Publicystyka filmowa
HUDSON HAWK. Podróż za jeden uśmiech z LEONARDEM
HUDSON HAWK to film z Bruce’em Willisem, który z łatwością mógłby stać się kultowym w przygodowym kinie. Szalona akcja i humor w jednym!
W kinie Nowej Przygody nie ma chyba tytułu o tak zmarnowanym potencjale na kultową inspirację komiksów, gier, no i przede wszystkim dobry przygodowy film akcji. Hudson Hawk to przede wszystkim świetna historia i świetnie dobrany aktor do postaci, która z łatwością mogła stać się drugim Alanem Quatermainem, tyle że nieco mniej karnym, uczciwym i szarmanckim. Mimo jednak świetnego pomysłu autorstwa m.in. samego Bruce’a Willisa w scenariuszu zabrakło miejsca na tak zwane zbudowanie napięcia, a później odpowiednie jego rozładowanie. O to mam największe pretensje do reżysera i scenarzystów.
Zabrakło 30 minut, żeby powiedzieć coś więcej o Hudsonie Hawku i może nieco przesunąć akcent z sensacyjnej komedii na pełen tajemnicy, jak u Indiany Jonesa, film z gatunku Nowej Przygody.
Mimo wszystko jednak na mojej osobistej liście filmów kultowych Hudson Hawk się jakoś utrzymał. Duża zasługa w tym Bruce’a Willisa i Danny’ego Aiello. Stworzyli przestępczy duet, którego nie można nie polubić. Willis, czyli Hudson, był najbardziej szaloną i prześmiewczą częścią pary, zaś Aiello w roli Tommy’ego Five-Tone wnosił do niej nieco więcej racjonalnego spokoju, chociaż w finale dał upust swojemu dawnemu młodzieńczemu wariactwu.
Poza tym klimat, mimo akcji pędzącej zabójczo od połowy filmu, został cudem ocalony, dzięki odniesieniom do tajemniczego Leonarda da Vinci. Można by rzec, że Leonardo w kinematografii jest dobry na wszystko, zwłaszcza na produkcje ze zmarnowanym potencjałem. To samonapędzający się historyczny suspens ratujący najbardziej oklapłe filmy przed kompletną porażką. Tak stało się w przypadku Hudsona Hawka.
Z dzisiejszej perspektywy, spoglądając na filmografię reżysera Michaela Lehmanna, wydaje się całkiem zrozumiałe, że Hudson Hawk nie przetrwał próby czasu, a jednak pozostał w pamięci jako ten z filmów oglądanych za młodu, które zawsze się będzie pamiętało jako niesamowitą i wciągającą dziecięcą przygodę. Michael Lehmann od wielu lat kręci już wyłącznie seriale, a nawet wtedy, gdy na początku kariery podejmował się pełnometrażowych tytułów, Hudson Hawk pozostawał filmem gatunkowo egzotycznym. Może był to rodzaj testu, czy na początku lat 90. seria o Indianie Jonesie i wszelkie jej pochodne wciąż mają szansę na wielkie zyski.
Okazuje się, że tak. Hudson Hawk to pokazał. Gwarancją sukcesu dla filmu przygodowego jest oparcie sensacyjnej akcji dziejącej się we współczesności na historycznym micie, który przez wieki funkcjonował w świadomości historyków oraz hobbystów i dzięki temu zadomowił się w popkulturze na tyle, że wytworzył kolejne pobudzające wyobraźnię mity. Pod tym względem działalność Leonarda da Vinci jest kopalnią zysków dla filmowców.
Jak pokazuje przykład Michaela Lehmanna, trudno tę nerdowską popularność tak naprawdę roztrwonić. Z drugiej strony mocno to zadziwiające, że niedoświadczony w pełnometrażowych produkcjach reżyser dał radę stworzyć tak pamiętny klimat. Zapewne gdyby nie rozgarnięci scenarzyści znani m.in. z Powrotu Batmana czy Szklanej pułapki, Hudson Hawk zamieniłby się w sensacyjne romansidło, a tak jest klimatycznym kinem Nowej Przygody z koszmarnie zbalansowaną akcją.
Jak wspominałem na wstępie, gdyby film był dłuższy o jakieś pół godziny, podczas seansu nie miałoby się wrażenia, że coś nam bezpowrotnie uciekło, czegoś brakuje w fabule, a niektóre wydarzenia są nakręcone z ogromnym wysiłkiem i brakiem polotu. Sytuacji nie poprawia nadmierna ilość żartów. Ani nie są one surrealistyczne, ani w angielski sposób skrzywione. Sprawiają wrażenie Strasburgerowych sucharów. Niektóre wyczyny bohaterów zresztą również, jak na przykład działo z wystrzeliwanymi przez Tommy’ego Five-Tone bombami. Sprawa z antagonistami również wygląda nieciekawie. Nominacja do Złotej Maliny dla Sandry Bernhard (Minerva Mayflower) okazała się więc całkowicie zasłużona. Szkoda, że nie została zamieniona na trofeum.
Powinien je rzecz jasna dostać również Richard E. Grant za rolę Darwina Mayflowera. Obydwoje z Minervą prześcigali się, kto osiągnie wyższy poziom żenady. Z pewnością ich przerysowanie było celowe i miało za zadanie podtrzymać wątek komediowy. Nic bardziej mylnego – wyszli sztucznie, groteskowo i męcząco. Obawiałem się miejscami, że w podobną pułapkę przerysowania wpadnie Bruce Willis. Na szczęście Mayflowerowie i grupa wsparcia Jamesa Coburna (George Kaplan) z nawiązką wykonały zadanie. O ile kamaryla Kaplana nie przekroczyła aż tak bardzo granic obciachu, to Mayflowerowie zaszli tak daleko, że w drugiej połowie filmu już się drżało ze wstrętu, kiedy tylko zjawiali się na ekranie i zaczynali bezsensownie krzyczeć. Nie pasowali do świata przedstawionego filmu. Byli zbyt ordynarni.
Od strony technicznej za to nie ma się czego przyczepić – no, może blueboxy z latającą machiną wyglądają niezbyt naturalnie, lecz mało który z filmów w owych czasach prezentował pod tym względem wystarczającą z dzisiejszego punktu widzenia jakość. Produkcja kosztowała 65 milionów dolarów, co nie jest aż tak małą sumą jak na ilość użytych efektów specjalnych. Scenografia też wyjątkowo skomplikowana nie była, za wyjątkiem tajemniczej maszyny Leonarda zamieniającego ołów w złoto. Tak na marginesie tę koncepcję w scenariuszu można było lepiej opracować. Nadać jej chociaż znamiona naukowości, a nie pozostawić widza z samym faktem, że Leonardo taki aparat wymyślił i na tym koniec.
Kino Nowej Przygody ze względu na swój gatunkowy synkretyzm, wymaga o wiele dogłębniejszej, popularnonaukowej demonstracji tematów z różnych dziedzin. Do tego jednak trzeba tych brakujących 30 minut, do których ciągle w tej recenzji wracam. Tak niewiele czasu projekcji, a tyle możliwości przekazania brakujących elementów fabuły.
Z drugiej strony można zadać pytanie, czy faktycznie było aż tak źle, że film w 1992 roku otrzymał Złotą Malinę? To, że dostał ją reżyser, całkowicie rozumiem, właśnie za owo zmarnowanie potencjału, ale produkcji jako całości się ona nie należała. Wydaje się, że grono przyznające tę jakże szacowną nagrodę nie zwróciło uwagi na dobre, plastyczne zdjęcia Dantego Spinottiego ani klimatyczną muzykę Michaela Kamena.
Oni właśnie swoją pracą dołożyli ważne cegiełki do uratowania całości, nie pozwalając jej się do końca rozpaść z powodu niekonsekwentnego montażu realizującego założenia skrótowego w wielu kwestiach scenariusza. Kilka scen powinno być dłuższych, z mniej oszczędnymi dialogami wygłaszanymi nie na zasadzie sloganów reklamowych czy haseł wykrzykiwanych podczas demonstracji. Film zachowałby wtedy coś, co jest kluczowe dla dobrego kina, czyli rytm, a więc wszystko to, co wiąże się z równomiernym zaplanowaniem czasu i miejsca dla fabularnych wydarzeń – wstęp, zbudowanie napięcia, postawienie pytań wiążących widza emocjonalnie i intelektualnie z treścią produkcji, rozwinięcie suspensu, kulminację i wyjaśnienie bądź sformułowanie kolejnych jątrzących publikę niewiadomych.
Wiem, że wynarzekałem się już sowicie na Hudsona Hawka. Sądząc po ilości utyskiwania, gdyby nie graficzna prezentacja oceny, myślelibyście, że film nie otrzyma ode mnie więcej niż trzy gwiazdki. Nic bardziej mylnego, jest ich aż siedem, ponieważ miłość do Leonarda i Willisa bywa ślepa.
