Recenzje

LALECZKA CHUCKY. Już ponad 30 lat od premiery!

Autor: Gracja Grzegorczyk
opublikowano

Minęło ponad 30 lat od premiery przełomowego horroru, jakim była Laleczka Chucky. Niestety produkcja nie zestarzała się zbyt dobrze. Pełna jest bowiem fatalnych efektów specjalnych, niedorzecznych zwrotów akcji oraz dziur w fabule, przez które bez problemu mógłby przejechać londyński piętrowy autobus. Z drugiej strony to pędzący na złamanie karku festiwal kolejnych zabójstw, które wywołują u fanów tego typu produkcji uśmiech na twarzy.

Fabuła opowiada o losach chłopca imieniem Andy. Krzyżują się one z historią seryjnego mordercy – Charlesa Lee Raya, który obecnie opętał zabawkę dla dzieci. Tytułowy Chucky posiada nie tylko umysł, lecz także duszę pragnącą zemsty. A ponieważ Lee Ray praktykował wcześniej czarną magię oraz voodoo, dzięki nim próbuje wrócić do świata żywych.

W tamtych czasach film bez wątpienia wzbudzał o wiele żywsze emocje.

Z perspektywy czasu główny pomysł stojący za horrorem wydaje się mało ciekawy, a przy tym wtórny, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że motyw z morderczą lalką na dobre zadomowił się w naszej kulturze. W tamtych czasach film bez wątpienia wzbudzał o wiele żywsze emocje ze względu na przemoc oraz zrobienie z lalki dla dzieci niepowstrzymanej maszyny do zabijania. Choć mamy tu do czynienia z rozgraniczeniem pomiędzy patosem a śmiesznością, to znacznie przeważa ta druga strona, co daje efekt całkowicie odwrotny do zamierzonego. Dużo bardziej wolę Chucky’ego w wersji z dwóch ostatnich filmów z serii, gdzie w dość wymyślny sposób morduje kolejne ofiary z uśmiechem na ustach. Dzisiaj wracam do pierwszej Laleczki Chucky wyłącznie ze względu na nostalgiczny wydźwięk oraz fakt, iż za każdym razem bawię się coraz lepiej, oglądając drewnianą grę aktorską, fatalne dialogi oraz niezamierzony komizm.

Nie można jednak odebrać morderczej laleczce kultowego statusu, gdyż jest ona rozpoznawalna na równi z Freddiem Kruegerem czy Jasonem Voorheesem z serii Piątek 13. Co by nie mówić, Chucky jest charyzmatyczny i posiada niesamowitą osobowość, manifestującą się poprzez poszczególne zbrodnie. Przejawia w ich popełnianiu swoisty kunszt, którego nie powstydziłby się żaden morderca, a jednocześnie brak jakiegokolwiek wyrafinowania. Czyni go to mordercą antypatycznym i złym do szpiku kości. Niemniej postać ma w sobie coś takiego, że widz bez zastanowienia sięga po kolejne odsłony serii.

Na niekorzyść filmu działa przede wszystkim nadmierne nagromadzenie wątków. Postacie pojawiają się na ekranie, by następnie zniknąć bez słowa wytłumaczenia. To właściwie niekończący się cykl ciągle powracającego motywu, gdzie jeden z bohaterów odkrywa, że lalka jest żywa, po czym nikt mu nie wierzy, dopóki kolejna osoba nie zobaczy, jak Chucky ożywa – i tak w kółko.

Sceny morderstw oraz walk w porównaniu do tego, co nakręcono na przestrzeni ostatnich lat, wydają się niezwykle karykaturalne. Dotyczy to w szczególności samego zakończenia, gdzie mamy do czynienia z jednym z bardziej epickich oraz tandetnych pojedynków w całej historii franczyzy. I paradoksalnie tak jak 30 lat temu robił on wrażenie na widzu, tak też – w pewien sposób – robi i obecnie. W zakończeniu pojawiają się dwa motywy jakże charakterystyczne dla kina grozy. Po pierwsze zasada, że morderca nigdy nie jest do końca martwy, a po drugie: pokazanie otwartych drzwi, które w sposób dość bezpośredni daje filmową furtkę do kolejnych odsłon, zawsze stojących – moim skromnym zdaniem – na przyzwoitym poziomie.

Jak wspomniałam, aktorsko jest niezwykle słabo i kiczowato. Fatalnie wypada nie tylko dziecięcy aktor, lecz także odtwórcy pozostałych ról, mierzący się z coraz to dziwniejszymi dialogami oraz scenami. Sceny, w których protagoniści walczą o życie, nie wyglądają przekonująco, w czym wina kiepskiej realizacji. Na uwagę zasługuje jedynie Brad Dourif wcielający się w upiorną lalkę oraz samego mordercę. Nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli.

Gdy oglądałam ten film, kiedy była młodsza, był dla mnie jedną z lepszych produkcji w swoim gatunku. Patrząc jednak na niego z perspektywy czasu, zauważa się mniejsze oraz większe błędy, a także to, że fabuła od początku do końca jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Chucky zasługuje na najlepszy film z możliwych, a nie horror klasy B, kręcony w przerwach między drugim śniadaniem a obiadem. Choć produkcja ma status dzieła kultowego, to współcześnie zupełnie się nie broni pod żadnym względem, zostawiając nas w towarzystwie kiczu, tandety, niedowierzania i salw śmiechu.

Ostatnio dodane