Recenzje

GORĄCZKA SOBOTNIEJ NOCY. Tanecznym krokiem w dorosłość. 40 lat od premiery

Nawet zakała rodziny może poczuć jak młody Bóg, musi tylko znaleźć swoje miejsce na Ziemi i zrobić wszystko, by w dążeniach do niego nie poprzestać na marzeniach.

Autor: Damian Halik
opublikowano

Są takie filmy, które uwielbiamy nawet wbrew swoim własnym gustom. Mają w sobie coś, co niemal zmusza widza, by poświęcił na ich obejrzenie dwie godziny, a potem kolejne i kolejne – może nie raz po razie, ale w niedalekich odstępach czasu. Właśnie to dziwaczne oddziaływanie na fanów sprawia, że nawet mimo widocznego starzenia się produkcje takie jak czterdziestoletnia Gorączka sobotniej nocy doczekały się rangi klasyków, a oglądanie ich przynajmniej raz na jakiś czas w wielu przypadkach podchodzi niemal pod kult. To trochę jak z pierwszą trylogią gwiezdnowojenną – każdy prawdziwy fan wie, że jeśli nie obejrzy się jej raz na trzy lata, ciemna strona mocy zaczyna wygrywać.

Na ogół nie przepadam za filmami tanecznymi – w większości traktuję je tak, jak kino familijne. Ot, zapychacz ramówki, który można puścić sobie w celu wytwarzania szumów w tle podczas wykonywania codziennych czynności (jak wiadomo, ze względu na rytmiczność muzyczne produkcje szczególnie dobrze komponują się ze sprzątaniem). W każdym gatunku istnieją jednak filmy wyjątkowe, które działają na odbiorcę wbrew jego własnym gustom i właśnie takim tytułem jest dla mnie Gorączka sobotniej nocy. Być może „uwielbiam” byłoby tu zbyt mocnym słowem, ale naprawdę mam do tego filmu słabość nie mniejszą niż do twórczości ulubionych reżyserów.

Well, you can tell

by the way I use my walk,

I’m a woman’s man

No time to talk.
Music loud and women warm

I’ve been kicked around

since I was born.

And now it’s all right. It’s OK.

– fragment Stayin’ Alive zespołu Bee Gees

Od samego początku Gorączka sobotniej nocy agresywnie atakuje nas dźwiękami w rytmie disco. Stayin’ Alive zespołu Bee Gees, wybrzmiewające podczas otwierającej film sceny, już w pierwszych wersach niejako dając nam podpowiedź, co tak naprawdę zaraz obejrzymy – kto jednak zwracałby na to uwagę, gdy kamera kieruje się na przemierzającego ulice Brooklynu Tony’ego Manero? Młodzian o nienagannej fryzurze i twarzy Johna Travolty (nominacja do Oscara) dziarskim krokiem idzie przed siebie niczym młody bóg, król tej dzielnicy. Ogląda się za kobietami, niektóre wręcz zaczepia, udziela też – jak na syna włoskich imigrantów przystało – bezcennych wskazówek odnośnie swej rodzimej kuchni (to dzięki niemu wiemy, że nie ma nic złego w zjedzeniu dwóch kawałków pizzy położonych jeden na drugim!). Cała ta otoczka pryska jednak, gdy Tony przekracza próg sklepu z farbami pana Fusco (Sam Coppola). Choć nie traci nic ze swego uroku, w pracy musi odłożyć na bok aspiracje – jest tylko młodym człowiekiem bez wykształcenia, który zarabia marne pieniądze, od poniedziałku do soboty sprzedając artykuły remontowe. Po powrocie do domu, w którym zawsze pozostaje w cieniu swego starszego brata, sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Wszystko to przestaje się liczyć dopiero w sobotni wieczór, gdy nasz bohater jak co tydzień rusza do 2001 Odyssey Disco Club, gdzie traktowany jest niemal jak Bóg, król parkietu.

Co jest? Wchodzę, a wy mnie nie krytykujecie?! - Tony na widok rodziców

Jednym z najbardziej niepowtarzalnych elementów tej produkcji jest sposób jej oddziaływania na widza. Gorączka sobotniej nocy to klimatyczny obraz największego towaru eksportowego lat 70. (mam na myśli oczywiście disco), lecz zaskakuje przecież zwłaszcza za sprawą świetnie wyważonego scenariusza i dobrze rozpisanych postaci oraz stopniowo narastającego wokół głównego bohatera napięcia – choć Tony w sobotnie wieczory może czuć się jak młody bóg, najjaśniejsza z gwiazd dyskotekowego Brooklynu, reszta jego życia to pasmo porażek. Mimo zaledwie 19 lat na karku, grany przez Johna Travoltę chłopak zaczyna dostrzegać, że zmierza donikąd, a uwielbienie tłumów nijak nie poprawia jego pozycji – to dramat, którego w gruncie rzeczy doświadcza większość społeczeństwa. Nic przyjemnego. Tymczasem co jako pierwsze przychodzi do głowy na hasło Gorączka sobotniej nocy?

Ah, ha, ha, ha, stayin’ alive, stayin’ alive.

Z perspektywy czasu można stwierdzić, że soundtrack przygotowany w głównej mierze przez zespół Bee Gees to element równie kultowy, co biały garnitur, w którym Tony tańczył ze Stephanie (Karen Lynn Gorney), zwyciężając w konkursie tańca organizowanym w 2001 Odyssey Disco Club. Co ciekawe, powstawał on w zupełnym oderwaniu od produkcji filmu. W jednym z wywiadów Robin Gibb opowiadał, że tak naprawdę on i jego bracia nie bardzo chcieli marnować czas na pisanie muzyki dla niskobudżetowego filmu. Szczęście w nieszczęściu, że od końca lat 60. popularność softrockowej kapeli stopniowo malała, a przejście na bardziej taneczne rytmy i wokal falsetowy w okolicy 1975 niewiele pomogło. Ostatecznie Robin, Maurice i Barry Gibbowie przystali na propozycję producenta Roberta Stigwooda i w 1977 roku zaprezentowali światu krążek, który na nowo rozkręcił ich karierę. Jak Gorączka sobotniej nocy brzmiałaby bez Bee Gees? Trudno to sobie wyobrazić, ale warto zapytać obsadę, gdyż utwory brytyjskiego zespołu zostały dograne w postprodukcji. Na planie nigdy nie wybrzmiały, a jak twierdzi John Travolta, kultowe sceny tańca odbywały się między innymi w takt przebojów Steviego Wondera i Boza Scaggsa.

Ten muzyczny nokaut, który za sprawą kompozycji braci Gibbów otrzymujemy już na początku, to rzecz najbardziej pamiętna. Nie jest jednak w filmie Johna Badhama (Gry wojenne, Krótkie spięcie) elementem najistotniejszym. Napisany przez Normana Wexlera (Serpico) scenariusz to przede wszystkim dramat o trudach dorastania, który w filmie zarysowuje dość uniwersalne losy przedstawicieli klasy robotniczej. Jasne, nie każdy tańczy jak Travolta, ale jaki odsetek ludności tak naprawdę potrafi wyrwać się z tej nudnej, znienawidzonej pracy i realizować marzenia?

Kanwą dla scenariusza był opublikowany na łamach „New York Magazine” artykuł Nika Cohna Tribal Rites of the New Saturday Night. Brytyjski dziennikarz przyznał po latach, że opowieść o nocnym życiu Brooklynu wyssał z palca, opierając się jedynie na bójce, jaką zobaczył przed jedną z dyskotek. Do środka nigdy nie wszedł, ale to nie przeszkodziło Wexlerowi w wysnuciu na tej podstawie świetnej historii, która – podmieniając pasję głównego bohatera na cokolwiek innego – po dziś dzień stanowi ponadczasowy hołd dla marzycieli, dający przy tym mocno do zrozumienia, że spełnienie może przyjść tylko za sprawą tytanicznej pracy, której metaforą jest dla Tony’ego Manero przekroczenie Mostu Brooklińskiego i zdobycie posady na Manhattanie. Na głowy nazbyt zafascynowanych widzów wylewa się jednak kubeł zimnej wody – te wymarzone posady często zupełnie inaczej wyglądają od drugiej strony, gdy już się je otrzyma – vide historia Stephanie, początkowo niesamowicie pysznej i wywyższającej się ponad biedniejszych brooklińczyków, jednak wraz z rozwojem sytuacji pokazującej swoje prawdziwe, zagubione w wielkim świecie „ja”.

Film Johna Badhama porywa i zmusza do bezwiednego poddania się rytmom disco, co rusz przemycając też ważniejsze kwestie, jak negatywny wpływ na młodzież oczekiwań rodziców, utartych w społeczeństwie schematów, którym trzeba się podporządkować, ale też kwestie nienawiści rasowej i stosunku do kobiet, które najczęściej traktowane są jak obiekty seksualne (do czego same mocno się przyczyniają, jak grana przez Donnę Pescow Annette czy dziewczęta w klubie).

Jak więc Gorączka sobotniej nocy prezentuje się po czterdziestu latach od premiery? Choć wizualnie produkcja nieco się postarzała, dyskotekowe sceny wciąż robią wrażenie. Równie trudno jest się przyczepić do jej największych atutów: świetnego scenariusza oraz dobrze rozpisanych, a następnie odegranych postaci. Do tego dochodzą oczywiście nieśmiertelne kompozycje Bee Gees oraz solowa scena taneczna Travolty, która po dziś dzień jest ma swoje miejsce TOP5 wszech czasów wśród tego typu popisów (a pierwotnie planowano ją wyciąć!).

Na poziomie emocjonalnym perypetie Tony’ego Manero pozostają niesamowicie aktualnym obrazem trudów dojrzewania i wynikających z tego powinności, na czele z odpowiedzialnością za swoje czyny. Ten tylko pozornie rozrywkowy film wciąż elektryzuje – mimo że jego motywem przewodnim jest taniec w rytm muzyki dyskotekowej, nie można przeoczyć przemyconych pod tą otoczką wartości, co uderza jeszcze mocniej w konfrontacji z późniejszymi (zwłaszcza współczesnymi) przedstawicielami gatunku. Schemat działa. Na przestrzeni ostatnich czterech dekad taniec wybawił niejednego dzieciaka z kłopotów. Czy to trudna młodzież, czy niepasujący do szemranego towarzystwa, ale przez swe pochodzenie będący jego częścią bohaterowie w niejednym filmie próbowali wytańczyć swoje marzenia – jednak rzadko kryło się za tym coś więcej.

Co dalej z Tonym? W scenach po konkursie tanecznym ten miłośnik Rocky’ego, Serpico czy Wonder Woman jasno dał nam do zrozumienia, że nie zwycięstwo się liczy, a bycie najlepszym. Długo do tego dojrzewał, ale Gorączka sobotniej nocy kończy się właściwie postanowieniem – decyzją, by podjąć walkę o lepszą przyszłość, lecz trudno wyrokować, co z tego wyjdzie. W 1983 film Badhama doczekał się jednak kontynuacji – Pozostać żywym (Staying Alive) w reżyserii Sylvestra Stallone’a. Choć autorem scenariusza ponownie był Norman Wexler, dalsze losy próbującego zawojować Broadway Tony’ego Manero nie uwiodły widzów tak, jak miało to miejsce w przypadku Gorączki – to już zupełnie inna historia, nad którą fani filmu Johna Badhama woleliby spuścić zasłonę milczenia.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane