publicystyka filmowa

DRIVE. Jeździec donikąd?

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem tekstu gościnnego jest Szymon Kapela.

Drive to szlachetny składak, bądź też sprytny kolaż filmów, które już widzieliśmy, ale zostały zapomniane. Świadomy tego faktu reżyser czerpał z nich garściami, wierząc, że nikt się nie zorientuje. I miał rację. Nicolas Winding Refn otrzymał nagrodę za reżyserię na festiwalu w Cannes i szereg wyróżnień od pomniejszych i „powiększych” gremiów. Dopiero nominacje do Złotych Globów i Oscarów (tj. ich brak) kazały zastanowić się, co właściwie się stało, że w pierwszej chwili film został tak ciepło przyjęty? Co miało świadczyć o jego domniemanej oryginalności i artystycznej wartości?

Fabularnie mamy w przypadku Drive do czynienia nie tyle z inspiracją, co wręcz kalką filmu Kierowca Waltera Hilla z 1978 roku. Oba filmy opowiadają o enigmatycznym, pozbawionym imienia i nazwiska bohaterze (umownie nazwanym w napisach końcowych Kierowcą), który z niewyjaśnionych powodów jeździ nocami samochodem i pomaga bandytom w ucieczkach przed policją. W obu filmach Kierowca poznaje kobietę i w obu ładuje się z tego powodu w tarapaty.

Podobne?

To jednak nie jedyny trop.

Chyba nie sposób wymienić wszystkich filmów, którymi inspirowany był Drive. Jeździec znikąd George’a Stevensa, Zbieg z Alcatraz Johna Boormana, Złodziej Michaela Manna, ale też Grease Randala Kleisera (z racji miejsca pościgu współczesnych rydwanów), Transportery Coreya Yuena i Louisa Leterriera (z racji wykonywanego przez bohatera zawodu), Amerykanin Antona Corbijna, a nawet filmy Wong Kar-waia (wymieniane gdzieniegdzie skojarzenia z Bullittem Petera Yatesa wydają się nieuprawnione).

Drive

Sam bohater filmu Drive jest składową kilku charakterów. Szczególnie ważni są tu: kowboj Shane z klasycznego westernu Jeździec znikąd oraz Walker, główny bohater filmu Zbieg z Alcatraz. Bohater grany przez Ryana Goslinga jest równie małomówny, odważny, romantyczny i słodki, co postać grana przez Alana Ladda. Zarazem zamknięty w sobie, nieobliczalny i agresywny jak postać odtwarzana przez Lee Marvina. Różnica polega na tym, że bohater kreowany przez Goslinga jest dziś utożsamiany ze współczesnym rycerzem. Ladd i Marvin byli co najwyżej szlachetnymi wyrzutkami. Widać czasy się zmieniły i łatwiej dziś zasłużyć na miano rycerza.

Również swym wyglądem Kierowca do złudzenia przypomina bohaterów już widzianych. Wykałaczka w zębach i podkoszulki przywodzą na myśl Mariona Cobrettiego z filmu Cobra George’a Pana Cosmatosa, zaś kurtka – kaskadera Mike’a z filmu Grindhouse: Death Proof Quentina Tarantino.

Drive za samą treść nie był (na szczęście) nadmiernie chwalony. Szczególnie ceniono go właśnie za formę. Styl. Nową jakość opowiadania i fotografii. Niespieszną, refleksyjną narrację. W tym dostrzeżono innowację w dziedzinie kina sensacyjnego. Czy słusznie?

Pod względem formy najbardziej inspirujące były z pewnością Złodziej Michaela Manna i… komedia Ryzykowny interes Paula Brickmana. Pierwszy, ze względu na poetykę miasta nocą, ale i przedstawienie światka przestępczego jako ciasnego, tandetnego, prymitywnego. Drugi tytuł, skądinąd gatunkowo zupełnie różny, był wzorem ze względu na pracę kamery. Niezwykle powolną, wręcz leniwą, kontemplacyjną. Również oprawa muzyczna filmów z lat 80. (w obu przypadkach autorstwa zespołu Tangerine Dream) jednoznacznie kojarzy się z muzyką do filmu Drive. Można by chociaż wyrazić zachwyt nad wyjątkowymi zdjęciami do filmu Refna, stworzonymi przez wszechstronnego Newtona Thomasa Sigela. I zaiste są takie (zwłaszcza użyta paleta kolorów). Lecz jednocześnie są uderzająco podobne do zdjęć Christophera Doyle’a z filmu Spragnieni miłości Wong Kar-waia i… Andrzeja Sekuły z filmu Motel Nimroda Antala. Tak pod względem faktury, koloru, światła, jak i sposobu kadrowania.

Mamy więc w Drive opowieść, którą już widzieliśmy i to podaną w sposób, jaki już widzieliśmy. Opowieść o rycerzu (nieobliczalnym), który dla damy swego serca (z dzieckiem) zrobi wszystko. Bo ponad wszystko ją kocha. Wytoczy bój złoczyńcy i…  przegra. Jest to zupełnie nielogiczne, bo swym sprytem i sprawnością fizyczną znacznie przewyższa przeciwnika. Ale nie ma wyjścia. Przegrywa, bo tak nakazuje fabularna klisza. W końcu zbieg z Alcatraz też przegrał. Nade wszystko zaś przegrał Shane, jeździec znikąd. Umierający bohater Drive odjeżdża więc w swym mechanicznym rumaku w stronę niewidocznego słońca, bo właśnie tak (dokładnie tak) żegnał się z nami Shane w rzekomo niejednoznacznej finałowej scenie westernu: jeszcze żywy, choć ciężko ranny, odjeżdża na swym koniu w stronę zachodzącego słońca, ocaliwszy wcześniej bliską mu, choć nie jego własną rodzinę. Kierowca z filmu Refna musiał odejść (odjechać) tak samo. Reżyserowi nie chodziło tu zatem wcale o to, by wykazać, do jakiego poświęcenia bohater był gotowy. Chodziło mu o realizację fabularnego schematu poniesienia ofiary.

Ostatnio dodane