Connect with us

Publicystyka filmowa

Do trzech razy sztuka. FILMY do obejrzenia WIĘCEJ NIŻ RAZ

Wciągnij się w fascynujący świat filmów, które warto odkrywać wielokrotnie. DO TRZECH RAZY SZTUKA to przewodnik po emocjach i zawirowaniach!

Published

on

Do trzech razy sztuka. FILMY do obejrzenia WIĘCEJ NIŻ RAZ

Każdy seans dostarcza nowych wrażeń. Nie ważne, czy jest to pierwsza próba przetrawienia jakiegoś filmowego ambitnego klasyka, czy może dziesiąte wchłonięcie Harry’ego Pottera, bo akurat leciał w telewizji. Każde ponowne zetknięcie się z filmem może obfitować w nowe niepowtarzalne przeżycia i zapewnić inne spektrum emocji. Są jednak produkcje, które wręcz nie można, ale trzeba obejrzeć więcej niż raz. Filmy, które są wyjątkowo wielopłaszczyznowe, zawiłe, szokujące, rozpraszające uwagę widza na tyle, że pierwszy dziewiczy seans może okazać się niewystarczający, a nawet zwodniczy.

Advertisement

Choć takich dzieł mogą być tysiące – każdy film po kolejnym seansie może być zaś odczytywany inaczej – są tytuły, dla których wyjątkowo warto zagospodarować sobie podwójne, jeśli nie potrójne pokazy, aby świadomie i z pewnym już doświadczeniem wyciągnąć z nich jak najwięcej. Poniżej przeczytacie o niektórych z nich. 

Uwaga, w niektórych opisach czają się spoilery! 

Mother!

Mother!

Film Darrena Aronofsky’ego skutecznie podzielił widzów na dwa obozy. To być może jedna z najbardziej kontrowersyjnych produkcji ostatnich lat, co przysporzyło jej zagorzałych fanów, jak i wrogów niemogących wyciągnąć z Mother! niczego więcej prócz taniej prowokacji. Bezsprzecznie prawdą jest jednak, że Mother! to film mocno szokujący, wstrząsający i bulwersujący. Dzieło reżysera Czarnego łabędzia skutecznie podnosi ciśnienie, przysparza wielu nerwów, a przez jego momentami nieznośną klaustrofobiczność ogląda się go jak na szpilkach.

Advertisement

W efekcie pozostawia on widza w stanie permanentnego oszołomienia, co sprawia, że niemożliwym jest wystawienie mu konkretnej, podpartej świadomymi przekonaniami ocenę – waha się ona gdzieś na całej rozciągłości pomiędzy 1 a 10 z serduszkiem. Warto więc po pierwszym, zapewniającym wiele emocji seansie przetrawić film Aronofsky’ego, by z pewnym już doświadczeniem i dystansem powrócić do niego ponownie, głównie po to, by przeanalizować bogatą biblijną symbolikę (o której przeczytacie szerzej tutaj), którą wręcz najeżony jest film i która pomaga widzowi zinterpretować go w bardziej alegorycznym, metaforycznym wymiarze.

Warto także przy drugiej próbie podejść do Mother! jako do złożonego, imponującego dzieła filmowego. Przy pierwszym podejściu zaś film przypomina bardziej poplątany kakofoniczny koszmar senny, z którego trudno się wybudzić.

Advertisement

2001: Odyseja kosmiczna

Zdaję sobie sprawę, że już nawet jeden seans prawdopodobnie najbardziej ambitnego dzieła Stanleya Kubricka to spore wyzwanie. Spójrzmy prawdzie w oczy, Odyseja kosmiczna – ponad dwugodzinna opowieść ze scenami dialogowymi zajmującymi tylko ¼ filmu, którego akcja rozgrywa się w statku dryfującym w bezdennej przestrzeni kosmicznej – to dzieło w gruncie rzeczy monotonne i nużące. Skrywa ono w sobie jednak geniusz, do którego za pierwszym podejściem niezwykle trudno się dokopać. Odyseja kosmiczna to w końcu złożona fabularnie opowieść zbudowana na podwalinach filozoficzno-metafizycznych rozmyślań na temat historii ludzkości, kondycji człowieka we wszechświecie.

To odrealniony spektakl o zadziwiających efektach wizualnych, które jeszcze bardziej potęgują wrażenie odseparowania się od tego, co ziemskie czy rzeczywiste. Co najciekawsze, kolejne seanse Odysei kosmicznej wcale nie muszą rozwiązywać sprawy, wręcz przeciwnie – z każdym kolejnym seansem mnoży się lista pytań bez odpowiedzi, a film robi się, paradoksalnie, jeszcze bardziej zawiły i skomplikowany. Przy pierwszym podejściu zaś z trudem dobija się do brzegu, nie będąc w pełni świadomym tego, co właśnie wydarzyło się na ekranie. Osoby ciekawe tego, co tak naprawdę skrywa w sobie opus magnum Kubricka, powinny wygospodarować sobie czas na więcej prób zmierzenia się z tym wielkoformatowym dziełem filmowym.

Advertisement

Jakubek i brzoskwinia olbrzymka

bajki nie dla dzieci

Jest wiele bajek czy animacji skierowanych do dzieci, które jednak warto obejrzeć również w wieku dorosłym. Dużo z nich zaś przemyca w sobie treści bądź przesłania przeznaczone głównie dla dojrzałego widza. Takim filmem jest między innymi Mój sąsiad Totoro, który, będąc piękną bajką przygodową o przyjaźni dwóch dziewczynek z magicznymi duchami lasu, jest również pouczającą opowieścią o sile i znaczeniu natury w życiu oraz duchowości człowieka, niosącą w sobie naukę o niezbędności zachowania harmonii między ludźmi a przyrodą.

Podobnie Powrót do marzeń, mniej znana niż Mój sąsiad Totoro animacja studia Ghibli. Na pierwszy rzut oka jest kameralną historią o dorosłej kobiecie wspominającej swoje dzieciństwo, jednak w rzeczywistości jest to wartościowy film o tym, jak ogromną i ważną rolę w życiu dorosłego człowieka odgrywa nostalgia. Albo Szopy w natarciu, kolejne dzieło japońskiego studia, które na pozór jest wesołą przygodową bajką o zabawnych antropomorficznych szopach mogących rozciągnąć swoje jądra do niebotycznych rozmiarów, tworząc z nich dywany.

Advertisement

Gdyby się jednak bardziej wgłębić w opowieść, jej przekaz jest o wiele bardziej poważny, mówiący o katastrofalnym, egoistycznym wpływie ludzi na przyrodę oraz dziko żyjącą zwierzynę. Aby jeszcze lepiej przyswoić sobie metaforyczność, wielopłaszczyznowość tych dzieł, przydatne jest ich ponowne obejrzenie. Jest jednak animacja dla dzieci, która wydaje się najbardziej jaskrawym tego przykładem.

Jakubek i brzoskwinia olbrzymka to film teoretycznie dla dzieci, który najlepiej przyswoić sobie na dwa seanse. Podczas pierwszego jest to pełna oryginalnych rozwiązań historia przygodowa w nieco groteskowym, makabrycznym stylu, opowiadająca o chłopcu, który odlatuje na wielkiej brzoskwini, by razem z niespotykanymi przyjaciółmi-robakami spełnić swoje największe marzenie. Piękna historia, która wciągnie niejednego widza, bez względu na wiek, tym bardziej, że film Henry’ego Selicka charakteryzuje piękna poklatkowa animacja. Będzie to przyjemny i niezobowiązujący seans, do czasu, aż w trakcie drugiego podejścia nie skupimy się bardziej na fabule i kreacji samego głównego bohatera.

Advertisement

Po kolejnym uważnym obejrzeniu film staje się ponurym dramatem psychologicznym o chłopcu, który po śmierci rodziców ucieka w świat fantazji, aby zapomnieć o bolesnej, niesprawiedliwej rzeczywistości. Gdy się na tym skupimy, łatwo odczytać, że wielka latająca brzoskwinia i robaczy przyjaciele są prawdopodobnie jedynie wytworem wyobraźni chłopca, który, będąc ofiarą przemocy domowej, swoje załamanie nerwowe łagodzi ucieczką w nieposkromiony świat wyobraźni. Być może lepiej pozostać nieświadomym i zakończyć oglądanie na pierwszym seansie – niepotrzebnie psuć sobie czarującą bajkę o potędze marzeń i sile determinacji.

Wojna polsko-ruska

Borys Szyc

Zdaję sobie sprawę, że film Xawerego Żuławskiego jest filmem co najmniej ekscentrycznym i osobliwym, który tak samo łatwo zachwyca jednych, jak odpycha i zraża do siebie drugich. Warto jednak dać mu drugą szansę, po tym, jak emocje opadną, a widz oswoi się ze specyficzną, absurdalnie odjechaną stylistyką reżysera oraz dialektem Doroty Masłowskiej. Przy pierwszym podejściu Wojna polsko-ruska może większości jawić się jako niezrozumiała, dziwna, być może nawet głupia komedia o stereotypowym polskim dresiarskim folklorze. Niektórzy, w tym ja, mogą odnaleźć w tym genialnie prześmiewczą, błyskotliwą komedię, do której można wracać setki razy.

Advertisement

Warto jednak przyjrzeć się Wojnie polsko-ruskiej z nieco innej strony, nieco bardziej analitycznej. Obedrzeć film z kurew i flądr, polskich jaskrawości oraz stereotypów, wsłuchać się w pozornie bełkotliwe słowa bohaterów, by dotrzeć do faktycznego wnętrza filmu. Gdyby dokładniej przyjrzeć się dziełu młodego Żuławskiego, Wojna polsko-ruska może jawić się nam jako przejmująca opowieść o człowieku próbującym wydrzeć się spod jarzma jakieś wyższej, boskiej, demiurgicznej siły sprawczej. Prawdziwą esencją filmu jest zaś spojrzenie na niesprawiedliwą relację Bóg – człowiek, Masłowska – Silny, który zyskując świadomość, staje ze swoim stwórcą, maturzystką z Wejherowa, bazgrzącą na marginesie zeszytu, w nierównej walce o samostanowienie.

Gdyby dokładnie przeanalizować genialną w swej prostocie scenę na posterunku, w której Silny zaczyna na głos czytać scenariusz filmu, można zacząć odczytywać Wojnę polsko-ruską jak głębokie i filozoficzne rozważania na temat realności oraz prawdziwości świata, w którym żyjemy. Albo po raz setny śmiać się ze sceny „Co kurwa, lej te colę!”.

Advertisement

Podobnie rzecz się ma z ostatnim filmem Xawerego Żuławskiego – Mowa ptaków. Film płynie w niezwykle dynamicznym, nieokiełznanym tempie, nie dając widzowi nawet chwili na złapanie oddechu. Dzieło odczytywać można na wielu płaszczyznach, dając widzowi pole do twórczych popisów interpretacyjnych. Co więcej, odniesień do kultury czy sztuki jest tam tak wiele, że ich kolekcjonowanie nie wyczerpie się zapewne nawet po trzecim czy nawet czwartym seansie.

Szósty zmysł/Piękny umysł/Podziemny krąg

Filmy z gatunku podchwytliwych, igrających sobie z widzem musiały się tutaj znaleźć. Mam tu na myśli Szósty zmysł, Piękny umysł, Perfect Blue, Podziemny krąg, Wyspę tajemnic i wiele innych, którym co prawda mogłabym poświęcić osobne akapity, jednak argument, dlaczego warto, a nawet powinno obejrzeć się je drugi raz, jest w zasadzie jeden i ten sam.

Advertisement

Kiedy podczas pierwszego seansu twórcom uda się (albo i nie) oszukać widza, nie pozostaje nic innego jak sprawdzić, upewnić się, czy faktycznie to, co rozgrywało się przez ostatnie godziny na ekranie, było niczym więcej niż inteligentnie ukartowaną podpuchą. Czy naprawdę Tyler Duren i bohater grany przez Edwarda Nortona to ta sama osoba? Czy na pewno Malcolm Crowe nie prowadził rozmowy z żadną inną osobą niż z młodym Cole’em? Czy faktycznie w pokoju studenta Johna Nasha było tylko jedno łóżko, a jego współlokator okazał się jedynie wytworem jego wyobraźni? Filmy takie jak te wymagają ponownego obejrzenia, aby już w pełni świadomie móc przekonać się, w jak sprytny sposób reżyserzy potrafią nabierać widzów.

Aby dokładnie wyśledzić wszystkie pozostawione przez reżysera wskazówki, które być może za pierwszym razem zostały zbagatelizowane lub niezauważone. Lub, dla bardziej spostrzegawczych, by zweryfikować swoje spostrzeżenia oraz domysły.

Advertisement

Wyjątkowym filmem pod tym względem jest również Memento Christophera Nolana. Film, którego unikatowe zastosowanie narracji wręcz zmusza widza do kolejnego kontrolnego seansu. Wydaje się to niezbędne, aby w pełni zrozumieć logikę postępowania głównego bohatera, który próbuje rozwikłać tajemnicę śmierci jego żony.

Interstellar

Interstellar jest filmem, który musiał zagrzać tu swoje miejsce. Spektakularny film Christophera Nolana wyróżnia się tym, że czerpie w głównej mierze nie z fantazji twórców, ale z nauki. Twardej, rzetelnej, bezlitosnej nauki. Interstellar jako film zbudowany jest zaś na podwalinach teorii amerykańskiego astrofizyka Kipa Thorne’a o czarnych dziurach i tunelach czasoprzestrzennych. Jest więc tam dużo fizyki poplątanej z metafizyką. Interstellar jest filmem wymagającym od widza ogromnego skupienia i umiejętności świadomego podążania za zawiłą, złożoną fabułą.

Advertisement

Strukturalnie film przypomina rozsypane kawałki puzzli, które widz ma za zadanie ułożyć w pośpiechu, jednocześnie podążając za wciąż rozwijającą się fabułą, ani na chwilę nie gubiąc tempa oraz nie tracąc rozeznania. Jest to zadanie naprawdę trudne i być może niewykonalne przy pierwszym podejściu. Zakończenie filmu zaś jest na tyle zaskakujące, że pozostawia szerokie pole do interpretacji i nadinterpretacji. Co więcej, film kryje w sobie przejmujący dramat rodzinny przesiąknięty tęsknotą i niegasnącą nadzieją na powrót ojca, błąkającego się gdzieś w kosmosie. Warto wygospodarować sobie czas na dodatkowe seanse Interstellaru, aby na spokojnie przyswoić sobie wszystkie treści, wszystkie fabularne wątki wymieszane w jednym filmowym kotle przez Nolana.

Nieważne, ile seansów tego dzieła ma się za sobą – i tak korci, by najciekawsze interpretacje wyszukać w sieci. Jedną z odważniejszych przeczytacie tutaj.

Advertisement

Łowca androidów

Łowca androidów to film zachwycający wizualnie oraz fabularnie, być może będący najlepszym dziełem lat 80., czemu dowodzi zaszczytne pierwsze miejsce w naszym rankingu. Już to jest solidnym argumentem zachęcającym do tego, by film Ridleya Scotta obejrzeć więcej niż raz. Przede wszystkim jednak Łowca androidów to film niejednolity, posiadający kilka wersji znacząco się od siebie różniących. Od 1983 roku, czyli od momentu powstania produkcji, jej autonomicznych wersji było aż osiem.

Dziś dyskusja na temat, która z nich jest tą jedyną słuszną, kanoniczną, toczy się głównie między wersjami kinową oraz reżyserską. Różnią się jednak od siebie znacząco – pozornie jest to brak lub dodatek pojedynczych scen, jednak finalnie zmienia to całkowicie odbiór dzieła oraz przebudowuje jego interpretację. Niemniej aby mieć pełen obraz dzieła filmowego, jakim jest Łowca androidów, warto zapoznać się ze wszystkimi najważniejszymi jego wersjami. Na pewno nie wpłynie to negatywnie na odczytanie wszystkich jego znaczeń, gdyż obraz Scotta jest nie tylko wciągającym filmem noir z kryminalną historią w tle, ale i, a może przede wszystkim, filozoficznym dziełem pochylającym się nad istotą samego człowieka i tym, co go ostatecznie definiuje.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *