Publicystyka filmowa
FIGHT CLUB jak marzenie incela i jego pokoleniowy gniew
Gniew Tylera Durdena jest gniewem pokoleniowym.
Całej sprawy być może by nie było, gdyby nie reakcja Davida Finchera, który w wywiadzie dla „The Guardian” powiedział, że nie zrobił Fight Clubu dla inceli (We didn’t make it for them…). To była taka oliwa wlana w ogień tlący się w środowiskach 4chana, Reddita i innych społeczności, bo kultowy Podziemny krąg nie zaczął być popularny w środowisku incelskiej manosfery wczoraj. Proces jego adaptacji do ideologii „redpill” dział się przez lata. Grupa osób o wystarczającym stopniu niezadowolenia i odpowiednio silnym wrażeniu osobistego skrzywdzenia musiała urosnąć w sieci na tyle, żeby zdobyć zaufanie.
Na tym jednak nie można długo bazować. Trzeba skorzystać ze znanych, kultowych wzorców w sferze popkultury, zwłaszcza tych kontrowersyjnych, buntowniczych. „Bunt” inceli w manosferze znalazł więc sobie nowe ideologiczne uzasadnienie w postaci Fight Clubu, tak kultowego filmu, na co zareagował sam reżyser – musiał zareagować, bo za nową recepcję jego dzieła wzięła się jedna z bardziej niebezpiecznych, kryminogennych i obserwowanych przez policyjnych analityków grup w Internecie. Fincher miał więc czysto ludzki obowiązek stwierdzić, że nie ma pomysłu na to, jak pomóc wszystkim tym ludziom, którzy uważają, że Tyler Durden (Brad Pitt) jest pozytywnym bohaterem i można się na nim w jakikolwiek sposób wzorować.
Gniew Tylera Durdena
Najpierw musimy uświadomić sobie coś bardzo ważnego, co powinno wpłynąć na gruntowną ocenę postaci Tylera Durdena – ON NIE ISTNIEJE – jest urojeniem, efektem działania matrixa, choroby itp. To właśnie obiektywny plan autora książki Chucka Palahniuka, człowieka walczącego z degradującym wzorcem mężczyzny w amerykańskiej kulturze. A teraz również na początek, nim przejdziemy do wyjaśnienia tylu nowych pojęć i analizy postaci Tylera, przypomnijmy sobie jedną z jego znakomitych – wbijających się w umysł jak rozżarzony miecz – peror, gdy motywował swoich ziomków z klubu.
Man, I see in fight club the strongest and smartest men who’ve ever lived. I see all this potential, and I see squandering. God damn it, an entire generation pumping gas, waiting tables; slaves with white collars. Advertising has us chasing cars and clothes, working jobs we hate so we can buy shit we don’t need. We’re the middle children of history, man. No purpose or place. We have no Great War. No Great Depression. Our Great War’s a spiritual war… our Great Depression is our lives. We’ve all been raised on television to believe that one day we’d all be millionaires, and movie gods, and rock stars.
But we won’t. And we’re slowly learning that fact. And we’re very, very pissed off. Nasz kryzys to nasze życie. Telewizja wmówiła nam, że będziemy milionerami, bogami kina albo gwiazdami rocka. Ale tak nie będzie. Powoli zdajemy sobie z tego sprawę. I jesteśmy bardzo, bardzo źli
Te słowa są jak najbardziej przepełnione patosem, ale nie cechują się pustosłowiem. Mają poważną treść, mającą pokrycie w faktach z życia milionów mężczyzn. Tak jest i będzie, że chociaż świadomi swojego istnienia nigdy nie wyskoczą ze swoich tanich posad, żeby stać się owymi bogami kina lub w ogóle kimś na tyle znaczącym, aby warto było o tym kimś coś przeczytać (np. w gazetach) albo wspominać go po śmierci przez zupełnie obcych ludzi, a nie tylko przez najbliższą rodzinę, i to tylko przez jakiś ograniczony czas. Słowa te wygłasza na dodatek piękny, pewny siebie mężczyzna, który zdaje się nośnikiem dowartościowania, szansy, nowej nadziei, więc jak można mu nie uwierzyć, jak można za nim nie pójść.
I oni poszli, po trupach, gdyż nie mieli żadnej innej perspektywy, w której mogliby dostać szansę, by zaistnieć w jakimś ponadczasowym dziele, nieważne, czy było ono budowaniem Zapory Trzech Przełomów, czy podkładaniem bomb pod światowy system zarządzania kartami płatniczymi i mordowaniem najbogatszych za to, że jeżdżą samochodami pokroju rolls-royce phantom. Nie dziwię się więc, że manosfera inceli, spoglądająca na świat redukcyjnie i sugerująca się raczej częściową informacją z sieci niż analizą źródeł informacji prowadzących poza Internet, od razu „zaskoczyła” po takich słowach. Tyler zjawił się jak anioł, postać jak najbardziej pozytywna, kojąca ból i przede wszystkim organizująca myśli, jednocząca wokół ważnego celu, którego do tej pory brakował tzw.
incelom. W pewnym sensie to rozumiem, bo spoglądając na Tylera powierzchownie, można go uznać za bohatera. Dopiero gdy wejść w jego postać głębiej, przyjrzeć się detalom postępowania, okaże się, że to fasada, maska walczącego o wprowadzenie anarchii antybohatera, który tak naprawdę jest ulepkiem wszelkich ludzkich złych emocji, bólu, uczucia niższości i gniewu. To zresztą Fight Club w finale pokazuje, ale mimo to stał się manifestem skrajnej prawicy.
Gniew ludzki ma to do siebie, że potrzebuje mieć ciągle paliwo, brane od innych, z ich zagniewania, ale także z matryc już ocenionych, zinterpretowanych, wpasowanych w naszą społeczną świadomość. Film tu pasuje, bo coraz częściej zdarza nam się „mówić filmowymi obrazami” o naszych refleksjach na temat otoczenia. Środowisko incelskie więc wykorzystuje do podsycania swojego gniewu film, co ciekawe, ten buntowniczy, wolnościowy, jakże niegrzeczny, pochodzący z tej mało kontrolowanej przez jakiekolwiek instytucje sfery działalności człowieka, bo byłby to zamach na wolność, z której incele korzystają do woli, żeby ją właśnie krytykować.
Paradoks ten niech zostanie ciekawą analogią do sceny, gdy w pokoju hotelowym podczas rozmowy Narratora (Edward Norton) z Marlą (Helena Bonham Carter) nagle zjawia się Tyler. Narrator sam wtedy domyśla się, że on i Tyler są jedną osobą, a Tyler tłumaczy mu, dlaczego się pojawił. Chciałeś zmienić swoje życie. Nie mogłeś zrobić tego sam. Wszystko to, czym chciałeś być, to ja.
Wyglądam, jak chciałbyś wyglądać. Pieprzę, jak chciałbyś pieprzyć. Mam mózg, możliwości, i co najważniejsze, wolną rękę, której nigdy nie miałeś. Ludzie tak robią. Widzą się takimi, jakimi chcą być. Nie mają odwagi, żeby pociągnąć to dalej.
Pojęcia incela i manosfery
Zanim jednak jeszcze bardziej wgłębimy się w portretowanie Tylera Durdena i jego zwodniczej charyzmy, najpierw jednak trochę nowych pojęć z dziedziny internetowych neologizmów opisujących środowiska, w których Fight Club stał się tak ważny i inspirujący. Jak już wspominałem, Podziemny krąg jest filmem o buntownikach, antysystemowcach płci męskiej, rekrutujących się raczej z niższych klas społecznych lub średnich, lecz w tym przypadku mniej sprytnych życiowo, z mniejszym szczęściem i psychiczną odpornością na porażki.
Można więc mówić o buncie w dziele Finchera – buncie psychologicznym. W sieci również mówi się o buncie. Nazywa się go BUNTEM INCELI. Bunt inceli to inaczej bunt upokorzonych samców. Czym upokorzonych – swoją wizją siebie, niemocą, interpretacją wyglądu, często nieobiektywną, brakiem charyzmy, wychowawczą bezradnością i rozziewem między marzeniami a sytuacją zawodową i osobistą. Incelem więc nazywamy osobnika płci męskiej, głównie białego, zwykle heteroseksualnego, bądź o skrywanych tendencjach homoseksualnych, do których nie wolno mu się przyznać ze względu na rodzaj grupy, do której przynależy.
Jego aktywność seksualna albo w ogóle zanikła, co się raczej sporadycznie zdarza, albo ogranicza się do masturbacji, gdyż ów mężczyzna nie ma partnerki seksualnej i/lub nie pozostaje w żadnym związku, formalnym albo nieformalnym.
Nawet relacja z Marlą – chociaż z punktu widzenia Narratora rokująca na związek, a przynajmniej kilkurazowy seks – nieoczekiwanie przemienia się w relację Durdena z Marlą. To Durden stawia Narratora w sytuacji nieprzerwanego wysłuchiwania odgłosów seksu, aż nocami tynk odlatuje z sufitu, a ściany wraz z żyrandolem drżą. To Narrator nagle staje się drugorzędny, gdy zjawia się w ICH domu Marla, chociaż to on ją poznał, on ustalał jakże ważną sprawę podziału obecności na zajęciach grup wsparcia. Alter ego Narratora w formie Durdena – imponującego i zarazem znienawidzonego, jak natura relacji incela z kobietą – spółkuje z Marlą, więc odnosi tzw. sukces ewolucyjny samca alfa.
Warto zaznaczyć, co jest kluczowe dla sytuacji psychologicznej inceli, że brak związku nie jest wyborem żadnego incela. Sytuacja ta głęboko im doskwiera, budzi złość, chcą ją zmienić, ale agresja wobec kobiet jest już na tym etapie silniejsza niż racjonalne myślenie o sobie. To samonapędzające się przemocowe koło, bo incele organizują się w tzw. toksyczne grupy wsparcia na przeróżnych forach internetowych, gdzie jeszcze bardziej nadbudowują swój lęk tożsamościowy na bazie reakcji innych, wzajemnego udowadniania sobie, jak kobiety są złe, bezwartościowe, wrogie i należy je zniszczyć. W tym sensie Fight Club jest alegorią tego środowiska, a kobietami są tu kapitalistyczne struktury podtrzymujące nierówność społeczną, z jaką wygrać można tylko przez zjednoczenie się w grupie.
Środowisko inceli jest więc mizoginiczne i paradoksalnie toksyczne dla samych inceli, którzy niszczą wzajemnie w sobie jakąkolwiek pozytywną samoocenę, dając złudne poczucie wspólnoty, a tak naprawdę poddając destrukcji wszelkie kompetencje miękkie członków swojej grupy. Kobiety dla inceli są „dziurami”, „podludźmi”, bo z jakiegoś mniej lub bardziej abstrakcyjnego powodu ich odrzuciły, zaburzyły ich męskość lub najlepiej powiedzieć, wyuczoną wizję męskości. W jednej ze scen w filmie, rozgrywającej się w siedzibie Klubu, po całonocnych ekscesach seksualnych między Marlą a Tylerem Narrator spotyka ją w kuchni, a ona opowiada mu ciekawą historię o stosunku inceli do kobiecości: Kondom to szklany pantofelek naszego pokolenia.
Wkłada się go, gdy poznajemy kogoś. Tańczy się całą noc, a potem wyrzuca. Kondom, nie tego kogoś. Kupiłam tę sukienkę w lumpeksie za dolara. To sukienka druhny. Ktoś ją mocno kochał przez jeden dzień… a potem wyrzucił. Jak choinkę. Taka wyjątkowa. I wtedy… bam! Leży na boku drogi. Wciąż cała w błyskotkach. Jak ofiara gwałtu w odwróconych gaciach, związana taśmą.
Środowisko incelskie istnieje więc głównie w Internecie. Jak już wspomniałem, organizuje się w mniejsze grupy wzajemnej nieformalnej adoracji na forach dyskusyjnych, ale najlepiej, żeby to były fora zorientowane na jakiś konkretny temat. Wtedy łatwiej na już zbudowanej strukturze odnaleźć zarówno najbardziej oddanych członków incelstwa, jak i dać im motywy w postaci np. konkretnych dzieł literackich lub filmowych. Podbudowa ideologiczna jest potrzebna – wiemy to nie od dzisiaj, patrząc np. na rozwój nazizmu. Dlatego inceli znajdziemy na 4chanie, Reddicie, ale i forum np. Filmwebu. Tam będą kiełkować wyjątkowo szybko, znajdując sobie ideologiczne motywy w postaci np.
Fight Clubu, Czasu apokalipsy czy też Ojca chrzestnego, żeby udowodnić, jak błędnie te dzieła zostały zinterpretowane, a nawet nakręcone przez nieprawomyślnie postępujących twórców. Jakiś czas temu pisałem o toksycznych środowiskach fanowskich – one w dużej części składają się właśnie z inceli – mimowolnych celibatariuszy (involuntary celibacy). Zresztą co ciekawe, na przykład na FB są to jednostki wyjątkowo aktywne i monotematyczne w tej aktywności. Przykład tego mogliśmy zobaczyć pod opublikowanym postem o reakcji Davida Finchera na opinie prawicowych inceli o Fight Clubie na fanpage’u film.
orgu. Włączyli się bardzo szybko, co oznacza, że bacznie obserwują Internet i wszelkie w nim aktywności podające w wątpliwość ich reinterpretację motywów kulturowych. Mam nadzieję, że już całkiem wyraźnie dostrzec można, dlaczego środowiska incelskie tak ukochały Fight Club, co ciekawe, nie bez logicznej racji. Manifest buntu słychać w tak wielu dialogach, a nawet podziale mentalnym głównego bohatera. Pytanie więc do reżysera, czy to przewidział, bo jego dzieło nie jest w swojej naturze w żadnym wypadku lewicowe – bo lewicowość nie jest anarchistyczna, a taki jest Podziemny krąg.
Incele w rzeczywistości wirtualnej żyją w tzw. manosferze. Zrozumienie mechanizmów działania ich internetowego ruchu wymaga poznania, czym jest manosfera. Można ją opisać jako (na razie) niesformalizowany ruch polityczno-społeczny, funkcjonujący głównie w sieci. Jej członkowie to w większości biali, heteroseksualni mężczyźni, raczej młodsi, nieprzekraczający 50. roku życia. Pracują w różnych zawodach. Mają różnie wykształcenie od podstawowego do wyższego, chociaż to ostatnie jest w mniejszości, co do końca nie jest związane z ich inteligencją. Chodzi bardziej o ich stan psychiczny, wpływ rodziny, zobowiązania, a nawet siłę mentalną, bo bycie incelem w manosferze wcale nie oznacza bycia złym czy bycia dewiantem, lecz człowiekiem cierpiącym, niewidzącym dla siebie szans na zmianę, uwiązanym na smyczy rodziców, przeżywającym swoją samotność radykalnie, aż do destrukcyjnego buntu.
Dopiero po przejściu tych wszystkich etapów można stać się faktycznie złym. Manosfera jest mizoginicznym systemem forów, grup dyskusyjnych, kanałów YT, profili FB, których członkowie wymieniają się informacjami, jak można by jednak te kobiety chociaż na chwilę zaciągnąć do łóżka, ale z drugiej strony nie jest to warte rezygnacji z aktualnego stanu i przyjaciół w sieci. Manosfera daje poczucie wspólnoty, celu.
Manosfera zyskuje popularność, co widać w ostatnich 5 latach nawet w Polsce. Manosfera pozycjonuje się jako ruch kontrkulturowy, afirmuje polityczną niepoprawność, lecz ta kusząco brzmiąca fasada służy tylko za uzasadnienie romantyzacji ksenofobii, radykalnego indywidualizmu – będącego tak naprawdę niszczącym izolacjonizmem, rasizmem – i kwintesencji manosfery – nazizmu. Incel w manosferze więc odnajduje swoje nowe ja, którego nie posiadał w realnej rzeczywistości, tak jak odnalazł je Narrator z Fight Clubu w alternatywnej tożsamości Tylera Durdena.
Tyler Durden jest więc złudą, aczkolwiek w sieci, dla wyizolowanego incela bardziej realną i atrakcyjną niż realna i namacalna Marla. Seks z nią schodzi więc na dalszy plan, bo nawet jeśli istnieje, to jest mniej ważny niż wirtualne samoocenianie siebie jako incela. Marla staje się z kochanki więc siostrą, bo nie może być kobietą, która dla incela jest kimś bezwartościowym. Jeśli Marla siostrą by się nie stała, trzeba by było się jej pozbyć, jak nakazał Tyler Durden, gdy ją już wielokrotnie zaliczył. I tak w manosferze incel, nawet jeśli nim nie jest do końca, staje się nim do dna z czasem, radykalizuje się i stopniowo traci człowieczeństwo, bazujące na osądzie faktualnym rzeczywistości. Jakże to przypomina narodziny nazizmu w organizacji nazywanej Freikorpsem.
Czy Fight Club opowiada o genezie nazizmu?
A wszystko zaczyna się od tak czasem wyśmiewanego, niedocenianego i traktowanego zbyt nonszalancko poczucia niedowartościowania i braku miejsca w społeczeństwie. TU nie chodzi o żadną politykę, a nazwy „prawica” i „lewica” są wtórne, jako semantyczne nakładki na sposób działania ludzkich jednostek. Freikorps to ostatni element, który ułatwi nam zrozumienie, czemu Fight Club zyskał w manosferze taką popularność. Żeby lepiej zrozumieć, czym ta organizacja była, najlepiej sięgnąć do bogatej literatury, m.in. książki Himmler. Buchalter śmierci Petera Longericha. Zaraz więc poniekąd wrócimy do seksu z Marlą, który chociaż tak świetny, okazał się gorszy niż członkostwo w tzw.
Klubie. Na tym m.in. zasadza się błędna ocena swojej wartości, w którą wierzą incele. Historia Freikorpsu opowiedziana w dużym skrócie pozwoli jednak zrozumieć, na czym polega uzależnienie od organizacji, mające swój początek w dysproporcji między wyobrażeniem życia a praktycznym życiem, którego doświadczyli bohaterowie u Finchera. Z początku wydawało im się, że walczą z uciśnieniem społecznym, są modni, bo kontrkulturowi. Ta ścieżka zaprowadziła ich jednak na społeczny margines i sprowokowała do jeszcze większej radykalizacji, która swoją kulminację znalazła w działalności terrorystycznej. Zobaczmy jednak, jak to było z Freikorpsem, bo jest to sytuacja analogiczna.
Freikorps oznacza dosłownie „wolny korpus”. Pierwsze tego typu organizacje paramilitarne tworzyły się już na początku XIX wieku, żeby walczyć z wojskami napoleońskimi, bez powodzenia jednak. Genezę miały więc patriotyczną, żeby nie powiedzieć, że nacjonalistyczną. Ich restytucja nastąpiła również w czasach dla Niemiec trudnych, kiedy to nie tylko ludzie czuli się niedowartościowani i mieli poczucie utraconych szans na dobre życie, ale i całe państwo było w podobnej sytuacji w sensie społecznej świadomości. Był rok 1918, po przegranej przez Niemcy I wojnie światowej. Do kraju powróciło wtedy mnóstwo zdemobilizowanych żołnierzy, którym trudno było odnaleźć się w nowej rzeczywistości również ze względu na sam fakt końca wojny, przegraną Niemiec oraz narastające tendencje lewicowe w państwie, jak również w Europie.
Rozwiązaniem okazała się paramilitarna, ochotnicza formacja zwana Freikorps, prekursorka SA, tworząca podwaliny pod kiełkujący nazizm, wychowująca do niego całe pokolenie Niemców, którzy do tej pory nie byli świadomi, ile w nich znajduje się poczucia straty, przegranej i nienawiści do obecnej sytuacji politycznej ich państwa. Tak więc nazizm rozpatrywałbym raczej na płaszczyźnie psychologicznej, a nie politycznej i ideologicznej. Ideologia została napisana zgodnie z potrzebami jednostek, a polityka służyła potem za narzędzie propagandowe. Dla nas teraz, w kontekście produkcji Fight Club oraz incelskiej manosfery, najciekawszy jest stosunek członków Freikorpsu do kobiet.
W dużym skrócie można powiedzieć, że to w pewnym sensie stosunek incelski, tyle że explicite bardziej agresywny. Członek Freikorpsu to prototyp nazisty, żołnierz, którego istotą osobowości jest ślepa wiara w patriarchat i kult siły, wyczerpujący się w męskiej płci. Na podstawie zapisków członków Freikorpsów można wyciągnąć wniosek, że płeć żeńską zwykli oni dzielić na dwa rodzaje – kobiety białe i kobiety czerwone. Analogicznie jest u prawicowego incelstwa. Kobiety dzielą się na białe, heteroseksualne oraz kobiety tęczowe. I odpowiednio w Fight Clubie dzielą się na nadające się do stosunku i całą resztę, przy czym po stosunku spokojnie można je wyrzucić z domu, dając im kopniaka na drogę, co zresztą sugeruje w pewnym momencie Tyler Durden. Freikorpsiarze dopuszczali obecność jedynie kobiet białych, co dokładnie oznacza, że była to matka, siostra, względnie rokująca siostra oddanego przyjaciela. Rokująca, czyli zdolna do zamążpójścia i rozrodu. I to nad nią ów żołnierz mógł dokonywać aktu opieki patriarchalnej. Reszta, więc kobiety czerwone, była naznaczona zawsze jakąś wadą, błędem, zbyt niezależna, o innej orientacji seksualnej, więc nierokująca do rozrodu. Proletariuszka – tym gorzej, bo wtedy miano „czerwona” przybierało bardzo konkretny, dosłowny charakter. Czerwona od krwi: menstruacyjnej, więc nieczysta, krwi wytoczonej z żył, więc denatka, na której Freikorpsiarze wymierzyli karę za to, że jest gorsza, rozładowując swoją złość, że nie znajduje się w kategorii „białej”.
Faszyści powielili to zachowanie i zawsze dążyli do okazywania przemocą kobietom ich wymyślonego przez nich miejsca na drabinie społecznej. Dyskurs manosfery bazuje na podobnej nienawiści, wyzwalanej przez upokorzoną męskość i prowadzi do podobnie agresywnych zachowań. Nie bez przyczyny środowiska incelskie są już oficjalnie uznawane za wylęgarnie hejterów oraz terrorystów. Policja je monitoruje, gdyż radykalizm i kultura nienawiści rasowej zawsze są podstawą ekstremizmów, a te nośnikiem zbrodni.
Spójrzmy teraz na bohaterów Fight Clubu. Co mogło tak zaimponować radykalnym prawicowcom i/lub incelom, że uznali tę produkcję za swój manifest kulturowy? Przemoc? Niezupełnie, chociaż jest to spoiwo dla reszty składników. Pozornie efektowny i prawdziwy wydaje się tekst, który napisał jeden z czytelników naszego portalu pod postem o wypowiedzi Davida Finchera na temat prawicowych inceli zaprezentowanych w filmie. Niedojrzali chłopcy bijący się po mordach i narzekający na brak prawdziwych przeżyć to wypisz wymaluj dzisiejszy elektorat Konfederacji. Tekst dość redukcyjny, bo prawdziwość lub nieprawdziwość czyichkolwiek przeżyć nie może być definiowana przez kogoś z zewnątrz, który zna jedynie zewnętrzny opis tych emocji. Dla jednego człowieka w perspektywie jego życia najprawdziwsza i najcięższa będzie utrata pracy lub brak możliwości wykształcenia się, gdy zrobili to np. najlepsi koledzy z klasy. Dla innego natomiast tym granicznym niemal przeżyciem będzie przeżycie wypadku samochodowego, kalectwo lub wojna. Dla obu tych jednostek ich doświadczenie będzie prawdziwe i będzie prowadzić do realnych konsekwencji. A poza tym, jeśli mowa o Konfederacji, to po stronie PIS-u również dałoby się takie patologicznie agresywne zachowania znaleźć, a i gdyby dobrze poszukać, chociaż będą one bardziej zakamuflowane, po lewej stronie także są skrzydła polityczno-społeczne, które „lubią dawać w mordę”.
Jak jednak wcześnie pisałem, kontekst polityczny jest wtórny do psychologicznego, a przemoc jedyne spoiwem ważniejszych przyczyn, m.in. poczucia niedowartościowania, samotności, wyobcowania seksualnego, strachu wobec kobiet, braku wiedzy o płciach, a nawet elementarnej wiedzy na temat anatomii ludzkiego ciała, oraz tradycja, ta irracjonalna, czyniąca z nas niewolników matryca, wedle której tak, a nie inaczej się zachowujemy, często bez krytycznej refleksji.
Bohaterowie Fight Clubu więc odnaleźli towarzystwo, w którym czują się bezpiecznie, jakkolwiek muszą w nim okładać się pięściami, co w pewnym sensie potwierdza zakodowany w ich patriarchalnej kulturze model walki samców alfa ze sobą. Incele są jednak samcami beta, więc uznają, że przez przynależność do takiego towarzystwa i danie komuś w mordę, staną nagle na szczycie drabiny, że jakieś kobiety spadną im z nieba i pozwolą się wziąć pod opiekę, co oznacza seks, ale także stałą, zgodną z „naturą” i „prawem boskim” dominację. Przynależność zatem jest kluczowa, a nie przemoc sama w sobie, chociaż przynależność do takiego klubu łączy się z obowiązkami pełnymi przemocy, a z czasem łatwo się w nich zatracić, więc od przynależności docieramy jednak do przemocy, a potem do ekstremizmu i autodestrukcji moralnej. A może czarne koszule mogły zafascynować skrajną prawicę? W Fight Clubie członkowie klubu na zaawansowanym etapie działania organizacji rezygnują z dowolności ubioru. Uniformizacja daje poczucie bezpieczeństwa. Likwiduje indywidualizm, a jego boją się jak ognia incele, gdyż nie są pewni własnej wartości, a raczej uznają ją za bardzo niską. Indywidualiści zaś będą zawsze cenić się wyżej, więc staną się zagrożeniem dla inceli. Uniformizacja temu przeciwdziała. Wspólny cel dla wszystkich również. Wszystko wtedy układa się liniowo. Każdy wie, co ma robić. Nikt nie protestuje, a jeśli to zrobi, zostanie wykluczony, straci wspólnotę.
Jeszcze jednym ważnym elementem w świecie Fight Clubu jest walka przeciwko jakiemuś niebezpieczeństwu, które chce unicestwić cały incelski świat, uczynić go nie do zniesienia, ale przecież to nielogiczne. Świat już był nie do zniesienia, bo incele stali się incelami, bo racjonalnie myślący człowiek uznał za sensowne wierzyć w populistyczne hasła skrajnej prawicy. Bez wątpienia David Fincher nakręcił film będący encyklopedyczną prezentacją genezy nazizmu, który nie posiada konkretnej, narodowej twarzy. Nazistą może być Niemiec, Polak, Rosjanin, Anglik, Brazylijczyk i nawet Izraelczyk.
Jest taka scena, kiedy Narrator nachyla się nad leżącą w futrach Marlą Singer, żeby ją pocałować, a ona swoim oddechem doprowadza go do ataku kaszlu. Świetnie obrazuje ona ambiwalencję sytuacji incela. Incel chce, czuje instynktowny popęd chcenia, ale wyobraził sobie, że skoro jedna czy druga, czy nawet trzecia kobieta go nie chciała, to on nie będzie chciał wszystkich, bo mają trujące oddechy. I tak w swoim chceniu incel się podtapia, chcąc coraz bardziej rozpaczliwie jakiegoś uzasadnienia swojej wizji otoczenia, bo wymaga tego jego cierpiąca tożsamość. Tak właśnie Fight Club stał się prawicowym manifestem, chociaż jest satyrą na ten świat, bynajmniej nie lewicową.
Tyler Durden zaś jest tak kuszącą osobowością, godną w tych kręgach do naśladowania, gdyż prezentuje ideał nieskrępowanej zasadami siły, a o tym w gruncie rzeczy marzy każdy, bo reguły społeczne krępują nas niezależnie od tego, czy jesteśmy konserwami, czy lewakami. Niektórzy z nas tylko przyjmują ten stan z mniejszą pokorą, niektórzy z większa, a jeszcze inni idą w radykalny bunt. Tyler mówi: „Ty” nie ma znaczenia, bo wszelkie „Ty” jest za słabe wobec „Ja”. Ten radykalny indywidualizm sam w sobie jest więc pułapką, ale i źródłem siły wobec Tylera. Bo pistolet jest jak najbardziej realny i trzymał go Narrator wycelowany w NASZĄ GŁOWĘ.
Nic nie było tu przed tobą i po tobie również nic nie zostanie, zdaje się mówić gest Narratora, gdy trzyma Marlę za rękę, już jako on i Tyler oficjalnie jako jedność, a budynki przed nimi jeden po drugim zamieniają się w nic nieznaczące gruzowiska. Gdy się wierzy w jakieś wielkie idee, warto pamiętać, że nośnik tych marzeń zawsze jest nieodwracalnie skończony.
