search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

Filmowe DNI TYGODNIA

Jacek Lubiński

27 grudnia 2019

REKLAMA

PIĄTEK

Dzień wariactw…

Szczególny dzień w kalendarzu wszystkich przesądnych, którzy na hasło: Dzisiaj jest piątek (2006, reż. Paweł Narożnik) reagują niechęcią, zaznaczając, że jest on niezwykle pechowy – zwłaszcza W piątek trzynastego (1954, reż. Paľo Bielik). Dowodem na to m.in. koszmarna seria wypadków nad jeziorem, mających miejsce w latach 1980–1993 oraz 2001 i 2009. Paradoksalnie czasem trafi się jakiś Szczęśliwy piątek (1970, reż. Peter Hall), acz częściej bywa, że jest on Zakręcony (2003 i 2018) i/lub Zwariowany (1976 i 1995). A ponieważ to początek weekendu, to łatwo z ulgą stwierdzić: Dzięki Bogu już piątek (1978, reż. Robert Klane) – przecież cały tydzień planujemy, co będziemy robić W piątek wieczorem (1987, reż. Lyudmil Kirkov). Niektórzy odpowiednio celebrują ten Długi Wielki Piątek (1980, reż. John Mackenzie), stanowiący w pewnych kręgach obiekt kultu. Nie mniejszy niż popularny, zagraniczny zwyczaj Friday Night Lights (2004 i 2006) i nasz Piątek z Pankracym (1978–1990).

W końcu kiedy jak kiedy, ale Miłość rozkwita w piątek (1972, reż. Virgil Calotescu). Niezwykle istotna jest zatem Piątkowa noc (2002, reż. Claire Denis), gdyż może się wtedy zdarzyć absolutnie wszystko. Byle tylko nie przesadzić i nie zamienić wieczoru w iście Krwawy piątek (1972, reż. Rolf Olsen i Lee Payant), lecz gładko przejść Z piątku na sobotę (2003, reż. Tom Barman). Oczywiście pamiętajmy, że Piątek nie świątek (1975, reż. Otakar Fuka) i czasem warto ów dzień sprowadzić do bezpiecznej rutyny – tak aby Piątek (1995, reż. F. Gary Gray) zamienił się w Następny piątek (2000, reż. Steve Carr), a później w Kolejny piątek (2002, reż. Marcus Raboy), i tak to się spokojnie kręciło. Wszak, jak przypomina animacja Piątek – sobota (1977, reż. Zbigniew Rybczyński), nie jest to ostatni dzień tygodnia.

SOBOTA

Dzień wrażeń…

Po wyczerpującym tygodniu jest to dzień zabawy. Stwierdzenie Czekając na sobotę (2010, reż. Irena Morawska) jest zatem czymś normalnym. Zwłaszcza, gdy trafi się nam Upalna sobota (1932, reż. William A. Seiter), której naturalnym następstwem jest prawdziwa Gorączka sobotniej nocy (1977, reż. John Badham), kiedy to można się naprawdę zatracić. Oby tylko nie przegiąć i nie przeskoczyć od razu Z soboty na poniedziałek (1989, reż. Marek Wałaszek). Przeto niejedna była Sobota na dużym ekranie (1945, reż. Václav Wasserman; 2001, reż. Juan Villegas; 2003, reż. Matías Bize). Nawet Sean Bean u Marii Giese skupiał się tylko na tym Kiedy nadejdzie sobota (1996), a w myśl postrzegania danej doby także Juliusz Machulski zrobił sobie Wolną sobotę w ramach etiudy (1977). Z kolei Lina Wertmüller wpisała ten dzień w wyciągający z marazmu okres Sobota, niedziela i poniedziałek (1990).

Rzecz jasna, nie zawsze jest tak różowo. Znany jest wszak przypadek Krwawej soboty (1955, reż. Richard Fleischer), a Czesi do dziś pamiętają, że miała u nich miejsce Černá sobota (1960, reż. Miroslav Hubáček). Niemniej Sobotnia noc (1974, reż. Sidney Poitier) powinna być w taki czy inny sposób niezapomniana. Dobrze więc, jeśli zamówiony jest Komik na sobotę (1992, reż. Billy Crystal). Choć od 1975 roku odprężenia można szukać też w Saturday Night Live, które z uśmiechem godnym Alberta Finneya pozwala przejść Z soboty na niedzielę (1960, reż. Karel Reisz).

NIEDZIELA

Dzień wypoczynku…

A po sobocie jest niedziela (1950, reż. Wolfgang Schleif) – chciałoby się rzec, kontynuując wcześniejszą myśl – niekiedy Zbyt odległa niedziela (1975, reż. Ken Hannam). To dzień odpoczynku, nierzadko podpadający pod święto – jak Niedziela Palmowa (2010, reż. José Glusman) – albo przynajmniej odpowiednio celebrowany w rodzinnym gronie, jak Kurczak co niedziela (1949, reż. George Seaton). Dla jednych to wręcz Cudowna niedziela (1947, reż. Akira Kurosawa) – doba witana z okrzykiem (Nareszcie niedziela!, 1983, reż. François Truffaut), a nawet i z niezwykłą ulgą (Niedziela sprawiedliwości, 1965, reż. Jerzy Passendorfer). Lecz nie każdy podziela podobny entuzjazm, klnąc w duchu: Ta przeklęta niedziela (1971, reż. John Schlesinger) lub Ta cholerna niedziela (2014, reż. Przemysław Kotyński)! Trudno się dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę tragiczne wydarzenia, jakie do historii przeszły pod nazwą Krwawa niedziela (2002, reż. Paul Greengrass). Do tego zawsze może przyjść iście Czarna niedziela w wydaniu horrorowym (1960, reż. Mario Bava) lub sportowym (1977, reż. John Frankenheimer). Ta druga opcja automatycznie przywodzi też na myśl mękę, jakiej Al Pacino doznawał u Olivera Stone’a Any Given Sunday (Męska gra, 1999). Zaiste, tak Zabita niedziela (1969, reż. Drahomíra Vihanová) to nic przyjemnego…

Jednakże z reguły jest to udany dzień – nawet taka Niedziela gliniarza (1983, reż. Michel Vianey) lub nudnawa już w samym założeniu Niedziela pewnego małżeństwa w mieście przemysłowym średniej wielkości (1977, reż. Jerzy Sztwiertnia). Żeby ją bardziej docenić, warto wyjść w plener. Oto proponowane miejsca na spędzenie tego czasu: Niedziela w Nowym Jorku (1963, reż. Peter Tewksbury), Niedziela na wsi (1984, reż. Bertrand Tavernier) lub ostatecznie Niedziela w piekle (1976, reż. Jørgen Leth) – co kto lubi. I kiedy, termin bowiem może tu mieć także spore znaczenie – umówiona Niedziela o szóstej (1965, reż. Lucian Pintilie) albo przychodząca raz w roku Sierpniowa niedziela (1950, reż. Luciano Emmer), Wrześniowa niedziela (1963, reż. Jörn Donner) bądź Październikowa niedziela (1979, reż. András Kovács). Acz i tak jest Co tydzień niedziela (1959, reż. Zbyněk Brynych), nawet jeśli niektórzy chcieliby, żeby była Codziennie niedziela (2007, reż. Niels Laupert).

Warto przy tym pamiętać, że ta wyjęta Niedziela z życia (1967, reż. Jean Herman) to może być w ogóle Ostatnia taka niedziela (1999, reż. Don Most), więc zamiast martwić się perspektywą nadchodzącego poniedziałku, lepiej całkowicie się wyluzować. Czego wszystkim życzę.

Avatar

Jacek Lubiński

KINO - potężne narzędzie, które pochłaniam, jem, żrę, delektuję się. Często skuszając się jeno tymi najulubieńszymi, których wszystkich wymienić nie sposób, a czasem dosłownie wszystkim. W kinie szukam przede wszystkim magii i "tego czegoś", co pozwala zapomnieć o sobie samym i szarej codzienności, a jednocześnie wyczula na pewne sprawy nas otaczające. Bo jeśli w kinie nie ma emocji, to nie ma w nim miejsca dla człowieka - zostaje półprodukt, który pożera się wraz z popcornem, a potem wydala równie gładko. Dlatego też najbardziej cenię twórców, którzy potrafią zawrzeć w swym dziele kawałek serca i pasji - takich, dla których robienie filmów to nie jest zwykły zawód, a niezwykła przygoda, która znosi wszelkie bariery, odkrywa kolejne lądy i poszerza horyzonty, dając upust wyobraźni.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA