Recenzje

NOWE HORYZONTY 2019. Mowa ptaków, reż. Xawery Żuławski

Skrajnie szalone epitafium dla jednego z najbardziej radykalnych autorów w polskim kinie.

Autor: Tomasz Raczkowski
opublikowano

Historia kołem się toczy. W 1971 roku młody reżyser Andrzej Żuławski zadebiutował filmem Trzecia część nocy, rozgrywającym się w czasie koszmaru II wojny światowej, powstałym na podstawie scenariusza przygotowanego przez ojca twórcy, Mirosława. Przepisana fundamentalnie przez Andrzeja historia wojennych doświadczeń stała się manifestacją wyrazistego stylu Żuławskiego i mocnym otwarciem jego kontrowersyjnej twórczości. W 2019 roku filmografia Żuławskiego zostaje – trzy lata po jego śmierci – domknięta Mową ptaków, obrazem nakręconym na podstawie niezrealizowanego scenariusza reżysera przez jego syna, Xawerego. I jest to domknięcie spektakularne.

Mowę ptaków otwiera scena, w której słyszymy wypowiedź Andrzeja Żuławskiego dotyczącą doświadczenia stojącego za jego debiutem – maligny i chaosu przeżywanego przez jego rodzinę w wojennym Lwowie. Słowom tym towarzyszy gra twarzy – odbite w szybie twarze Xawerego i Andrzeja Żuławskich zlewają się ze sobą ustanawiając wspólnotę ich manifestowanej w filmie artystycznej tożsamości. Trzecią twarzą jest wcielający się w główną rolę Sebastian Fabijański, którego obsadzenie w roli protagonisty Mowy ptaków przywodzi na myśl powierzenie głównej roli Leszkowi Teleszyńskiemu w dwóch pierwszych filmach Andrzeja. Fabijański z lekko długimi włosami i zarostem mocno przypomina z aparycji Xawerego, podobnego z kolei do trzydziestokilkuletniej wersji swojego ojca. Mowa ptaków jest bowiem filmem, który najlepiej podpisać jedynie nazwiskiem – Żuławski. Centralna postać granego przez Fabijańskiego Mariana jest alter-ego obydwu twórców, którzy w Mowie ptaków tworzą radykalne magnum opus marki „Żuławski”.

Xawery Żuławski odbija się w twórczości i szaleńczym stylu ojca, zanurzając w nim swoją własną poetykę postmodernistycznego pastiszu i groteski. Efektem jest kłębowisko postaci, wątków, intertekstualnych nawiązań oraz autotematycznych komentarzy. Zamiast klasycznie pojmowanej fabuły Żuławscy proponują nam tytułową mowę ptaków – polifoniczny chaos, ciąg niezrozumiale powiązanych ze sobą zdarzeń. Historię otwiera erupcja szkolnej przemocy na lekcji historii, później podglądamy życie intelektualistów o niespełnionych ambicjach, odwiedzamy rezydencje aroganckich nowobogackich, warszawską „Żyletę”, szpital psychiatryczny, widzimy marsz nacjonalistów i podwarszawską daczę. Obserwujemy bohaterów uwikłanych w groźne sytuacje, chorych, romansujących i prowokujących innych. Ten kakofoniczny pochód zdarzeń spina jedynie (i to niezbyt mocno) postać Mariana, wyrzuconego z pracy erudyty-mizantropa, przymierzającego się w geście szorstkiego podziwu dla ojca do roli demiurga tej dziwnej rzeczywistości.

Żuławski rozcina brzuch współczesnej Polski i przez ponad dwie godziny grzebie w jej wnętrznościach.

Film podzielony jest na kilka epizodów nazwanych zgodnie z pojawiającymi się w filmie figurami – historyk, pisarz, sierota itd. Jednak wbrew temu Mowa ptaków nie układa się w klarowny zbiór charakterystyk. W ogóle niemalże nie ma tu klasycznie pojmowanej opowieści. Ta ledwie widoczna jest pod gąszczem gwałtownych, naładowanych pretensjonalnością, bełkotliwych scen, zagranych modelową „żuławszczyzną”, szaleńczą nadekspresją, równie śmieszną, co straszną (jak – cytując powracające w filmie motto – pieprzenie tygrysa). Bardziej prawomocne niż narzucony przez twórców podział, byłoby wyodrębnienie trzech nierównej długości faz filmu – uderzenia  chaosem, wrzucającym widza w bagno tropów i artystowskich pretensji, paralirycznego przebicia tej kakofonii egzystencjalnym żalem i finałowej eksplozji gromadzonych napięć.

Mowa ptaków to od początku do końca jedno wielkie szaleństwo, skrajnie ekspresyjnie w formie, łączącej gwałtowne ujęcia kamery częstego współpracownika Andrzeja Żuławskiego, Andrzeja Jaroszewicza (ich wspólne dzieła to m.in. Diabeł i Szamanka) z roztrzęsionymi nagraniami ze smartfonów, okraszone wyrazistą ścieżką dźwiękową Andrzeja Korzyńskiego – etatowego kompozytora Żuławskiego seniora. Aktorzy pierwszoligowi (m.in. Daniel Olbrychski czy Andrzej Chyra) dzielą tu ekran z celebrytami i youtuberami, w fakturę filmu wpuszczane są ujęcia dokumentalne, cytaty filmowe, parafrazy i autentyczne pamiątki po Andrzeju Żuławskim. Efektem jest nieprzejrzysty gąszcz przerysowanych postaci, poplątanych tropów i autotematyzmu.

Tematycznie Mowa ptaków posklejana jest z podawanych bez najmniejszego zażenowania truizmów, inspiracji literackich, filmowych i refleksji nad współczesnym światem i sztuką. Czego tu nie ma – nacjonalizm, antysemityzm, wątki klasowe, przemoc, perwersja, Powstanie Warszawskie, komunizm, Grudzień ’70, Mickiewicz, Tołstoj, Proust, Niemen, Żuławski, Żuławski, Żuławski… Najbardziej szalone jest jednak to, że ten zadany na odlew cios okazuje się zaskakująco trafny jako frenetyczna wizja przebodźcowanego świata, na kształt maligny chorego plącząca historię, buzujące egocentryzmy, sztukę i popkulturę. Żuławski rozcina brzuch współczesnej Polski i przez ponad dwie godziny grzebie w jej wnętrznościach, tworząc perwersyjnie groteskowy komentarz do rzeczywistości. Przez nadidentyfikację przenicowuje tu absurdalny amalgamat intelektualno-rozrywkowej kakofonii, którego doświadczamy na co dzień. Paradoks tej poetyki widać najlepiej w roli Fabijańskiego – szarżujący bez umiaru aktor jest jeszcze bardziej sztuczny i irytujący niż kiedyś Teleszyński i Bogusław Linda, a równocześnie równie demonicznie sugestywny co Isabelle Adjani czy Klaus Kinski. Z szaleństwa Żuławskiego nie wyłania się żadna metoda i to właśnie jej brak jest najlepszym narzędziem estetycznym, którym posługuje się Mowa ptaków.

Dlatego też recenzji tej nie opatrzę punktową oceną. Każda z nich byłaby bowiem trafna. Odmawiam wystawienia liczbowej noty Mowie ptaków tak, jak ona odmawia poddania się jakiejkolwiek analitycznej czy percepcyjnej ramie, jak radykalnie przeciwstawia artystycznej konwencji i dyscyplinie. Film Żuławskich zatapia się we własnej ekspresji, osiągając poziom absurdu i filmowego odlotu niedostępny chyba dla żadnego innego dzieła filmowego od czasu Psa Andaluzyjskiego. Nikt tak nie robi kina, bo tak się nie robi kina. Mowa ptaków to nawet nie film – to rozsmarowany na ekranie po samobójczym strzale mózg Żuławskiego. Tak skrajny, że śmieszny, straszny, przestrzelony, okropny i błyskotliwy zarazem. Wielu ludzi Mowę ptaków szczerze znienawidzi i odrzuci. I będą mieli rację. Ale niektórych – tak jak mnie – ten film porazi i w najbardziej ekstremalny sposób zachwyci. Powiedzieć szaleństwo, odlot, to za mało. To perwersyjny geniusz.

Ostatnio dodane