Publicystyka filmowa
Film w filmie w ramach filmu. Najlepsze momenty, w których wykorzystano fragment INNEJ produkcji
Jakie są najwspanialsze momenty X muzy, w których bezpośrednio cytowano inne sceny filmowe?
Fabelmanowie Stevena Spielberga, Babilon Damiena Chazelle’a, Imperium światła Sama Mendesa — w ostatnim czasie hollywoodzcy reżyserzy coraz częściej kierują kamery na własną pracę, szukają w kinie sygnałów autotematyzmu, samouwielbienia i hołdu dla całego medium. Manifestują to oczywiście na wiele sposobów, a jednym z popularniejszych jest bezpośrednie cytowanie scen z innych filmów. Najczęściej okazją do takiej ucieczki w ciemność sali kinowej są emocje bohaterów podczas zbiorowej projekcji i oddalenie rzeczywistości na rzecz oglądania zupełnie niesamowitego dzieła — dziś powidok pandemicznego zamknięcia w domach i teraźniejszego powrotu do najpiękniejszej kinofilskiej przestrzeni na całym świecie.
Jako widzowie stajemy się tymi bohaterami — bezwiednie uwięzionymi w doświadczeniu obcowania z wydarzeniami na srebrnym ekranie. Jak niezwykłe kontrapunkty, siatki połączeń gatunkowych czy komentarze można tworzyć tą metodą i osiągać napięcie wewnątrz — aż ciężko opisać wszystkie możliwości i momenty, w których twórcy zachwycili publikę takim zabiegiem. Postanowiłem wybrać sześć najciekawszych momentów filmowej incepcji — innymi słowy: obrazu cytowanego w ramach innego obrazu.
„Pewnego razu… w Hollywood” (2019) i „Wielka Ucieczka” (1963)
Zacznę od oczywistej, ale też obowiązkowej na tego typu liście pozycji, a mianowicie Pewnego razu… w Hollywood. Nie stawiam tu jednak na żaden z ciągnących się momentów, kiedy ikoniczni już bohaterowie filmu Quentina Tarantino oglądają różnego rodzaju treści wizualne, zaczynając od sensacyjnego serialu FBI, a na filmie The Wrecking Crew kończąc.
Najbardziej bystra, krótka i niepozorna na tym tle wydaje się scena rozmowy odbywająca się na planie jednego z nijakich, amerykańskich westernów. Rick Dalton prowadzi dialog z ważniejszym gwiazdorem produkcji (w tej roli Timothy Tarantino wówczas nie tylko wprowadza z zaskoczenia fragment słynnej wojennej To znamienna dla Tarantino zabawa w „co by było, gdyby…”, ale jego zwyczajową intensywność i brutalność zastępują tu minimalizm środków, spokój i melancholia — pod którymi skrywane jest rozgoryczenie i niespełnione ambicje Daltona — złoto.
„Duch roju” (1973) i „Frankenstein” (1931)
Arcydzieło hiszpańskiego kina — Duch roju w reżyserii Víctora Erice’a jest wielowarstwowe i trudne do jednoznacznej klasyfikacji. Jednak gdzieś pośród rozmaitych kontekstów historycznych, elementów historii inicjacyjnej i o dorastaniu, film jest hołdem dla X muzy. Podkreśla przy tym rolę kina obwoźnego, przeplata wydarzenia rzeczywiste z ekranową fikcją, pokazuje oddziaływanie jednego na drugie. W jednej ze scen główna bohaterka, mała dziewczynka, ze swoimi rówieśnikami z zachwytem w oczach doświadcza klasycznego horroru Frankenstein z 1931 roku.
Prezentowana wówczas scena nie jest przypadkowa. Oto humanistyczny i wzruszający moment fantastycznego widowiska — gdy mała dziewczynka zrywająca kwiaty nad jeziorem zawiera znajomość z tytułowym potworem. W tle wyraźnie słychać trajkoczący projektor, widzowie zaś zachowują grobową ciszę, na ich twarzach rysuje się zdziwienie, zaciekawienie, całkowita immersja w świat przedstawiony. Dzieci z filmu Erice’a nie do końca rozumieją scenę, być może nie są świadome przekazu
„Fabelmanowie” (2022) i „Największe widowisko świata” (1952)
Pora na kolejny, jeden z nowszych traktatów o zamiłowaniu do kina. Fabelmanowie Stevena Spielberga nie zwlekają z przejściem do sedna. Już na początku filmu rodzice zabierają przyszłego filmowca do świątyni X muzy i tłumaczą mu magię ruchomego obrazu. Zaraz potem widz razem z bohaterami ląduje na sali. Doświadczenie podobnie jak w Duchu roju jest zaczarowane, budzi skrajne emocje, strach i zachwyt zarazem.
Jakkolwiek prezentowane wówczas
„Krzyk” (1996) i „Halloween” (1978)
A co powiecie na metakomentarz podniesiony do potęgi n-tej? Krzyk to rewolucyjny przykład samoświadomego horroru, który odświeżony w 2022 roku wciąż daje radę i bawi jak mało który inny współczesny film grozy. Chciałbym tutaj omówić zarówno pierwowzór z 1996 roku w reżyserii Wesa Cravena, jak i równie ciekawy reboot.
W obu pojawia się bliźniacza, autotematyczna scena. W pierwszym z nich siedzący przed telewizorem fan
„Twister” (1996) i „Lśnienie” (1980)
Przechodzimy tym razem do filmu, który jako arcydzieło raczej wspominany nie jest. Mimo tego Twister przeszedł do historii jako jeden z najpopularniejszych i bardziej reprezentatywnych filmów rozrywkowych lat 90. i dzieł katastroficznych w ogóle. Scena, którą chcę tutaj przywołać, jest szczególnie interesująca i godna opisania. Miejsce akcji: kino samochodowe. Prezentowany obraz: Lśnienie Stanleya Kubricka.
Horror staje się horrorem w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wielkie tornado dociera i tutaj, rozrywając ekran na strzępy. Obserwujemy, jak atakujący swoją rodzinę Jack
„Ucieczka z kina »Wolność«” (1990) i „Purpurowa róża z Kairu” (1985)
Kilkukrotna filmowa incepcja i to na polskim gruncie — oto Ucieczka z kina „Wolność” Wojciecha Marczewskiego. Bohaterowie oglądają bohaterkę Purpurowej róży z Kairu Woody’ego Allena, graną przez Mię Farrow, która to z kolei również jest w trakcie własnego seansu kinowego. Marczewski prezentuje dłuższy fragment przywołanego obrazu, wiedząc, iż doskonale koresponduje z tematyką i wyjściowym pomysłem Ucieczki z kina „Wolność”.
Podobnie w obu produkcjach główna postać staje przed ożywionym światem ekranowym, gdzie fikcyjni bohaterowie zwracają się wprost do niej i nawiązują z nią specjalną więź, przez co kino nabiera głębszego, emocjonalnego znaczenia niż tylko formy rozrywki. Do tego dochodzi podszyty podskórnym napięciem wydźwięk sceny i brawurowa gra aktorska przejętych widzów, w tym wypadku choćby Janusza Gajosa czy Piotra Fronczewskiego.
