Publicystyka filmowa
Filmy, które POWINIENEŚ OBEJRZEĆ, jeśli podobał ci się TENET
Odkryj FILMY, KTÓRE POWINIENEŚ OBEJRZEĆ, jeśli zachwycił cię TENET. Wciągnij się w zawirowania czasu i emocje w kinie.
Zacznę od sprecyzowania, jaki mam stosunek do Teneta. Wyjątkowo ambiwalentny. Z jednej strony absmak, a z drugiej zachwyt tej części mózgu, która odpowiada za równania z wieloma niewiadomymi. Jestem cały czas pod wrażeniem kunsztu realizacyjnego i pomysłu. Jednocześnie po seansie czułem się niesamowicie zmęczony. Nie doświadczyłem odświeżającej rozrywki, a dojmującego wrażenia, że reżyser znęca się nad widzem w imię egoistycznej wizji udowodnienia sobie, że potrafi zrobić najbardziej skomplikowany film świata.
W istocie Tenet wcale nie jest tak trudny. Produkcja jedynie nosi maskę łudzącą odbiorców skomplikowaniem teoretycznym, a przy tym jest zimna jak kilkudniowy trup, gdy chodzi o emocje. Postaci to wydmuszki – boty, jakie tysiącami szlachtuje się w Diablo, czasami tylko natrafiając na fioletowego lub złotego bossa. Tym trudniej było ocenić, jaki typ widza wpadł w zachwyt nad Tenetem i co w światowej kinematografii mogłoby mu przypaść do gustu. Wyłączyłem z zestawienia oczywiście wszystkie inne tytuły Nolana, żeby było sprawiedliwie, bo pisałem o nich całkiem niedawno w tekście o najbardziej trudnych do zrozumienia filmach science fiction. Resztę tytułów z tamtego zestawienia również.
Seria Powiązania 1, 2, 3 (1979–1997)
W „dawnych” czasach, kiedy jeszcze nikomu w telewizji nie przychodziło do głowy przerywanie filmów reklamami, oglądałem ten program namiętnie. Prowadzący James Burke potrafił w niesamowicie przystępny sposób zacząć np. od omawiania ewolucji kształtu dziobu u Zięb Darwina na Galapagos, by zakończyć swój naukowy wykład na emisji dwutlenku węgla przez rolnictwo w krajach rozwijających się. Owa zdolność łączenia pozornie niemających ze sobą żadnego związku wątków zawsze mnie u Burke’a zadziwiała. Od razu przyszedł mi do głowy Tenet, nie tylko ze względu na zawarte w nim teorie naukowe – fani historii cywilizacji powinni znać najnowszą produkcję Nolana nawet ze względu na poszerzanie wiedzy ogólnej.
Poza tym Nolan wydaje się kimś bardzo holistycznie podchodzącym do rzeczywistości filmowej, podobnie jak James Burke. Reżyser od zawsze bardzo intensywnie eksperymentował z łączeniem przeróżnych wątków, mieszając je, powodując, że jeden bez drugiego nie jest możliwy do zrozumienia, a także powtarzając sceny oglądane z różnych perspektyw, co kompletnie zmieniało ich sens (np. wołanie Coopera zza regału z książkami lub walka Protagonisty z tajemniczym przeciwnikiem w lotniskowym magazynie).
I podobnie u Burke’a. Mało kto z nas spodziewałby się, że współczesna demokracja nie powstałaby bez ciepłej wody w kranach. Eksperyment Nolana zaś miał podobną naturę, gdy twórca próbował połączyć wątek twardej, fizycznej tematyki nawiązującej do teorii istnienia cząstek o odwróconej entropii Wheelera–Feynmana z typową, obyczajową historią dręczonej przez męża samotnej kobiety, którą jej oprawca szantażuje zabraniem dziecka. Burke’owi wyszło o wiele logiczniej.
Donnie Darko (2001), reż. Richard Kelly
Wielość przeplatających się wątków, które rozgrywają się w różnych liniach czasowych – to główne ogólne podobieństwo między Tenetem a Donniem Darko. Co do szczegółów zaś, można dopatrzyć się analogii między działaniem Neila (Robert Pattinson), pochodzącym z przyszłości, a próbami naprawy przeszłości przez tajemniczego Franka (James Duval), który był sprawcą śmierci Gretchen Ross. Kolejne podobieństwo to artefakt w postaci odrzutowego silnika w Donniem oraz złożona z 9 części maszyna pozwalająca odwracać strzałkę czasu, zbudowana w przyszłości i wysłana do przeszłości, żeby wywołać w niej wojnę.
Obydwa te elementy główni bohaterowie filmów próbują opanować i tym samym spowodować, żeby albo zostały odesłane w czasy, z jakich przybyły, albo rozebrane i ukryte w teraźniejszości. Fani Teneta odnajdą się w produkcji Kelly’ego ze względu na wspólną mu z Nolanem cechę mnożenia pytań bez odpowiedzi im bliżej końca produkcji. Pewna sztuczność obecna w dialogach również przypadnie do gustu miłośnikom Nolana, który w sumie nigdy nie słynął z dobrych kwestii aktorskich.
Tenet powinien być sztandarowym przykładem, jak nie powinno się pisać kwestii aktorskich. Obydwa tytuły na długo pozostają w pamięci i w pewien sposób dręczą niejasnościami. Donnie Darko jednak nie ma takich pretensji do naukowości, gdyż opowiedziana w nim historia jest oniryczna. Tenet nazbyt wysoko podskakuje do katedry, podczas gdy zawiera mnóstwo nielogiczności i pretensjonalności, np. omawianie planu ratowania świata w autobusie. Szczyt operacyjnej bezmyślności.
Przekręt (2000), reż. Guy Ritchie
Tematyki, jakie poruszają w swoich filmach Guy Ritchie i Christopher Nolan, są od siebie dalekie jak nasza Ziemia od Mgławicy Końskiego Łba – jakieś 1500 lat świetlnych. Podczas analizowania sposobu rozgrywania akcji w Tenecie przyszło mi jednak do głowy skojarzenie ze skrótami montażowymi stosowanymi np. w Sherlocku Holmesie: Grze cieni. Nie tak dawno napisałem, że są one doprowadzającą do szału manierą Ritchiego zaczerpniętą z teledysków.
Film to jednak nie teledysk, o czym również zapomniał Nolan. Gdyby tak jego najnowszy tytuł był dłuższy chociaż o 30 minut, z pewnością akcja mogłaby się rozegrać spokojniej – choć to absolutnie nie oznacza, że z mniejsza ilością fajerwerków i napięcia. A tak Tenet udaje jedynie film kręcony z myślą o widzach, gdyż jest wobec nich bezduszny. Przekręt zaś aż tak bezemocjonalny nie jest, chociaż bohaterom także brakuje płynności i naturalności w dialogach. Zwolennikom 120 procent Nolana w Nolanie może przypaść do gustu właśnie ze względu na manierę reżysera, co prawda jeszcze nie aż tak męczącą jak w późniejszych jego filmach.
Ga, Ga: Chwała bohaterom (1985), reż. Piotr Szulkin
Brak równowagi między formą a treścią – oto główna cecha wspólna Teneta oraz Ga, Ga. Wielbiciele filmów tak enigmatycznych, jak tylko jest to możliwe, powinni więc pokochać Szulkina, jeśli już kochają Nolana lub odwrotnie.
Obydwaj reżyserzy byli (i są w przypadku Nolana) w swoich czasach bardziej odkrywczy niż ich rówieśnicy w ramach oczywiście gatunku science fiction. Obydwaj egoistycznie cenili swoje pomysły na opowiadanie historii, lecz jeden dysponował odpowiednimi środkami finansowymi, natomiast drugi nie. Gdyby tak porównać Ga, Ga do Teneta, paradoksalnie jednak wyszłoby, że miliony dolarów Tenetowi wcale nie pomogły.
Z miałkiej historii nie zrobi się genialnej opowieści, nieważne, ile gotówki się w nią zainwestuje. Kolejną różnicą jest również podejście do widza i emocji. Kino Piotra Szulkina zawsze miało głęboki, społeczny i polityczny przekaz. Pod tym względem Tenet Nolana jest w ideologicznym przedszkolu lub lepiej powiedzieć, że osiadł na jakiejś znaczeniowej mieliźnie. Festyn krwi i kości w totalitarnej rzeczywistości Szulkina w Ga, Ga, nawet mimo kulejącej formy estetycznej, wciąga, powoduje ciarki na rękach, chociaż jednocześnie męczy, ale to bardziej przez widoczne braki w dofinansowaniu, wpływające na estetyczną formę.
Przydałby się też nieco energiczniej napisany scenariusz, gdyż Szulkin w Ga, Ga przypomina Terry’ego Gilliama na zwolnionych obrotach. Po kinie twórcy Golema oglądanym uważnie odczuwa się podobny ciężar, co po Tenecie, nie intelektualny, ale emocjonalny. Obiektywnie tę kwestię rozważając, nieco buńczuczna głębia psychologiczna Szulkina warta jest uwagi o wiele bardziej niż udawanie Nolana, że jest kimś więcej niż twórcą płytkiego kina akcji.
Czy u Nolana usłyszymy tak mądre słowa: Wolność to uświadomione bohaterstwo? Czy któryś z aktorów, jak to zrobił Jan Nowicki, będzie przed barem ssał sutki kurewki, a potem jakby nigdy nic przejdzie do robienia interesów? Czy znajdziemy dokładny opis wchodzenia pala w odbyt i kolejno perforacji przepony oraz pozycji, jaką należy zachować, żeby nie nastąpiło przebicie brzucha? Tenet to grzeczna i męcząca zabawa w bezpieczne, wyzute z metafor i naturalizmu kino. Ga, Ga to kino pełnokrwiste i zamęczające widza życiową prawdziwością wypowiedzi i jednocześnie ich przewrotnością etyczną.
Atlas chmur (2012), reż. siostry Wachowskie, Tom Tykwer
Jeśli w Tenecie podobała się wam mnogość przeplatających się wątków, to warto pójść dalej i zapoznać się z przeplatającymi się całymi historiami. Siostry Wachowskie całkiem sprawnie ustrzegły się nielogiczności, podczas gdy Nolan poszedł pod tym względem na całość. Przypomnijmy sobie chociażby teorię, że płuca nie mogą oddychać odwróconym powietrzem, dlatego bohaterowie potrzebują masek tlenowych. A co z wydzielaniem pary wodnej przez skórę? Co w takim razie z ciśnieniem krwi, na które wydatny wpływ ma ziemska grawitacja? Wreszcie, jak to jest możliwe, że siatkówka oka jest w stanie widzieć odwrócony świat – odwrotne fotony są normalnie widoczne, a podobnież odwrócone powietrze jednak niezdatne do oddychania? Nie trzyma się kupy ten Nolanowski świat.
A w Atlasie chmur każda z historii ma swoje miejsce w liniowo płynącym czasie, a jednocześnie można je oglądać zupełnie achronologicznie.
Twin Peaks (2017), reż. David Lynch
Nie żebym specjalnie cenił najnowszą odsłonę niegdyś jednego z najlepszych seriali, jakie miałem okazję zobaczyć. Wspominam o Twin Peaks tutaj ze względu na pewne wspólne Nolanowi i Lynchowi podejście wynikłe z niewątpliwej świadomości estymy, jaką obydwaj twórcy cieszą się wśród widzów. Powiedzmy, że jest to rodzaj artystycznego zadufania w sobie, które postępuje wraz z czasem. Lynch jest znacznie starszy, więc u niego z pewnością nie będziemy mieli już często aż takich wybuchów swobody twórczej. Przed Nolanem zaś jeszcze wiele filmów. Wiele łechtania swojej dumy skomplikowaną formą produkcji.
A widzowie? Niech topią się w domysłach. Wierzą, że stojący za fasadą skomplikowanego montażu koncept jest odkrywczy i genialny. Nic bardziej mylnego, gdy zna się teorię utożsamiającą entropię ze strzałką czasu. Wręcz przeciwnie. Feynman sugerował, że teoretycznie mogą istnieć we wszechświecie cząstki odwrócone, czyli np. pozytony będące odwróconymi elektronami, ale u Nolana cząstki i antycząstki zostały zastąpione ludźmi, czyli zbiorami cząstek z systemem konkretnych oddziaływań na siebie, a wg reżysera najważniejszą ich cechą jest poruszanie się do tyłu.
Ta prezentacja genialnej teorii jest dość pretensjonalna. Co do najnowszej odsłony Twin Peaks i Lynchowskich fanaberii, najbardziej boli to, co zrobiono z Agentem Cooperem, postacią jeszcze dawno temu, przez wiele odcinków, wyrabiającą sobie charakterystyczny styl, pewien rodzaj powagi itp. Teraz nic z tego nie zostało – zastąpił to wszystko chaos tworzony przez szalenie sztuczne alter ego Coopera. Sytuację dodatkowo zaciemnia mnóstwo ról epizodycznych odgrywanych przez znanych aktorów. Po co? Oglądając serial, z odcinka na odcinek wie się mniej, a wręcz doświadcza się zażenowania, że na ekranie odgrywany jest tak bezsensowny performance, a nie kontynuacja wciągającej historii sprzed lat.
Pi (1998), reż. Darren Aronofsky
Aronofsky jest tyleż zdolnym, „prawdziwym” artystą, co filmowych blagierem, który jedynie udaje, że jego obrazy są wielką sztuką. Pi nie jest inne. Przez to, że jest czarno-białe, ziarniste w cieniach, już na starcie ma wymiar radykalnego debiutu artystycznego.
Na dodatek niepokój, który przebija z wielu niedopowiedzianych, nerwowych scen, drażni psychikę widza. Po głębszym zastanowieniu jednak całość fabuły wydaje się cholernie pretensjonalna, na czele z tym robionym pod publiczkę przewiercaniem sobie mózgu wiertarką. Zakodowane imię Boga w ciągu liczbowym również nie jest zbyt odkrywcze, a wręcz zdaje się za bardzo wydumane. To jest myślenie dobre dla humanistów, którzy matematykę zawsze mieli za tajemną naukę, a przecież to podstawowa dyscyplina naukowa wespół z filozofią, które umożliwiają zrozumienie rzeczywistości. Nie zaliczam się do widzów, którzy lubią się dręczyć w ten sposób, w jaki potrafi ich zadręczyć Pi, dlatego wydaje mi się, że zadręczeni Tenetem mogą odnaleźć jakąś masochistyczną przyjemność w doświadczaniu seansu Pi. Nie będę im zazdrościł, bo długo z własnej woli nie mam zamiaru wracać ani do jednej, ani do drugiej produkcji.
Numer 23 (2007), reż. Joel Schumacher
Gdybyśmy mogli zmienić w naszej przeszłości tylko jedno wydarzenie, prawdopodobnie całe nasze życie wyglądałoby inaczej, a może nawet trwałoby zupełnie inny czas. Gdyby nasza pamięć była lepsza, a spora część danych i emocji nie chowała się w podświadomości, może bylibyśmy w stanie zrozumieć, czy powtarzalność pewnych liczb w przyrodzie ma jakieś specjalne znaczenie. Numer 23 powinien spodobać się wielbicielom tajemnic i teorii spiskowych, a także twardych faktów naukowych, które niekoniecznie zawsze stoją z nimi w sprzeczności. Film przesiąknięty jest psychodeliczną tajemnicą i licznymi nieprawdopodobnie postawionymi pytaniami, a poza tym zawiera wątek romantyczny.
Doświadczenie czasu obiektywnie płynącego miesza się w fabule z personalnym jego odbiorem, który może być zupełnym odwróceniem tego zdefiniowanego fizycznie. Czy są one sprzeczne? Tenet odpowiada na to pytanie pozytywnie, chociaż wyjątkowo niejasno merytorycznie. Numer 23 podobnie, jednak z dużo większą liczbą podpowiedzi, znaków, sygnałów (np. pies). Czas w filmie Schumachera ma wymiar o wiele bardziej subiektywny, świadomościowy. Amnezja może dosłownie zatrzymać jego upływ dla podmiotu tak, jak zrobiła to dla Waltera Sparrowa (Jim Carrey). I dla niego będzie to zupełnie normalny stan, że kilka lat gdzieś umknęło. Są wybrańcy, którzy takiego jednokierunkowego wehikułu czasu doświadczają. Czy jednak stan ten daje im coś, poza cierpieniem? Podobnież, czy faktycznie realne podróże w czasie dadzą nam coś innego niż dodatkowy chaos, tym razem w historii?
Przeznaczenie (2014), reż. Michael Spierig, Peter Spierig
Wcale nie trzeba próbować zagłuszyć widza muzyką i szybkością akcji, żeby nakręcić skomplikowany film. Christopher Nolan chyba o tym zapomniał. 90 procent seansu Teneta było testowaniem, jak wiele moje błony bębenkowe są w stanie wytrzymać, a płaty czołowe kory mózgowej zrozumieć.
Polecałbym Nolanowi Przeznaczenie, głównie ze względu na spokojną narrację. Nie trzeba udawać, że coś jest trudniejsze, niż faktycznie jest. W Przeznaczeniu nie brak skomplikowanych rozważań na temat paradoksów czasowych, a jednocześnie postaci wyrażają skomplikowane emocje – faktycznie żyją w świecie przedstawionym, a nie udają, że tam są, jak bezduszne marionetki sterowane przez żądnego sukcesu aktora w czarnym trykocie. Przeznaczenie polecałbym także każdemu fanowi Teneta, żeby uświadomił sobie, na czym polega mądry, humanistyczny przekaz filmu o podróżach w czasie, kształtowaniu własnej przeszłości, a także nieuniknioności przeżywania kluczowych wydarzeń w życiu, jeśli chce się być takim, jakim się jest w teraźniejszości i w jakimś sensie w przyszłości.
Przy Przeznaczeniu Tenet jest pełną akcji wydmuszką, jedynie udającą, że przekazuje jakąś wartość. Co było pierwsze? Kura czy jajko? A może kogut?
Bonus
Rambo: Ostatnia krew (2019), reż. Adrian Grünberg
Bonus musi być trochę pokrętny. I kiedy zmęczeni po Tenecie będziemy chcieli intelektualnie odpocząć i jeszcze raz powrócić do przeżartego złem świata, tym razem zaprezentowanego o wiele prościej, mroczniej i bez happy endu, z finałem, który magicznie wraca do przeszłości, Rambo: Ostatnia krew idealnie spełni to zadanie. Sylvester Stallone z charakterystyczną dla tragicznego bohatera godnością podsumował historię jednego z najbardziej wygranych, lecz jednocześnie zniszczonych i przegranych pozytywnych bohaterów w historii kina akcji. Jestem gorącym fanem Johna od dziecka, a wybrałem jego historię po to, żeby pokazać wszystkim tym, którym podobał się Tenet, na jak przeciwnym biegunie emocjonalnym można kręcić filmy takie jak podsumowanie serii o Rambo. Tenet przypomina lodową górę, mało tego, wyrosłą w jakimś innym wymiarze, do którego istoty przedrzeć się można jedynie po zdaniu setek egzaminów z matematyki, fizyki i dodatkowo wsypaniu paru ściągających po drodze koleżanek i kolegów, żeby pokazać, jakim to się jest racjonalnym i zasadniczym sukinsynem. Rambo: Ostatnia krew to film, który się przeżywa gorąco, namiętnie jak pierwszy raz ze starszą o 20 lat kobietą – tak rzadko wspominany przez nią jako udany.
