Recenzje

JEDNYM CIĘCIEM. Horror o zombie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa

Oryginalny i sprytny miks horroru, komedii, na którym usta same wyginają się w uśmiech.

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Horror i pastisz horroru w jednym (cięciu)

Kiedy myślisz, że w danym filmowym gatunku już nic cię nie zaskoczy, pojawia się koreański lub japoński twórca, który każe ci zrewidować swoje zdanie na temat kreatywności współczesnych filmowców. Jeśli myślisz, że w horrorze o zombie, horrorze found footage i horrorze z elementami komedii powiedziano już wszystko – obejrzyj Jednym cięciem. To jeden film, który rozsadza wszystkie te trzy podgatunki od środka i robi to w niebywałym stylu, korzystając ze skromnych środków i ograniczonego budżetu.

Jednym cięciem korzysta z kilku ogranych i wyeksploatowanych tematów. A jednak, Shinichiro Uedzie udało się znaleźć sposób, by zręcznie połączyć te „podzespoły” i stworzyć coś oryginalnego i ciekawego. Bezustanne zmiany tonu, konwencji, ba, nawet gatunku, nie tylko nie dezorientują, ale wręcz pomagają w zbudowaniu spójnej historii i wysunięcia z niej nienachalnego morału. Będąc jednocześnie horrorem klasy B, wyrazem miłości do horrorów klasy B i laurką dla twórców kina klasy B, Jednym cięciem zaspokoi gusta miłośników kina klasy A.

Jest to jeden z filmów, o których najlepiej nie wiedzieć nic lub wiedzieć bardzo mało, żeby móc się nim nacieszyć. Jednocześnie nie sposób opisać jego znakomitości bez podania przynajmniej zarysu scenariusza. Ograniczając możliwość zepsucia zabawy, ujmę to następująco: Jednym cięciem opowiada historię ekipy filmowej realizującej średniometrażowy horror. Ty­­­­tuł odnosi się do warstwy formalnej filmu – pierwsze czterdzieści minut jest nakręcone za pomocą jednego ujęcia – a także do zamiaru jego bohaterów, którym jest… nakręcenie horroru za pomocą jednego ujęcia. Oryginalny tytuł brzmi w tłumaczeniu: „nie przestawaj kręcić”, co jest jeszcze trafniejsze w kontekście fabuły. Wreszcie – amerykański tytuł nadany przez dystrybutora nawiązuje do nieformalnej serii filmów o żywych trupach, w których drugą częścią tytułu jest zawsze …of the dead.

Ta zabawa znaczeniami w tytule przekłada się na zabawę narracją w obrębie samej opowieści, bo jakby tego wszystkiego było mało, Jednym cięciem korzysta z formuły filmu w filmie. Odkrywanie kolejnych warstw filmu jest tutaj prawdziwą przyjemnością. Nie dość, że każdy z punktów zwrotnych jest znakomicie osadzony w historii, to jeszcze kolejne z nich przynoszą całkowicie nowe znaczenia. Patrzymy na jedną historię kilka razy, z różnych punktów widzenia – ale film w konstrukcji wcale a wcale nie przypomina takich tytułów jak Osiem części prawdy czy Słoń. To zupełnie nowa jakość. Do zrozumienia pierwszej połowy potrzebujemy drugiej, a do zrozumienia drugiej potrzebujemy pierwszej. Jednocześnie możemy w pełni zadowolić się zarówno campowym horrorem kręconym przez niewydarzoną ekipę, jak i obyczajowymi perypetiami tejże ekipy, na którą reżyser patrzy z charakterystyczną pobłażliwością filmowca opowiadającego o filmowcach.

Misterna konstrukcja scenariusza w pełni widoczna jest dopiero z dystansu, przy ostatnim ujęciu, natomiast pełna kontrola nad formą zwraca uwagę od samego początku. Pierwsza scena, jak wspomniano, trwa czterdzieści minut bez cięć i mimo swojej celowej tandetności budzi podziw nad inscenizacją i aranżacją. Nie chodzi też o sztukę dla sztuki, bo to jedno nieprzerwane ujęcie jest uzasadnione zarówno diegetycznie, jak i niediegetycznie. Brak montażowych cięć jest także nośnikiem szerszej refleksji na temat warunków, w jakich przychodzi filmowcom realizować ich dzieła. Słowem: jest to wszystko naprawdę znakomicie wymyślone i dogłębnie przemyślane.

W całej tej formalnej gimnastyce nie zapomina Ueda o najważniejszym: bohaterach. Po raz kolejny wplatając miłość do horrorów w tkankę filmu, twórca nakreśla postacie ojca – reżysera i córki – asystentki, których konflikt zostaje chwilowo zażegnany przez wspólne poczucie obowiązku i misji wobec najważniejszego: nakręcenia filmu. Wreszcie, Jednym cięciem jest też także hołdem dla sztuki amatorskiej, nieprofesjonalnej, opartej na czystej pasji i powołaniu. W tym sensie bardzo blisko mu do burtonowskiego Eda Wooda, który z równą empatią i wyrozumiałością przyglądał się postaci najgorszego filmowca w historii. Jeśli mógłbym cokolwiek powiedzieć do reżysera Jednym cięciem, to posłużyłbym się oryginalnym tytułem jego filmu: nie przestawaj kręcić!

Ostatnio dodane