Podobnie jak w przypadku Miramaxu początki tego prekursora animacji sięgają jeszcze lat 70., kiedy to George Lucas zaczynał eksplorację komputerowych technologii. Pixar jako taki narodził się przy tym w roku 1986 za sprawą Steve’a Jobsa, który wykupił od Lucasa cały ten dział jego rozrastającego się imperium. Nazwę wzięto wprost od wynalezionego przez ekipę Lucasa na potrzeby tworzenia animacji cyfrowej komputera.

Advertisement

Z kolei sympatyczna lampka, która skacze wśród literek tuż przed każdym filmem studia, to bohater pierwszej krótkometrażówki stworzonej przez Pixara jeszcze w tym samym roku. Jego twórcą był John Lasseter, który niemal wprost ożywił swojego nieodłącznego towarzysza pracy – stojącą na biurku lampę Luxo L-1 (stąd też tytuł nominowanej do Oscara produkcji – Luxo Jr.), którą w pierwotnej, niezmienionej formie, nadanej jej przez norweskiego projektanta Jaca Jacobsena, można było nabyć w okresie 1937–2017. Taka piękna historyjka.

TriStar

https://www.youtube.com/watch?v=nWNwxaxyDYM

Advertisement

W 1982 roku CBS, HBO i wspomniana wcześniej Columbia połączyły siły, aby obniżyć rosnące wciąż koszty produkcji – tak powstał TriStar. Dwa lata później projekt ten zyskał własny symbol, którym okazał się skrzydlaty koń. Pomysłodawcą umieszczenia w ikonie pegaza był podobno sam założyciel, Victor Kaufman – prywatnie wielki miłośnik wierzchowców. Pierwszy wizerunek rozpędzonego konia zapożyczono z filmu Sydneya Pollacka Elektryczny jeździec, za który odpowiadała Columbia.

Dopiero po dekadzie ten radosny obrazek odpowiednio odświeżono na potrzeby premiery Bezsenności w Seattle, dodając do niego między innymi zarejestrowane na Hawajach chmury w tle oraz przede wszystkim wymieniając widocznego w czołówce zwierzaka na w pełni nowe zwierzę. Obecny wygląd trzygwiazdkowego rumaka jest już całkowicie komputerowy. Znak czasów.

Advertisement

 

Bonus: Se-ma-for

Na deser coś z polskiego poletka. To łódzkie królestwo animacji ma dość osobliwą nazwę, która pozornie odnosi się do kolejowej sygnalizacji. Czyżby to z uwagi na bliskość samej kolei? Nie można tego wykluczyć, aczkolwiek generalnie jest to po prostu chwytliwy skrót od Studia Małych Form Filmowych, którego początki sięgają późnych lat 40. ubiegłego stulecia, a którego tradycje współczesny Se-ma-for kontynuuje. Oby jak najdłużej.

Advertisement

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *