Publicystyka filmowa
HORRORY dla osób, które NIE LUBIĄ strasznych filmów
HORRORY to idealny wybór dla tych, którzy boją się strachu. Odkryj łagodniejsze podejście do kina grozy i ciesz się wieczorami pełnymi emocji!
Długie jesienno-zimowe wieczory to idealny czas na „pożeranie” horrorów. Zombie, wampiry, upiory, kosmici, psychopatyczni mordercy, noże, tasaki, piły mechaniczne, krew, jelita, rozczłonkowane części ciała.
Brzmi zachęcająco? Niekoniecznie? Zostań! Nie rezygnuj z dalszego czytania! Najprawdopodobniej należysz do widzów, którzy spadają z fotela przy każdym jump scarze, albo oglądają co straszniejsze i brutalniejsze sceny przez palce. Nie bój się i nie odmawiaj sobie kina grozy. Rozumiemy cię i chętnie pomożemy! Oto zestawienie świetnych horrorów, z którymi bez problemów sobie poradzisz.
Nie wszyscy ludzie lubią odczuwać kontrolowany strach. Są widzowie, którzy po obejrzeniu przerażającego filmu po prostu źle się czują. Obrazy wzbudzające lęk pozostają w ich pamięci na długo po seansie i powodują coś na kształt traumy. Trudno im się po horrorach zasypia, niełatwo jest je uspokoić. Powody są różne. Jedni nie najlepiej znoszą nagły przypływ adrenaliny, inni są aż nazbyt empatyczni, co czyni ich nadwrażliwymi. Wiele zależy również od temperamentu człowieka, a także od reaktywności, która, gdy jest wysoka, może powodować brak zainteresowania mocnymi wrażeniami w kinie.
Szkoda byłoby jednak porzucać horror jako gatunek, który przecież nierzadko proponuje widzom tytuły okazujące się kinematograficznymi perełkami. Być może wystarczy jedynie oswoić się z poszczególnymi rodzajami kina grozy i spojrzeć na nie pod innym kątem. Czasami pomocny jest w tym humor, innym razem zabawa konwencją, kampowa stylistyka, a także umiejętne budowanie napięcia bez epatowania brutalnością. Poniżej postaram się wymienić podgatunki kina grozy oraz ich mniej strasznych, ale wartych obejrzenia przedstawicieli. Nierzadko jeden tytuł może stanowić przykład wielu rodzajów horroru. Świadczy to wyłącznie o tym, że omawiany gatunek jest niezwykle intrygujący i warto go krok po kroku odkrywać.
Horrory o żywych trupach
Zombie to bardzo popularny i wbrew pozorom dość skomplikowany horrorowy potwór. Osoby, które odrzucają kino grozy ze względu na epatowanie brzydotą i brutalnością, nie będą miały z żywymi trupami łatwo. Umarlaki wzbudzają wstręt i odrazę. To w końcu gnijące, rozpadające się ożywione truchła, działające w celu zaspokojenia wiecznego głodu.
Jak zatem oswoić zombie? Najlepszym sposobem wydaje się być podejście humorystyczne. Szczęśliwie w światowej kinematografii odnaleźć można parę świetnych komedii o umarlakach. Jedną z nich jest produkcja Edgara Wrighta, Wysyp żywych trupów (2004). To jeden z najoryginalniejszych filmów o zombie, zrodzony z miłości do klasycznych obrazów o tej tematyce. Brytyjski humor i makabra oraz piwo i krew mieszają się tu w niesamowitą, szaloną, energetyczną całość. Wszystkie składniki zostały jednak cudownie wyważone, co wcale nie jest taką oczywistością w przypadku horrorów o zombie.
Kolejnym przykładem humorystycznego podejścia do tematyki żywych trupów jest Zombieland (2009) Rubena Fleischera. To inteligentny, zabawny i pędzący niczym rollercoaster survivalowy poradnik dla początkujących. Apokalipsę umarlaków oglądamy bowiem z perspektywy nieco fajtłapowatego i trochę tchórzliwego Columbusa (Jesse Eisenberg), który całkiem dobrze radzi sobie w brutalnym i zdominowanym przez żywe trupy świecie. Kilkakrotnie nawet miał szansę na wyróżnienie Zombie Kill of the Week za najbardziej efektowne rozwalenie nieumarłego, ale zawsze na drodze stawali mu jacyś twardziele pokroju Tallahasseego (Woody Harrelson) lub sprytne babunie wykorzystujące do mordowania żywych trupów nawet fortepiany. Poza tym, czy Bill Murray ucharakteryzowany na zombie jest w stanie wzbudzać przerażenie?
Jeśli nie bawi cię mordowanie zombie z przymrużeniem oka, spróbuj filmu, który dosłownie wgniata w fotel, doskonale odświeżając konwencję kina żywych trupów i dostosowując ją do naszych czasów przy jednoczesnym relatywnie małym rozlewie krwi. Chodzi o 28 dni później (2002) Danny’ego Boyle’a, a zatem historię garstki bohaterów z Jimem (Cillian Murphy) na czele, cudem ocalałych z epidemii małpiego wirusa, który opustoszył Londyn, a zainfekowanych przemienił w szybkich zombie.
Wbrew pozorom to wcale nie zarażeni stanowią u brytyjskiego twórcy największe zło. Najważniejsza i najgorsza jest tu bowiem ciemna strona ludzkiej natury.
Horrory o wampirach
Zombie to bezmyślne stwory, u których doprawdy trudno doszukiwać się innych niż głód motywów działania. Trochę inaczej jest z wampirami. To zdecydowanie bardziej szlachetne horrorowe monstra. Wyśmianie ich nie jest już tak proste i wymaga rzetelnej wiedzy. Horrory o wampirach – poza komedią – wpisują się również nierzadko w gotycką konwencję kina grozy, którego nie tak straszne przykłady podam później. Zacznijmy jednak od terapii śmiechem.
Co robimy w ukryciu Waititiego to tak zwany mockument, czyli fikcja udająca film dokumentalny, a żeby było jeszcze dziwniej – mockument o wampirach żyjących pod jednym dachem we współczesnym Wellington. Nie jest to bynajmniej horror, lecz zwariowana komedia, której bliżej do słynnych parodii Mela Brooksa niż głupkowatej serii Straszny film. Wampiry kłócą się o to, kto ma zmywać naczynia oraz sprzątać zabrudzone krwią i walającymi się kośćmi mieszkanie, portretują siebie nawzajem przed wyjściem na imprezę, bo przecież nie mają odbicia w lustrze, szukają na eBayu narzędzi tortur.
Słowem: groteska.
Po śmiechu przychodzi jednak płacz, spowodowany być może strachem. Ażeby zapobiec łzom, przedstawię pokrótce horrory wampiryczne, które nie śmieszą, ale również przesadnie nie straszą i jednocześnie uważane są za znakomite. Na początek klasyka podgatunku, czyli Nosferatu – symfonia grozy (1922) Murnaua. Jeden z najważniejszych obrazów niemieckiego ekspresjonizmu to zarazem jeden z najdoskonalszych tytułów filmowego gotyku. Wspaniałe operowanie światłem, niezwykle pomysłowe sztuczki techniczne, wyjątkowa scenografia i przede wszystkim grający wampira Max Schreck – symbol i wzór dla kolejnych odtwórców tej ważnej roli. Nosferatu oczywiście już nie straszy tak, jak pewnie robił to kiedyś, ma jednak niezaprzeczalny urok grozy, którego odczuwanie i odkrywanie dostarczają poczucia obcowania z dziełem sztuki kinematograficznej. Podobnie ma się rzecz z najsłynniejszym remakiem filmu Murnaua, czyli Nosferatu wampirem (1979) Wernera Herzoga. Znów nie chodzi tu wcale o wampirze dylematy natury żołądkowej, lecz o sprawy sercowe. Magiczna, klimatyczna, celowo delikatnie pastiszowa historia hrabiego-krwiopijcy (wspaniały Klaus Kinski) to opowieść o miłości i samotności. Niewyobrażalnie smutna, zimna, piękna i brzydka zarazem opowieść. Takie filmy już niestety nie powstają, dlatego warto do nich wracać i je odkrywać.
Poza klasyką gatunku osobom, które nie przepadają za krwiożerczymi wampirami, należy polecić jeszcze tytuły, które zrywają ze standardami i schematami, aby odświeżyć konwencję. Jeśli zatem dany „boidudek” lubi lata 80., to można zaproponować mu Straconych chłopców (1987) Joela Schumachera. Kultowy, zręczny mariaż gatunkowy, który atakuje widza głośną muzyką, kiczem, młodzieżowym buntem i oczywiście wampirami. Jeśli wasz cykor woli jednak bardziej leniwe i hipsterskie klimaty, to można mu zaproponować wyciszoną, acz poruszającą baśń o samotności Alfredsona zatytułowaną Pozwól mi wejść (2008) lub też czarno-białą, zaskakującą mieszankę stylów i przesuwającą granicę konwencji opowieść O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu (2014) Any Lily Amirpour.
Horror gotycki
Jak wspomniałem, niektóre obrazy opowiadające o niekończącym się życiu wampirów mogą być również przykładem horroru gotyckiego. Po wymienionych wyżej filmach z Nosferatu w tytule pora jednak na nawiedzone domy, duchy i inne stylowe, charakterystyczne dla tego podgatunku elementy. Zacznijmy od Nawiedzonego domu (1963) Roberta Wise’a, który zdaje się być horrorem idealnym dla tych, co nie lubią strasznych filmów. Źle się wyraziłem.
Ten obraz oczywiście straszy, ale opiera się to wyłącznie na sile sugestii. Najważniejsza w dziele Roberta Wise’a jest Julie Harris, bez której wszystkie groźne właściwości tytułowego nawiedzonego domu pewnie nie zrobiłyby na publiczności wrażenia.
O filmowym gotyku nie można mówić bez wyszczególnienia Tima Burtona, w związku z czym osobom, które nie lubią horrorów, polecam jego Jeźdźca bez głowy (1999). To jeden z najlepszych obrazów w dorobku reżysera. Czuć w nim fascynację gotykiem i kinem klasy B, w którym próżno szukać efektów specjalnych wygenerowanych komputerowo. Z filmu wyziera za to niezwykła atmosfera grozy. Mrok i groteska mieszają się tu w oparach gęstej mgły i nastrojowej muzyki, a do tego jeszcze Johnny Depp w formie, której dziś mu niestety brakuje.
Na koniec rozdziału o horrorze gotyckim dla osób nieprzepadających za kinem grozy w ogóle – obraz, który chyba najbardziej powinien im przypaść do gustu. Inni (2001) Alejandra Amenábara uwodzą i zaskakują. Nie znajdą tu praktycznie kropli krwi, a mimo wszystko będą oglądać ten film na skraju fotela. Wywołujący ciarki na plecach klimat grozy i elegancja Nicole Kidman to główne powody, dla których po prostu trzeba Innych zobaczyć.
Horrory psychologiczne
Horrory psychologiczne to takie, w których bohaterom rzadko zagrażają potwory, a jednak jakaś magiczna, mroczna siła, szaleństwo lub też jeszcze coś innego potrafi zawładnąć ich umysłem i doprowadzić ich do kresu wytrzymałości. Horror psychologiczny ma często dużo wspólnego z thrillerem, dlatego też wydaje się całkiem niezłym typem kina grozy dla wszystkich, którym straszne są wizje odrąbanych członków i hektolitrów krwi. Najdoskonalszym przykładem psychohorroru jest oczywiście Lśnienie (1980) Stanleya Kubricka, o którym rozpisywanie się raczej nie ma większego sensu, bo to po prostu dzieło, które powinno być znane każdemu pasjonatowi kina (warto wspomnieć w tym miejscu o wspaniałym dokumencie Pokój 237 z 2012 roku). Podobnie rzecz ma się z Dzieckiem Rosemary (1968) Romana Polańskiego.

Uciekaj!
Najciekawszym przykładem niestraszącego, a mimo wszystko przerażającego psychologicznego kina grozy ostatnich lat jest Uciekaj! Jordana Peele’a.
To dzieło, w którym elementy horroru wzmacniają jego wydźwięk. Uciekaj! jest bowiem przede wszystkim zaskakującym komentarzem społecznym reżysera inteligentnego, zdolnego i świadomego swoich wyborów. Znakomite, choć niezwykle uwierające kino.
Horrory inne niż wszystkie
O niektórych z nich już napomknąłem, ponieważ do tej kategorii zaliczam głównie filmy grozy, które przesuwały granicę konwencji, bawiły się utartymi schematami i śmiały się z nich. Nie wszystkie jednak udało się włożyć do powyższych tematycznych worków, dlatego też pozostały mi warte wspomnienia: Dom w głębi lasu (2011) oraz Babadook (2014).
Dom w głębi lasu Drew Goddarda to intelektualno-rozrywkowy pastisz wykorzystujący i bawiący się kliszami, aby rozruszać skostniały gatunek. Wygląda to trochę tak, jakby Whedon (producent) z Goddardem zamknęli w jednym pomieszczeniu wszelkie znane sobie, ale nieco już zaniedbane potwory i wrzucili tam granat z opóźnionym zapłonem. Efektem jest totalna jazda bez trzymanki, która powinna spodobać się nie tylko fanom gatunku.
W przypadku Babadooka Jennifer Kent jest inaczej. Ten film naprawdę przeraża, czego dowodem jest wyznanie reżysera Egzorcysty (1973), który uznał debiut australijskiej reżyserki za najstraszniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek widział. Horrorowi cykorzy, dajcie Babadookowi szansę, a poza uczuciem lęku dostrzeżecie w nim alegorię żalu, który sieje spustoszenie w umysłach zarówno dorosłych, jak i dzieci.
Jakie inne horrory polecilibyście wszystkim, którzy boją się strasznych filmów?
