Publicystyka filmowa
Wampir lat 80. POSTRACH NOCY kończy 35 lat!
WAMPIR LAT 80. POSTRACH NOCY to nostalgiczna podróż do czasów mrocznych, pełnych humoru i krwi, gdzie groza spotyka się z absurdem lat 80.
Zanim Tom Holland (nie mylić z aktorem odtwarzającym Disneyowskiego Spider-Mana) został reżyserem, dziś nade wszystko znanym jako twórca oryginalnej Laleczki Chucky, dał się poznać jako utalentowany scenarzysta horrorów i thrillerów. W pierwszej połowie lat 80. napisał mroczne, bliskie Lovecraftowi Wcielenie, brutalną Klasę 84 o morderczym konflikcie nauczyciela z punkową młodzieżą oraz Psychozę II, zaskakująco udany sequel arcydzieła Hitchcocka. W tym ostatnim filmie nie wiedzieliśmy, czy możemy jeszcze zaufać rzekomo wyleczonemu Normanowi Batesowi, który jednak wciąż odczuwa obecność swej „matki” oraz wokół którego znów zaczynają ginąć ludzie – łatwiej było to przypisać jego chorobie psychicznej niż działaniu osób trzecich. W mniej popularnych Płaszczu i szpadzie, Krzyku w ciemnościach, a także późniejszym horrorze o psychopatycznej lalce Holland na swych bohaterów również wybierał osoby dostępujące pewnej tajemnicy, którym jednak nikt nie wierzył. Nic dziwnego, że ten sam schemat wykorzystał w swym reżyserskim debiucie.
Nastoletni Charlie Brewster odkrywa, że jego nowym sąsiadem jest wampir – tak w skrócie można streścić kończący 35 lat Postrach nocy, szalenie popularny horror komediowy, przebój amerykańskich kin sezonu letniego w 1985 roku. Oczywiście początkowo chłopakowi (William Ragsdale gra go jako sympatycznego zwyczajniucha) nikt nie daje wiary w te rewelacje, zwłaszcza kiedy każdy poznaje przystojnego i czarującego Jerry’ego Dandrige’a (doskonale bawiący się Chris Sarandon), dalekie echo łysego Nosferatu czy ubranego w nieodłączną pelerynę Drakuli.
Wraz z kolejnymi ofiarami krwiopijcy oraz rosnącym niebezpieczeństwem, że Charlie będzie następny, zwraca się on po pomoc do… gospodarza telewizyjnego programu, dawnej gwiazdy gotyckich horrorów, Petera Vincenta (Roddy McDowall, grający z odpowiednią dozą ciepła, ironii i lęku).
W dekadzie, która słynęła głównie z niezliczonej ilości slasherów, a kino wampiryczne było niemal w niebycie (powstała zaledwie 2 lata wcześniej kultowa dziś Zagadka nieśmiertelności zaliczyła w kinach klapę), sukces filmu Hollanda był znaczący. Wystarczy przypomnieć sobie, że przez praktycznie całe lata 70. postać wampira została zepchnięta na gatunkowy margines – trudno było przecież brać na poważnie kolejne, coraz bardziej kuriozalne horrory z wytwórni Hammera, skierowanego do czarnej publiczności Blakulę czy jawną parodię Miłość od pierwszego ugryzienia.
Nakręcony przez George’a A. Romero
To nie tak, że Dandrige jest nowoczesnym potworem, którego na ekranie jeszcze nie widzieliśmy. Prawdę mówiąc, im lepiej go poznajemy, tym wyraźniej ujawnia się on w swej tradycyjności, na czele ze spaniem w trumnie, brakiem odbicia w lustrze, umiejętnością przemiany w nietoperza oraz alergią na wodę święconą, drewniane kołki i światło słoneczne. Ubrany w szary skórzany płaszcz i czerwony szal jeszcze bardziej przypomina inkarnację arystokratycznego wampira, ale wystarczy, że zdejmie to, aby przeobrazić się w czterdziestoletniego japiszona, rozsmakowanego w luksusowych prostytutkach i mieszkającego z drugim mężczyzną (Jonathan Stark jako Billy Cole, ni wampir, ni człowiek), z którym łączy go nigdy nienazwana relacja.
Pojawienie się kogoś takiego na typowych, amerykańskich przedmieściach, w miejscu, które hołduje tradycyjnym wartościom, po prostu musi wytworzyć tarcie i trochę szkoda, że Holland niemal od razu przedstawia nam Dandrige’a jako wampira. Wydaje się, że nawet gdyby Jerry nie był krwiopijcą, byłby dla nastoletniego Charliego równie fascynującym sąsiadem.
Nic dziwnego, że przy kimś takim młodociani bohaterowie nie są tak interesujący, choć nabierają kolorytu właśnie dzięki wampirowi. Kiedy poznajemy Charliego, jest na dobrej drodze, aby po raz pierwszy kochać się ze swoją dziewczyną, Amy. Początkowo ta nie chce, a kiedy w końcu się rozbiera, czekając w łóżku na Charliego, on jest już bardziej zainteresowany widokiem nowych sąsiadów, przenoszących nocą trumnę do sąsiedniego domu. Relacja miłości i śmierci jest jeszcze mocniej zaznaczona przez wyświetlany w tle film grozy inspirowany Drakulą (słyszymy imiona bohaterów – Jonathan i Nina) z Peterem Vincentem w roli pogromcy wampirów.
Charlie nie jest specjalnie zainteresowany tym, co leci w telewizji, póki może zabawić się ze swoją dziewczyną, ale wybierając między nią a prawdziwym horrorem, Amy musi iść w odstawkę. Dopiero kiedy zainteresuje się nią Dandrige, widząc w niej reinkarnację swojej dawnej miłości, główny bohater zrozumie swój błąd.
Najlepsze sceny filmu to momenty, w których wampir droczy się z nastolatkami, wykorzystując ich seksualną ciekawość. Najpierw kusi Charliego obrazem rodem ze Świadka mimo woli (celowo przywołuję film De Palmy, nie zaś Hitchcockowskie Okno na podwórze, z powodu erotycznej śmiałości tego pierwszego), wystawiając dla chłopaka istny peep-show.
Nie tego spodziewa się Brewster, rozpoczynając obserwację sąsiada, a w momencie kiedy widzi, jak Jerry zdejmuje z zaproszonej prostytutki ubranie, jest tym widokiem wyraźnie podniecony. Mija mu to z chwilą, gdy mężczyzna prezentuje swoje okazałe siekacze, jednocześnie uśmiechając się do Charliego. Ilustrowana niezwykle atmosferyczną muzyką Brada Fiedela scena ukazuje wampira jako tego, który wie, czego pragnie nastolatek, lepiej od niego.
To samo tyczy się Amy i Evil Eda, kolegi Charliego ze szkoły. Ją Dandrige potraktuje jak prawdziwą kobietę w najbardziej ejtisowym momencie w całym filmie – uciekający przed wampirem młodzi znajdą schronienie na dyskotece (jest to ten sam plan, na którym kręcono teledysk do Relax zespołu Frankie Goes to Hollywood w… Świadku mimo woli), gdzie Jerry zdejmie swój płaszcz i szal, wejdzie na parkiet w bluzie, odsłaniając tym razem swoją szyję i biorąc Amy do tańca. W pewnej chwili to ona przejmie inicjatywę, mimo stanu sugerującego hipnozę (stawia to pod znakiem zapytania, czy faktycznie dochodzi tu do realizacji pragnień, ale powiedzmy, że wampiry nigdy nie grają czysto). Od tego również momentu grająca ją Amanda Bearse wyraźnie ożywa na ekranie; do tej pory ukazywała Amy jako przesadnie niedojrzałą dziewczynę.
Eda natomiast Jerry przemieni w podobnego sobie, przekonując go, że już nie musi być pomiatany w szkole, inny. Holland nie daje wcześniej sygnałów, że postać ta rzeczywiście jest poniżana, ale dzięki przekonującej grze Stephena Geoffreysa potrafię uwierzyć w to, że godzi się na ofertę Dandrige’a, a nie jest do niej przymuszony. Aktor zresztą popisuje się przez cały seans maniakalną energią, wprowadzając humor samą swoją obecnością (dekadę później to samo wrażenie zrobi Matthew Lillard w Krzyku).
Dziwne natomiast, że Jerry ani przez moment nie pomyślał o tym, aby spróbować przemienić Charliego. Na ten pomysł wpadnie dopiero siostra krwiopijcy w całkiem udanej, nakręconej 3 lata później kontynuacji w reżyserii Tommy’ego Lee Wallace’a.
Holland przez długi czas nie wiedział, w którym kierunku iść ze swoim scenariuszem, dopóki w jego głowie nie narodziła się postać Petera Vincenta, którego już imię i nazwisko sugeruje powinowactwo z dwiema horrorowymi ikonami – Peterem Cushingiem i Vincentem Price’em. Tyle że bohater Postrachu nocy nigdy nie miał statusu gwiazdy, a dziś – jako prowadzący telewizyjny program – przypomina raczej parodię dawnego siebie. Stary aktor, który przyjął pseudonim własnej postaci, wiecznie ubrany w kostium z filmu, próbujący ukryć przed całym światem, że nic już nie znaczy.
Zgodzi się pomóc Charliemu dla pieniędzy, bo nawet telewizja go już nie chce (
Wszystkie te elementy składają się na jeden z najbardziej satysfakcjonujących horrorów lat 80., po którym krwiopijca znów stał się modny, by wymienić tylko Straconych chłopców, Blisko ciemności oraz późniejsze, powstałe już w latach 90. Drakulę Brama Stokera i Wywiad z wampirem. Lubię wracać do Postrachu nocy, gdyż nawet po 35 latach od premiery zaskakuje świeżością podejścia do tematu. Bierze postać wampira, umieszcza w niecodziennym środowisku, wyposaża go w cechy, dzięki którym krwiopijca jawi się jako ktoś nam współczesny, a następnie w typowy dla tamtej dekady sposób, czyli za pomocą licznych efektów praktycznych, na czele z doskonałą charakteryzacją demonicznego uśmiechu, zdobiącego również plakat filmu, nie pozwala na ani chwilę nudy.
Jest to przede wszystkim show Sarandona i McDowalla – ten pierwszy emanuje (a właściwie dominuje) erotyzmem i groźbą, podczas gdy drugi stanowi zaskakującą przeciwwagę, oferując komiczną nerwowość i celując w sentymentalny ton. Zabrakło tego w niezłym remake’u z 2011 roku, w którym postać Vincenta jest już showmanem z Las Vegas; przyznam, że nie byłby to mój pierwszy typ, gdzie szukać pomocy w walce z wampirem. Z drugiej strony już oryginał Hollanda każe nam zawiesić kilkakrotnie niewiarę, również w momencie, kiedy Charlie jest przekonany, że gospodarz telewizyjnego programu może faktycznie coś wiedzieć o ubiciu autentycznego krwiopijcy. Lata 80. w amerykańskim kinie to była jednak inna mentalność.
