Publicystyka filmowa
Filmy, które wcale NIE SĄ tak ZŁE, jak o nich mówią
Pierwszy tytuł, który przyszedł mi na myśl, to „Pierścienie władzy”.
Pierwszy tytuł, który przyszedł mi na myśl, to Pierścienie władzy. Oczywiście ten tekst nie traktuje o serialach, jednak produkcja Amazona jest wybitnie dobrym przykładem tego, jak pozbawiony zahamowań, podły hejt może niesprawiedliwie dotknąć filmu, personalnie aktorów i personalnie widzów, którzy odważą się wypowiedzieć własne zdanie niezgodne z opinią fandomiarzy. Dlatego Pierścienie władzy znalazły się w tym zestawieniu jako pozycja bonusowa, jedenasta. Pozostałe dziesięć lokat to produkcje wypełnione mnóstwem wad, ale nie w takim stopniu, jak tego życzyliby sobie krytycy. Znajdzie się w nich dobry humor, wciągająca akcja, a co najważniejsze, chęć powrotu do seansu, chociaż na niezobowiązujący moment, kiedy robimy coś zupełnie innego, a telewizor towarzyszy nam jak niewidzialny domownik. Są wśród tych produkcji również tytuły niżej ocenione tylko dlatego, że ich twórcy odważyli się podejść do kultowych popkulturowo tematów inaczej, niż tego życzyli sobie skostniali fani.
„Poznaj moich Spartan” (2008), reż. Jason Friedberg, Aaron Seltzer
Oglądając 300 po raz pierwszy, nie spodziewałem się, że ten naburmuszony obraz bazujący na stereotypowym do bólu widzeniu narodu spartańskiego, stanie się kiedykolwiek na poważnie kultowym filmem. Patrząc na jego oceny, trudno zrozumieć ten fenomen. Pierwszy seans kosztował mnie lata temu wielkie zmęczenie. Potem jeszcze kilka razy testowo wróciłem do tego filmu zrobionego za pomocą green boxa, z tym samym jednak rezultatem. Z wielką ulgą więc odnalazłem się w fabule Poznaj moich Spartan, gdzie ten cały patos Zacka Snydera przekuty jest w niezobowiązujący humor. I tak historia sławetnych 300 powinna wyglądać. Do publiczności jednak najwidoczniej taka forma nie trafiła.
„Dom śmierci” (2003), reż. Uwe Boll
To nieprawda, że jest do zły horror. Oglądałem go właśnie dzisiaj, kiedy cmentarze płoną od zniczy i świątecznego patosu. To jest po prostu niezależne kino z nieco osobliwą ścieżką dźwiękową, eksperymentalnym montażem i grą aktorską, która mogłaby być lepsza, ale nie przeszkadza aż tak bardzo, żeby wyłączyć seans. Scenariusz jest dość klasyczny, nieco pastiszowy, lecz zadziwiająco dobrze tworzący suspens. Doskonale wiemy, co się stanie, ale chcemy to wszystko widzieć, a sam „dom śmierci” to kunsztownie zrobiona lokacja z mieszkańcami przypominającymi nieco przybyszów z innego wymiaru, a nie zombie.
Nie obraziłbym się, żeby właśnie takie produkcje były wzbogacane o elementy interaktywne. Jest grupa przyjaciół, tajemnicza wyspa, trudne wybory i czająca się za plecami śmierć, której nieodwracalność podana jest z solidnym przymrużeniem oka.
„Nieśmiertelny II: Nowe życie” (1991), reż. Russell Mulcahy
Po obejrzeniu znakomitego pierwszego Nieśmiertelnego fani wpadli w taki zachwyt, że znów zadziałało toksyczne fanostwo i reżyserowi zaczęto odmawiać prawa do pociągnięcia historii dalej, w taki sposób, w jaki uznał za stosowne. Nieśmiertelny II: Nowe życie, to w istocie faktycznie nowy rozdział przygód Connora MacLeoda, uwspółcześniony, bliższy widzowi zaznajomionemu z elementami katastroficznego science fiction. Wart jest obejrzenia i zapamiętania, chociażby ze względu na ciekawą wizję przyszłości wzbogaconą o elementy noir.
To, że walka tzw. nieśmiertelnych została nieco zepchnięta na dalszy plan, w niczym nie przeszkadza, o ile się nie jest twardym fanem jedynki. Zresztą tyle razy już w niej mogliśmy poznać, na czym polega zasada, że „pozostać ma tylko jeden”. Wisienką na torcie jest Michael Ironside jako generał Katana, znakomity i niedoceniony antagonista z wyjątkowo banalną ksywką.
„Pluto Nash” (2002), reż. Ron Underwood
Sytuacja jest następująca – filmy science fiction są często klasyfikowane jako ten rodzaj kina, który kierowany jest do mniej dojrzałych widzów, natomiast komedie science fiction są podobnie klasyfikowane, tyle że w grupie samych fanów fantastyki naukowej. Więc, tak czy inaczej, sytuacja Pluto Nasha jest tragiczna, bo nakładają się na niego dwie nieprzychylne opinie u publiczności, moim zdaniem zupełnie niezrozumiałe. Film Rona Underwooda to solidna weekendowa rozrywka, a przy tym formalny trybut dla kina sci-fi lat 60., obraz kolorowy, kiczowaty, na dodatek niezgorszy do wprowadzenia naszych dzieci w arkana gatunku fantastyki.
Mam nadzieję, że co bardziej nabzdyczeni filmoznawczo ojcowie nie będą chcieli tej nauki zaczynać od np. Odysei kosmicznej.
„Super Mario Bros.” (1993), reż. Roland Joffé, Dean Semler
Nie spodziewałem się, że tak znaną grę Nintendo można w tak nowatorski sposób przenieść na duży ekran. Oglądając ten film za dzieciaka, miałem wrażenie, że nie ma nic wspólnego z grą, ale w sumie, co mógłby mieć, skoro grafika Nintendo była tak… delikatnie mówiąc, umowna. Twórcy mieli zatem dowolność w odzwierciedleniu przygód rodzeństwa Mario. Cieszy mnie to, bo w tym filmie każdy, niezależnie od wieku, znajdzie coś emocjonującego – nową przygodę, humor, efekty specjalne, potwory, osobliwego antagonistę, akcję, gagi, dobrą muzykę itp. Czego więc się czepiać? Super Mario Bros. jest znakomitym, rozrywkowym kinem na mądrym, dialogowym poziomie, który współcześnie coraz rzadziej spotyka się w wizualizacjach popkulturowych dzieł, a zwłaszcza gier. Spójrzmy chociaż na to, co zrobiono z tytułem Uncharted – wydmuszka treściowa o niejasnej kategorii wiekowej, to znaczy dla wszystkich bez ograniczeń, czyli dla nikogo.
„Świąteczna gorączka” (1996), reż. Brian Levant
Wartka akcja, nietuzinkowe podejście do tematu świątecznego, świetny montaż oraz przede wszystkim Arnold Schwarzenegger. Druga połowa lat 90. oznaczała dla niego schyłek kariery, stąd być może narastające sfrustrowanie fanów pogromcy Predatora. Spójrzmy jednak na jego wyczyny komediowe z mniejszą dozą resentymentu i porównajmy je np. z rolami takiego siłacza jak Hulk Hogan. Schwarzenegger zostawił go daleko za sobą i na dodatek zdublował.
Najpierw jednak austriacki siłacz zdołał wybudować monumentalny posąg w kinie akcji, również w tym z elementami sci-fi. To ukształtowało zarówno gust publiczności, jak i kino, na wiele lat w przyszłość. Archetypami postaci, w które wcielił się Schwarzenegger, wciąż się posługujemy, ale czy jest wśród nich główny bohater Świątecznej gorączki? Nie, bo komedia nie jest archetypowa w kinie tak jak kino akcji, ale to nie obiektywna przyczyna, dla której powinno się tak nisko traktować taką właśnie familijną komedię. Czas spędzany przecież z bliskimi nie jest wart mniej niż delektowanie się kolejną wątrobą na chodniku wyrwaną przebrzydłemu złoczyńcy.
„Pora mroku” (2008), reż. Grzegorz Kuczeriszka
Jedyny, polski rodzynek w tym zestawieniu, bo po kilkukrotnym przejrzeniu rodzimych wyczynów kinematografii, głównie tej mniej znanej z informacji dostępnych na portalach filmowych i generalnie w Internecie, większość produkcji raczej zasługuje na to, co się o nich złego mówi. Pora mroku jakoś skryła się gdzieś zarówno przed osądem wymagających, kanonicznych fanów slasherów i nazi zombie movies, jak i widzów po prostu zakochanych w horrorze. Na polskim rynku filmowym z rzadka pojawia się tytuł z tych gatunków wart uwagi. Dopiero ostatnie kilka lat to zmieniło.
Długo musieliśmy czekać na znakomite: W lesie dziś nie zaśnie nikt, Wszyscy moi przyjaciele nie żyją oraz Apokawixa. Wcześniej jednak pojawiła się Pora mroku. Doskonałość rodzi się przecież stopniowo, a nie od razu wyskakuje jak królik z kapelusza, a w polskim kinie horror zawsze był gatunkiem pogardzanym i niedoinwestowanym, podobnie zresztą jak science fiction.
Horror Grzegorza Kuczeriszki jest bez wątpienia jakościowo filmowym półproduktem z niedopracowanym montażem, narracją, gra aktorską i efektami specjalnymi. Posiada jednak niecodzienny dla naszego kina klimat i bazę inspiracji dla kolejnych twórców, którzy zdecydują się znacznie lepiej i straszniej zrealizować temat przenoszenia dusz między ciałami.
„Batman i Robin” (1997), reż. Joel Schumacher
Co by się stało, gdyby wcześniej Tim Burton nie nakręcił swoich wersji historii Batmana i tak nie rozkochał pewnej grupy publiczności, która, mam wrażenie, już teraz nieco wyrosła ze stylistyki Burtonowskiej? Wersje historii Batmana Joela Schumachera dzisiaj może inaczej byłyby traktowane. Schumacher poszedł w pulpowość, kolory, kicz, lecz nie przekroczył tej wątłej granicy, poza którą zaczyna się filmowa szmira, do której nie chce się więcej wracać.
Nie zgniótł widza również nadmiernym patosem, tylko zaproponował nowe podejście do uniwersum, luźniejsze, nie tak superbohatersko pompatyczne. Czy to źle? Nie. To autorska wizja, którą należy docenić, a wyczyny Schwarzeneggera nie powinny obciążać całości produkcji. Postrzeganie George’a Clooneya także powinno się uwolnić od produkcji w stylu Ostry dyżur i dać mu poprzebierać się w obcisłe kostiumy. Korona z głowy mu z tego powodu nie spadła. Aktorstwo wymaga zostawienia artystycznej dumy w kieszeni i stworzenia w każdej, nawet najbardziej abstrakcyjnej roli, nowych zasad przyszłego artyzmu.
„Jupiter: Intronizacja” (2015), reż. siostry Wachowskie
Wizualnie olśniewający, treściowo słabszy, ale wciąż trzymający poziom, gdy porównać go z wieloma współczesnymi blockbusterami, na które do kin ciągną miliony i nawet nie zająkną się, że coś z logiką i poziomem narracji jest w tych produkcjach nie tak. Mam tu na myśli np. tytuły ze stajni Marvela. Problem z Jupiterem jest zgoła inny. Kilka razy już pisałem o tym filmie jako o całości formalnej, ale nigdy nie dotknąłem przyczyn hejtu na niego. Oczywiście ganić pomysły sióstr Wachowskich można w tym przypadku, i to solidnie, bo miejscami film ociera się o kicz, jednak ostateczny werdykt powinno się wydać, uwzględniając szerszy kontekst oceniania, np.
jak już wspominałem, niesprawiedliwe podejście do filmów Marvela i zawyżanie ich wartości. Na tle wielu tytułów superbohaterskich (a Jupiter zawiera elementy kina superhero), Intronizacja jest śmiałym wyjściem poza schematy, gdzie dialogi i to, co dzieje się z postaciami, ma większe znaczenie niż bezrozumne prowadzenie akcji, byle głośniej, byle szybciej, byle nie powiedzieć nic skomplikowanego, bo młodsza część publiczności nie zrozumie i nie pójdzie na sequel, a więc w konsekwencji nie zapłaci. Siostry Wachowskie się tym nie przejmują, a hejt na nie sypie się głównie z dwóch powodów – bo odważyły się zmienić płeć wbrew oczekiwaniom i światopoglądowi troglodytów głównie o męskiej płci, niewiele wiedzących o biologii i etyce, i dlatego, że stworzyły kiedyś Matrixa, film ikoniczny, również dla ich płciowej konwersji. Matrix stał się irrealnym odniesieniem dla wszystkich innych produkcji nakręconych później, jak to bywa u toksycznych fanów, którzy uczepią się jednej wizji i z nią na sztandarach pójdą walczyć na Internetowe barykady.
„Prometeusz” (2012), reż. Ridley Scott
Ileż to pomyj wylało się na Ridleya Scotta, że odważył się dopowiedzieć tajemnicę ksenomorfa, która przez tyle lat zasiedlała demonami umysły członków fandomu pierwszej części sagi o 8. pasażerze Nostromo. Niech więc widzowie, którzy dopiero wchodzą do uniwersum, się nie zniechęcą, gdy będą słyszeć od „starych” fanów, że Prometeusz to szmira. Niech sami ocenią, bo to, co stare, często jest już na tyle ukształtowane i skostniałe, że nawet ze względu na te dwie cechy, to, co młode, nie powinno się kierować tak „muzealną” opinią.
W Prometeuszu następuje przede wszystkim otwarcie historii ksenomorfa na zupełnie nowy rodzaj artefaktycznej etiologii, która jest bardzo ciekawym ujęciem w filmie w ogóle racjonalnego kreacjonizmu. Przypomnę jedną z najważniejszych kwestii, która pada w tym dziele. Na pytanie androida Davida (Michael Fassbender) o to, dlaczego został stworzony, Charlie Holloway (Logan Marshall-Green) odpowiada – We made you because we could. Wtedy David stwierdza Can you imagine how disappointing it would be for you to hear the same thing from your creator?
Prometeusz przykuwa do fotela z kilku powodów. Po pierwsze: jest wizualnie świetny, zwłaszcza w aktywnym 3D. Po drugie: jest rytmiczny, to znaczy fabularnie i montażowo ma dobrze rozplanowany wstęp, rozwinięcie i kulminację, co wciąga, mimo licznych nieścisłości i nieracjonalnych postępków bohaterów. Po trzecie: każdego fana sagi o Ksenomorfie, powinny przykuć do ekranu nowe odpowiedzi, które Scott prezentuje w Prometeuszu. Obcy był przedstawiany do tej pory jako ksenomorf bezdomny, nieposiadający stwórcy, zbyt symboliczny aksjologicznie, żeby mógł być realny, co jest nielogiczne.
Bonus: „Pierścienie władzy” (2022), twórcy: Patrick McKay, John D. Payne
Powtórzę i uściślę to, co napisałem w podsumowaniu sezonu – Tolkien jest przekleństwem dla tego serialu, literalne rozumienie jego twórczości i oczekiwanie literalnego odzwierciedlenia jest irracjonalnym jadem hejterskim, którym niszczy się dekonstrukcyjną interpretację zaproponowaną w Pierścieniach władzy. Może się rzecz jasna serial nie podobać. To prawo każdego widza, lecz nikt nie ma prawa do celowego tworzenia negatywnej atmosfery wokół produkcji i niemal zabraniania innym jej podziwiania pod groźbą wyzwania od idiotów, tylko dlatego, że jego osobiste zawody urosły do patologicznego formatu.
Pierścienie władzy warto spokojnie przeanalizować, nawet z tekstami Tolkiena w ręku. Warto przysłuchać się, co mówią krytycy i widzowie, którym serial się podobał, a nie arbitralnie sądzić, że każdy fan produkcji Amazona jest najgorszym shitem. A jeśli już naprawdę ktoś nie będzie mógł zdzierżyć treści, niech chociaż doceni pobudzające wyobraźnię przedstawienie Númenoru i porówna je z koślawymi efektami specjalnymi w Powrocie króla. Mam tu na myśli wizualizację Minas Tirith, która nawet w czasach premiery filmu Petera Jacksona nie uchodziła za olśniewający pokaz możliwości efektów specjalnych.
