Publicystyka filmowa
FILMOWE WIZJE PRZYSZŁOŚCI, KTÓRE SIĘ NIE SPRAWDZIŁY
Kino od zawsze fascynowało wizjami przyszłości. „FILMOWE WIZJE PRZYSZŁOŚCI, KTÓRE SIĘ NIE SPRAWDZIŁY” odkrywa, jak chybione przewidywania kształtują naszą rzeczywistość.
Kino niemal od samego początku istnienia lubuje się w obrazowaniu coraz to ciekawszych wyobrażeń bliższej lub dalszej przyszłości. Często są to wizje posępne, wręcz przerażające. Rzadko kiedy jednak trafne w swych przewidywaniach. A ponieważ XXI wiek – przez długi okres będący synonimem świata przyszłości – wkracza właśnie w pełnoletniość, to warto się przyjrzeć niektórym z dotychczas błędnych przewidywań. Ale czy na pewno niespełnionym?
12 małp
Co prawda film Terry’ego Gilliama zaczyna się w roku 2035, ale jego bohater wraca do „bliższego” nam 1996, kiedy to tajemniczy wirus wybija w pień niemal całą ludzkość, a jej niedobitki zmusza do życia pod ziemią. Szczęśliwie (?) dla nas tych kilka wirusów, z którymi rzeczywiście część naszej planety zmagała się w ostatnich dwudziestu latach, udało się opanować (może poza naszym rodzimym Wirusem, który na potęgę zarażał w kinach w całej Polsce) i obecnie pod ziemią mieszkają jedynie górnicy oraz niektórzy bezdomni.
A rok ’96 przejdzie do historii jako czas igrzysk olimpijskich w Atlancie, wygranej Bravehearta na Oscarach, powstania sieci Ery i Plus oraz szczytu aktorskiej kariery Nicolasa Cage’a. Piękne czasy.
Ucieczka z Nowego Jorku / Los Angeles
Według Johna Carpentera w roku 1997 Nowy Jork funkcjonuje jedynie jako więzienie dla największych szumowin, a USA zmagają się z olbrzymią przestępczością, prezydentem-błaznem i ciągłym napięciem na linii Chiny-Rosja. Tymczasem w realu jedyne napięcie wzbudzała druga kadencja Billa Clintona, który już wkrótce zadziwi świat aferą rozporkową. Oczywiście przestępczość pozostała w tym czasie bez większych zmian, a największa tragedia, jaka dotknęła metropolię, miała dopiero nadejść.
Poza tym spokój i cisza, bo cały świat patrzył, jak tonie Titanic Jamesa Camerona, jak ląduje na Marsie Pathfinder albo też na losy sklonowanej owieczki Dolly. W Polsce miliony zaczęły wlepiać oczy w pierwsze odcinki Klanu i ani jeden obywatel nie został za to zesłany na wyspę Wolin. Trochę szkoda.
Jeszcze bardziej reżyser „popłynął” w sequelu, którego akcja osadzona jest już w roku 2013. Stanami rządzi wtedy wybrany dożywotnio maniak zdrowej żywności i moralności, a tytułowe miasto stało się na skutek trzęsienia ziemi wyspą, na którą również deportuje się wszystkich przestępców oraz tych niegrzecznych mieszkańców, którzy sprzeciwiają się nowej konstytucji Ameryki. Zapewne sporo osób chciałoby w tej wizji dostrzec odzwierciedlenie rządów Trumpa, ale ten co najwyżej zajęty jest budowaniem muru na granicy meksykańskiej. Zresztą w 2013 prezydentem był wszak nadal Barack Obama. Jak na ironię, mimo trzynastki w dacie, był to również wielce spokojny rok – nawet pomimo protestów na Ukrainie i wybryków orkanu Ksawery. LA ma się dobrze – Dodgersi też (przegrali w półfinałach).
Terminator 2
Również w 1997 miało dojść do apokalipsy według wspomnianego Camerona (choć akcja filmu toczy się dwa lata wcześniej). Atomowy holocaust – podtytułowy Dzień Sądu – i stojący za nim bunt maszyn (drugi człon nazwy części trzeciej serii) przyniosły ludzkości pewną zagładę, choć ta broniła się dzielnie.
Cóż, szczęśliwie nie powinniśmy się na razie chyba czego obawiać, bo choć to właśnie wtedy komputer Deep Blue pokonał w rozgrywce szachowego mistrza homo sapiens, a Internet znacząco rozwinął swoje możliwości, to odpowiednik Skynet jeszcze się (chyba) nie narodził, a produkcja morderczych maszyn nadal pozostawia dużo do życzenia – oczywiście, jeśli ktoś sobie takowych życzy.
Dziwne dni
Rok 1999 budził u filmowców wiele ekscytacji. Chwila przed końcem milenium i symboliczne przejście na dwójkę z przodu dostarczyły nam sporo produkcji owijających całą swoją dramaturgię wokół tej daty. Nie inaczej jest z thrillerem Kathryn Bigelow, którego akcja ponownie zaprasza nas do Miasta Aniołów. I to miasto znowu boryka się z bezustannym wzrostem przestępczości, wręcz zmienione jest w strefę wojny pomiędzy policją i.
.. wszystkimi innymi. Kto zna historię Los Angeles, ten wie, że znajduje to swoje odzwierciedlenie w historii, którą cała produkcja została zresztą zainspirowana. Inna sprawa, że reżyserka oferuje nam do tego także wizję możliwości nagrywania własnych przeżyć na minidisc i sprzedawania ich na czarnym rynku jako doświadczeń psychiczno-fizycznych. Tymczasem pod koniec ubiegłego stulecia większość z nas wciąż jechała jeszcze na VHS-ach, mocno wadliwym Windows 98 i tym wynalazku:
Wyścig śmierci
Jak wskazuje oryginalny tytuł – Death Race 2000 – akcja dzieje się na przełomie wieków. W tym momencie USA są już Zjednoczonymi Prowincjami Ameryki – totalitarnym reżimem, w którym obowiązuje stan wojenny. Dla uciechy oraz powstrzymania szkodliwych zapędów wśród gawiedzi rokrocznie organizowany jest rzeczony wyścig śmierci, w którym grupa wyselekcjonowanych kierowców przemierza kraj specjalnie zaprojektowanymi do masakry autami. Przejeżdżanie przechodniów za punkty i niszczenie przeciwnika jest tu na porządku dziennym, a całość bezustannie relacjonuje na żywo telewizja, czyniąc z wyścigu igrzyska przyszłości.
Ten wyraźnie kiczowaty, mocno umowny i podszyty czarnym humorem film zainspirował serię gier pod nazwą Carmageddon, która w roku 2000 nadal cieszyła się dużą popularnością wśród graczy za sprawą premiery części trzeciej. Poza tym jednak w tym okresie do głosu w telewizji dopiero dochodził Big Brother i od tego czasu niewiele się w tej kwestii zmieniło – poza może nagminnym uskutecznianiem tej samej polityki mordu na drogach Europy przez muzułmanów. A z ciekawostek motoryzacyjnych: to właśnie wtedy zakończono produkcję „Maluchów”, które, jakby nie patrzeć, byłyby miłym dodatkiem do takiego wyścigu. ..
Tom Hanks też tak sądzi.
Warto przy tym wspomnieć, że na podobnym pomyśle brutalnego sportu osadzonego w niejako utopijnej przyszłości + medialnej nagonce osadzono też Uciekiniera (swoiste walki gladiatorów, w których uczestniczą skazańcy) oraz Rollerball (pełne przemocy mecze na rolkach), których akcja dzieje się odpowiednio w 2017 i 2018 roku.
2001: Odyseja kosmiczna
Co prawda zarówno powieść Arthura C. Clarke’a, jak i film Stanleya Kubricka są powszechnie chwalone za wiarygodność wszelkich aspektów technicznych, jak i samą wizję przyszłości (twórcom udało się między innymi przewidzieć tablety), to jednak nie ma się co oszukiwać. W prawdziwym 2001 nie było – jak i dalej w sumie nie ma – baz księżycowych, wypraw w okolice Jowisza czy nawet kręcących się do rytmu walca potężnych stacji kosmicznych na orbicie (to właśnie wtedy żegnaliśmy MIR-a), do których można dotrzeć pierwszym lepszym lotem. Siedemnaście lat później w kosmosie jesteśmy w takiej samej ciemnej dupie, co i wtedy (okazjonalnie możemy sobie co najwyżej poobserwować na niebie odbłyski ISS), a wszelaki design daleki jest od filmowego modernizmu. No i dumnie prezentowany na dużym ekranie Pan Am… zbankrutował dobrą dekadę wcześniej. Cóż, może trzeba było nazwać swe dzieło 2101?
RoboCop
2015 – to rok, w którym dystopijne Detroit pogrążyło się w – jakżeby inaczej! – ciągle rosnącej przemocy i zostało zepchnięte na granicę bankructwa. Nad wszystkim trzyma tu pieczę olbrzymia korporacja, która wkrótce wypuszcza na ulice miasta mechanicznego gliniarza – pół człowieka, pół maszynę – mającego pilnować prawa, porządku i wgranych mu do mózgu dyrektyw.
2013 – w tym roku Detroit faktycznie zbankrutowało, szybko stając się wyludnionym miastem-duchem, pełnym korupcji i przestępstw. Choć od tego czasu podjęty został plan przywrócenia miasta do życia, w który zaangażowało się kilka… olbrzymich korporacji. Patrolującego ulice RoboCopa na razie ani widu, ani słychu, mimo że lada dzień w mieście ma ponoć stanąć pomnik legendarnego stróża prawa – na znak czasów pozbawionego jednakże swojej kultowej giwery. Tak to czasem rzeczywistość pogrywa sobie z fikcją.
Powrót do przyszłości II
Robert Zemeckis i spółka nigdy nie zamierzali poważnie podchodzić do pokazywanej w filmie przyszłości, traktując ją raczej jako niezobowiązujący pretekst. Można zatem fikcyjnemu rokowi 2015 dać nieco fory – szczególnie w kwestii latających aut i mieszczących się pośród chmur autostrad, szybujących nad ziemią deskorolek, samowysuszających się i dopasujących do naszego rozmiaru ubrań, mechanizmów wyprowadzających psy na spacer czy żartów pokroju granych w kinach Szczęk 19, których reklama straszy za pomocą hologramu. Te ostatnie zresztą mamy – hologramy, nie dziewiętnastą część serii o rekinie-ludojadzie – choć wciąż niedostatecznie dopracowane.
Lecz ogółem kilka rzeczy się poniekąd ziściło. System projekcji HMD, tablety, wideotelefon, wszechobecne drony z kamerami, płaska telewizja na wiele kanałów czy tak zwane wearables. Popularność samego filmu doprowadziła także do tego, że nad lotodeską trwają mocno zaawansowane prace od ładnych paru lat. Również firma Nike wypuściła w końcu na rynek model obuwia wzorowany na tym z dużego ekranu, czyli posiadający automatyczne wiązadła. Ja tymczasem dalej czekam na papier samoistnie odpychający kurz…
Aha, Chicago Cubs nie wygrało mistrzostwa w 2015 roku – uczyniło to… sezon później.
Blade Runner / Akira / Wyspa
Wszystkie te trzy produkcje dzieją się w roku 2019. Teoretycznie to zatem nadal nasza przyszłość. Na tyle jednak bliska, że chyba możemy zapomnieć o zaprezentowanych w nich: buntujących się androidach z międzygwiezdnych układów (jak i androidach w ogóle), sztucznych zwierzętach zastępujących prawdziwe, (raz jeszcze) latających autach i innych maszynach, klonowaniu bogaczy i celebrytów na potęgę (mimo sukcesów z innymi gatunkami zwierząt) oraz supermotorach, które pomykają ulicami Neo-Tokyo (powstałego na gruzach po trzeciej wojnie światowej). Że o wożących się nimi mutantach z psychokinetycznymi zdolnościami nie wspomnę. Jedynie smog o zmierzchu w Tokio i tym podobnych, rozrastających się metropoliach przypomina, iż jesteśmy „na dobrej drodze”…
Misja na Marsa
Rzeczona wyprawa na Czerwoną Planetę według Briana De Palmy odbywa się w 2020 roku. I w rzeczywistości taka misja jest na ten rok przewidziana, tyle tylko że… bezzałogowa. Nie licząc nagłego pojawienia się obcych, niewiele zatem zabrakło do trafnej przepowiedni. Aczkolwiek naukowcy i tak planują postawić ludzką stopę na Marsie już w przyszłej dekadzie.
Czekamy – nie tylko na odkrycie obcej cywilizacji, ale również na to, jak wypadnie względem filmu z początku wieku. Co ciekawe, pochodząca z tego samego okresu Czerwona Planeta ma nieco większy margines błędu, przezornie umieszczając akcję w 2056. Obcych brak.
